Listopad przeszedł a po nim smętny grudzień.
Żarówka 25-watowa wydaje się jaśnieć oślepiającym blaskiem niczym Zbigniew Ziobro na firmamencie Solidarnej Polski, bo słońce wydaje się być nie w nastroju.
Trochę poświeciło, ale raczej dla podrażnienia niż rozluźnienia.
Ciemność i chmurność.
Tony czekolady i kilogramy wyrzutów sumienia, którym przyobiecano spalenie w zupełnie niedalekiej, aczkolwiek nieokreślonej dokładnie przyszłości.Bo nagle normalny dystans na siłownię wydaje się być nie kilkusetmetrowy a świetlnokilometrowy.
Mało śmiechu w śmiechu, mało entuzjazmu w entuzjazmie, już nie mówiąc o energii w energii i cukru w cukrze.
A tu żadna Marysia nie posprząta i nie nagotuje.
Koniec bliski.
Jednak zamiast pogrążać się w radioheadowskim "how to disappear completely" albo - jeszcze lepiej - w "no surprises" można zastanowić się nad tym, co był rzekł 20 - kilku letni młodzian w tramwaju zwanym piętnaście. Młodzian żalił się drugiemu, że jest niezrozumiany, że "stary ja naprawdę nie wiem, o co biega".
Sprawa była tak skomplikowana, jak przysłowiowy drut albo też inna rzecz, co może być prosta.
Panna lat mniej więcej tyle, co wyżej wymieniony, wysłała wiadomość do niego, która zawierała pytanie "hejka jak tam?"
Młodzian, kiedy już wiadomość zauważył i miał czas, odpisał, że "spoko".
I tyle.
Spoko.
"Bo przecież jest spoko - co miałem innego napisać".
Jednak panna widać nie była zadowolona z konwersacji, gdyż jak wynikało z dalszej relacji "potem ciągle miała pretensje, że się nią nie interesuję i wysyłała jakieś dziwne smsy cały dzień a ja nie wiedziałem co mam zrobić i nie odpisałem nic".
Bo są pytania, które znaczą coś innego niż znaczą.(Partner wykonuje podobny zawód?- dowiedzmy się więcej o życiu prywatnym pracownika(cy), tak mimochodem)
Które nie wiadomo, co mogą znaczyć. (Co robisz teraz?- jeśli nic to wynajdziemy ci coś)
Które znaczą więcej niż znaczą. (Byłeś/byłaś sam/a? - spotyka się z kimś innym??!!!!)
Albo zgoła mniej. ( Fanaberium nie partycypuje w strukturze, gdzie się chce wiedzieć mniej;brak przykładu)
I - co gorsza - nie wiadomo, po co są zadane.(Widzę, że rozmawiasz przez telefon?- eeeeee?)
I o co w nich chodzi. (życzy pani pół kilo czy 50 deko?- stupor)
I - co jeszcze gorsze- świadczą o kompletnej ignorancji pytającego.
"Ten Stan Wojenny, co jakiś generał tam był, to w XIX wieku, co?"
Spoko.
wtorek, 20 grudnia 2011
czwartek, 24 listopada 2011
O tym, gdzie jest centrum.
Są wyjaśnienia tak uniwersalne, że działają niemal we wszystkich sytuacjach.Czy to twarzą w twarz, czy też mailem w mail można się jakoś wymigać od kontaktu, wyjaśnić niedyspozycję lub poślizg w czasie.
Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)
Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.
Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.
Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?
Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.
Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50- nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"
I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.
Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)
Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.
Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.
Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?
Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.
Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50- nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"
I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.
poniedziałek, 21 listopada 2011
O tym, że ...
Tak więc, proszę państwa, witamy w trwającej od dawna epoce niedopowiedzenia.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.
A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.
Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz, że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).
Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że .......... albo może...........
Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.
I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.
Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w smugę cienia.
Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku PiS-owski wielokropek poległ.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.
A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.
Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz, że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).
Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że .......... albo może...........
Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.
I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.
Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w smugę cienia.
Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku PiS-owski wielokropek poległ.
poniedziałek, 7 listopada 2011
O tym, że studium psychologii popularnej.
No więc nie będzie skarg na ortopedów.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.
Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny los.
Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.
Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie ósemki są po to, żeby je usunąć".
No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.
Mój stomatolog jest łysy.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.
Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny los.
Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.
Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie ósemki są po to, żeby je usunąć".
No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.
Mój stomatolog jest łysy.
wtorek, 1 listopada 2011
O tym, że fanaberium się zirytowało o 2 :07 w nocy.
Z wczesnego dzieciństwa pamiętam "Dziennik".
Wzrok oglądających był nieprzenikniony, czasami patrzyli się na siebie i nic nie mówili.
Potem przyszło zrozumienie i uzus semiotyczny.To było "znaczące spojrzenie" lub też "wątpiący wzrok".
Na przemian.
Pogrzeby Andropowa i Czernienki.
Jak przez mgłę.
Babcia oglądała relacje telewizyjne patrząc na płaczące tłumy żałobników mówiła coś o głupich.
Nieładnie tak mówić przecież.
Potem okazało się, że w tym właśnie zdaniu Babcia miała wiele racji.
Fanaberium nie śpi (bo wyspane) tylko czyta. I przeczytało sobie trochę artykułów i dysput. Miało w tej kwestii głosu nie zabierać, ale jednak się zirytowało.
Kazimiera Szczuka (współ)napisała "Duża książkę o aborcji", która została skazana na banicję tak bardzo, że sprzedaż wzrosła.Ale ja nie o chwytach marketingowych
Ja natomiast o tym, że w proteście związanym z pojawieniem się książki na rynku ileś setek internautów podpisało petycję, by owej sprzedaży w ogóle zakazać, gdyż "propaguje aborcję wśród młodzieży".
I tak już pozostało powielane przez kolejne teksty, kolejne portale, kolejne dyskusje. "Propaguje aborcję wśród młodzieży".
Jak można propagować aborcję wśród młodzieży to ja naprawdę nie wiem. Jakieś seppuku gremialne wśród tych cudów natury - kilkunastoletnich chodzących płodów?
Bo miejmy nadzieję, że nie chodzi o to, że młodzież po przeczytaniu jednej książki, w której jest mowa czym aborcja jest, która wyjaśnia zagadnienia, która po prostu dostarcza wiedzy na temat między innymi człowieczej seksualności i której nie ma obowiązku czytać, pójdzie hurtem sprawdzać ot, tak sobie phi phi, jak to jest aborcję mieć.
Przeprowadzić.
Zrobić.
(Czasownika "dokonać" fanaberium nie użyje, bo to kalka językowa z "dokonać zbrodni" i zdaje się, że z tym się ma kojarzyć - co jest kolejną językową manipulacją.)
Jeśli o to w "propagowaniu" chodzi, to trzeba by było się zastanowić czy inne dziedziny i zagadnienia nie propagują wśród tej durnej pozbawionej mózgu, wychowania, kontekstu młodzieży podejrzanych odruchów i zachowań.
Chemia to na przykład propaguje narkotyki.Na początku kwas i zasada a potem to już alkaloid.
I tylko czekać jak se upichcą kokainkę w melinie garażowej pod nieobecność rodziców.
WF propaguje agresję, tego tłumaczyć nie trzeba.
A nade wszystko literatura. Jak się ich nauczy czytać to już koniec.
Porażka.
Nie wiadomo co przeczytają, co pomyślą i jakie wnioski wyciągną.
Nie można do tego dopuścić.
Prosta to droga do katastrofy i to nie takiej, co prowadzi czwórkami do nieba.
Generalnie edukacja propaguje więc jakiś koszmar, wiedza prowadzi do myślenia, myślenie zaś do wiedzy a to jest błędne koło.
Przestańmy.
Wtedy będzie łatwiej wszystkim wpierać to czy tamto, myśleć za nich i podejmować decyzje.Naprawdę - trzeba zaprotestować.
Babcia miała rację.
Głupich nie sieją tylko się sami rodzą.
Widać nikt nie rozpropagował wśród nich aborcji.
Wzrok oglądających był nieprzenikniony, czasami patrzyli się na siebie i nic nie mówili.
Potem przyszło zrozumienie i uzus semiotyczny.To było "znaczące spojrzenie" lub też "wątpiący wzrok".
Na przemian.
Pogrzeby Andropowa i Czernienki.
Jak przez mgłę.
Babcia oglądała relacje telewizyjne patrząc na płaczące tłumy żałobników mówiła coś o głupich.
Nieładnie tak mówić przecież.
Potem okazało się, że w tym właśnie zdaniu Babcia miała wiele racji.
Fanaberium nie śpi (bo wyspane) tylko czyta. I przeczytało sobie trochę artykułów i dysput. Miało w tej kwestii głosu nie zabierać, ale jednak się zirytowało.
Kazimiera Szczuka (współ)napisała "Duża książkę o aborcji", która została skazana na banicję tak bardzo, że sprzedaż wzrosła.Ale ja nie o chwytach marketingowych
Ja natomiast o tym, że w proteście związanym z pojawieniem się książki na rynku ileś setek internautów podpisało petycję, by owej sprzedaży w ogóle zakazać, gdyż "propaguje aborcję wśród młodzieży".
I tak już pozostało powielane przez kolejne teksty, kolejne portale, kolejne dyskusje. "Propaguje aborcję wśród młodzieży".
Jak można propagować aborcję wśród młodzieży to ja naprawdę nie wiem. Jakieś seppuku gremialne wśród tych cudów natury - kilkunastoletnich chodzących płodów?
Bo miejmy nadzieję, że nie chodzi o to, że młodzież po przeczytaniu jednej książki, w której jest mowa czym aborcja jest, która wyjaśnia zagadnienia, która po prostu dostarcza wiedzy na temat między innymi człowieczej seksualności i której nie ma obowiązku czytać, pójdzie hurtem sprawdzać ot, tak sobie phi phi, jak to jest aborcję mieć.
Przeprowadzić.
Zrobić.
(Czasownika "dokonać" fanaberium nie użyje, bo to kalka językowa z "dokonać zbrodni" i zdaje się, że z tym się ma kojarzyć - co jest kolejną językową manipulacją.)
Jeśli o to w "propagowaniu" chodzi, to trzeba by było się zastanowić czy inne dziedziny i zagadnienia nie propagują wśród tej durnej pozbawionej mózgu, wychowania, kontekstu młodzieży podejrzanych odruchów i zachowań.
Chemia to na przykład propaguje narkotyki.Na początku kwas i zasada a potem to już alkaloid.
I tylko czekać jak se upichcą kokainkę w melinie garażowej pod nieobecność rodziców.
WF propaguje agresję, tego tłumaczyć nie trzeba.
A nade wszystko literatura. Jak się ich nauczy czytać to już koniec.
Porażka.
Nie wiadomo co przeczytają, co pomyślą i jakie wnioski wyciągną.
Nie można do tego dopuścić.
Prosta to droga do katastrofy i to nie takiej, co prowadzi czwórkami do nieba.
Generalnie edukacja propaguje więc jakiś koszmar, wiedza prowadzi do myślenia, myślenie zaś do wiedzy a to jest błędne koło.
Przestańmy.
Wtedy będzie łatwiej wszystkim wpierać to czy tamto, myśleć za nich i podejmować decyzje.Naprawdę - trzeba zaprotestować.
Babcia miała rację.
Głupich nie sieją tylko się sami rodzą.
Widać nikt nie rozpropagował wśród nich aborcji.
niedziela, 30 października 2011
O tym, że czas zimowy.
I didn't have time to write a short letter, so I wrote a long one instead.
(Mark Twain)
Fanaberium odkrywa krótką formę.
Nie ma opisywanek, introdukcji i punktów kulminacyjnych z katastrofą w tle, by przejść gdzieś w piątym akapicie do kolejnego sedna, a w ósmy zabrać się za 10-zdaniową pointę.
Sposób wyrażenia opinii na temat przyszedł mi do głowy, gdy wychodziłam dziś z metra.
Ulotki.
Brać czy nie brać?
Moja niegdysiejsza rozmowa z S. nie rozwiała wątpliwości, tylko utwierdziła mnie w problemie.
I S. i ja zgadzaliśmy się, że wzięcie ulotki, to poparcie rynku pracy, przeciwdziałanie bezrobociu. Pani/pan od ulotek ma pracę a wykonuje ją - być może utrzymuje - dzięki temu, ze ja ulotkę wezmę.Nie wzięcie - ekologiczny protest, bo i tak to się potem wyrzuci do kosza (oby, a nie na ulicę lub wsadzi do kieszeni, by zapomnieć, a potem pięknie uprać z czarnymi rzeczami), kolejne drzewo padnie, a my à la Michael Jackson w teledysku odbijamy sobie symbolicznie kolana na ubitej ziemi, z odezwą "what about us".
S. mnie poparł, dorzucił swoje i byliśmy bardzo zadowoleni z wielominutowej dyskusji, błyskotliwości, wzajemnego poparcia i rozintelektualnienia, gdy przyszła H. i na zadane pytanie zdumiona powiedziała zwięźle: nie, ja nie biorę tej ulotki. Nie dlatego, że to czy tamto.
Ja po prostu tej ulotki nie potrzebuję.
Lapidarność stylu, ot co.
Oby równie lapidarny był okres jesienno-zimowy.
Bo H. powiedziała słusznie.
Ja tego po prostu nie potrzebuję.
(Mark Twain)
Fanaberium odkrywa krótką formę.
Nie ma opisywanek, introdukcji i punktów kulminacyjnych z katastrofą w tle, by przejść gdzieś w piątym akapicie do kolejnego sedna, a w ósmy zabrać się za 10-zdaniową pointę.
Sposób wyrażenia opinii na temat przyszedł mi do głowy, gdy wychodziłam dziś z metra.
Ulotki.
Brać czy nie brać?
Moja niegdysiejsza rozmowa z S. nie rozwiała wątpliwości, tylko utwierdziła mnie w problemie.
I S. i ja zgadzaliśmy się, że wzięcie ulotki, to poparcie rynku pracy, przeciwdziałanie bezrobociu. Pani/pan od ulotek ma pracę a wykonuje ją - być może utrzymuje - dzięki temu, ze ja ulotkę wezmę.Nie wzięcie - ekologiczny protest, bo i tak to się potem wyrzuci do kosza (oby, a nie na ulicę lub wsadzi do kieszeni, by zapomnieć, a potem pięknie uprać z czarnymi rzeczami), kolejne drzewo padnie, a my à la Michael Jackson w teledysku odbijamy sobie symbolicznie kolana na ubitej ziemi, z odezwą "what about us".
S. mnie poparł, dorzucił swoje i byliśmy bardzo zadowoleni z wielominutowej dyskusji, błyskotliwości, wzajemnego poparcia i rozintelektualnienia, gdy przyszła H. i na zadane pytanie zdumiona powiedziała zwięźle: nie, ja nie biorę tej ulotki. Nie dlatego, że to czy tamto.
Ja po prostu tej ulotki nie potrzebuję.
Lapidarność stylu, ot co.
Oby równie lapidarny był okres jesienno-zimowy.
Bo H. powiedziała słusznie.
Ja tego po prostu nie potrzebuję.
piątek, 14 października 2011
O tym, że tym razem krótko.
Egzemplifikacja tej tezy przyszła do mnie sama. A w zasadzie usiadła obok mnie w metrze i perorowała o filmie "Bitwa Warszawska 1920" Jerzego Hoffmana.
Perorowała o tym, efekty są "jedyne w swoim rodzaju, a Natasza Urbańska "naprawdę świetnie " zagrała i jest to film, który każdy Polak powinien zobaczyć.
Ale okazało się, że efekty i Natasza, to nie jedyny powód ciągnięcia do kina każdego Polaka. Tym powodem jest to, że: "film w końcu prawdziwie pokazuje, jakie te Ruskie to hołota i spsienie.
Bo to cała prawda w tym filmie, bo to film historyczny. Oni też - przemówienie szło głośno przez cały wagon - taki film zrobili ostatnio historyczny, ten "1612", co pokazywał jak Polacy mieli wojnę z Ruskimi i zajęli Moskwę. Pewnie, że zajęli, bo się należało, ale na pewno się tak nie zachowywali, jak Ruscy w filmie pokazali. Polacy się tak nie zachowują i mieli prawo Ruskich zaatakować więc po co takie kłamliwe filmy robić i jeszcze mówić, że są oparte na faktach."
To oczywiste.
środa, 12 października 2011
O tym, że wybory językowe.
Wybory były, tu wygrali, tam przegrali, referendum, która strona Warszawy bierze Budę, a która Peszt na pewno niedługo się odbędzie. No i Waldemar Pawlak jak zwykle w formie, bo nie pitolił o miłości i przegranej drużynie ani nie kazał nikomu niczego przysięgać w dziwnych gestach tylko wyrzucił z siebie, iż było cholernie ciężko.
I tyle.
Nie ma to jak szorstkość i zwięzłość strażaka.
Teraz wyszło na jaw, że te wybory są specjalne.Dzięki szczeremu jak dziecko Januszowi P., który pokazuje, że rozwój zaprawdę nie ma granic - od Ozonu z "zakazem pedałowania" na okładce do największej nadziei lewicy legalizującej związki partnerskie - Sodoma i Gomora weszła do Sejmu. Marek Jurek jest przerażon. W Tok Fm słychać było głos, że to są w nowym parlamencie są " dziwne, nieznane osoby z marginesu społecznego". Nieznane, ale wiadomo, że z marginesu i że dziwne.Nikt nie zaczął jeszcze pracować, że tak fanaberium delikatnie wspomni.Ani przerazić się nie było czym, ani zachwycić.
Ale to też wyzwanie dla języka polskiego.
Tu tyle nowych dziwów się narobiło, że polski mainstream nie ma słów.
Gdzieś tam opłotkami się bąkało, jedni zręczniej inni mniej zręcznie, ale "jedynki" w Wyborczej to raczej nie miało zbyt często. Teraz jednak wejdzie to do języka codziennego polityki i to jest wielka fanaberia jak co niektore media wiją się w karkołomnych hołubcach językowych.Określeniach, wyjaśnieniach i naklejaniu etykietek.
Już, już ad remuję.
Po pierwsze: Murzyn wrócił.
Poseł John Godson z Łodzi, który, co tu dużo mówić,dla niektórych wszedł do Sejmu tylnymi drzwiami (na skutek rezygnacji z mandatu innego posła, Hanny Zdanowskiej) teraz uzyskał reelekcję.I teraz jak tu o tym pisać. Egzotyka posła nakazuje podkreślić jego pochodzenie, ale jakby się nie starali to za każdym razem fuck up. Jedni, że Murzyn w sejmie. Inni , że Afroamerykanin (Afroamerykanie, moi kochani dziennikarze, to są osoby mieszkające w Ameryce, głównie w Stanach a poseł Godson pochodzi z Nigerii) inni jednak, muszę to przyznać, starają się być delikatniejsi i mówią "czarnoskóry parlamentarzysta". Czekam aż Artur"koniec-cywilizacji -białego -człowieka" Górski zacznie nazwać się "białoskórym" posłem, aby na pewno się odróżnić.
Po drugie: Gej w natarciu.
Geje"weszły" do Parlamentu. W postaci Roberta Biedronia zniszczą "polską rodzinę" (każdą) w przeciągu chwili.Do zaprzysiężenia nie będzie już czego zbierać.Czy geje weszły dopiero teraz można polemizować zapewne, ale nie wypada.
Chodzi o to, że do Sejmu wszedł "otwarty" gej. Czy to Wyborcza czy Rzeczpospolita - ta formuła obowiązuje. Pierwszy otwarty gej. Co kreuje podwójną zadumę. Otwarty na co? Otwarty, że tak łatwo nawiązuje kontakty?Otwarty na nowe wrażenia? Czy co niby? A jeśli chodzi,o to, że się otwarcie przyznaje do tego, że jest orientacji homoseksualnej to zastanawia mnie też ten liczebnik.
Pierwszy otwarty gej.
Czy skoro otwarty jest pierwszy to jacyś zamknięci (i w sobie i/ albo w ujawnieniu się) też byli, ha?
No nie wracajmy już, który polityk którego z mężem do siebie zapraszał na pojednanie.
Po trzecie: Feministka u bram.
Wanda Nowicka też ma to do siebie, że jest "otwartą" feministką. U niej (uważam RZE głównie w mediach prawicowych) pojawia się także przymiotnik "główna".Kazimiera Szczuka zdetronizowana. Powinna popełnić harakiri na Manifie. Zresztą wszyscy powinni, bo mord idzie aborcyjny. Fala.Rejtanem my powinni wszyscy. Natychmiast.
Ta pewność apokaliptyczna spowodowała, że Wanda Nowicka "główna feministka" już sprawiła cud, gdyż także dzięki jej pojawieniu się w parlamencie Tomasz Terlikowski pokochał Platformę Obywatelską.
Cud!
Teraz Platforma już nie jest be, już można namawiać, "odezwy" pisać, "wzywać" i "jednoczyć" przeciwko.
Otwartej Feministce (aborcja, aborcja, aborcja!!!) i Otwartemu Gejowi (adopcja dzieci, adopcja dzieci, adopcja dzieci!!!)
Wyżej wymienieni, nawet nie zostali jeszcze zaprzysiężeni i niczego nie zrobili ani niespecjalnie się wypowiedzieli, że tak fanaberium raz jeszcze delikatnie wspomni.
Dominik Zdort ("Rzeczpospolita")w obliczu Palikotów docenił SLD. Dramatyczny apel drugiego dnia po wyborach - "Konieczny jest opór wobec zapateryzacji !!!! - w obliczu 60 mandatów, które dzierży w nowym parlamencie ta podwójna teraz niby-lewica - to jest jednak kabaret.
Pominę zadumę, że dotychczas jako Zapatero opisywany był Napieralski Grzegorz, bo zarówno to porównanie, jak i sam opisywany odchodzą w zasłużone zapomnienie.Skupię się na zapateryzacji AD 2011: konieczny jest więc opór, jako żywo.
Ruch oporu i tajne konserwatywne komplety.
Ale żeby tego było mało - to:
Po czwarte: Transeksualistka z Krakowa.
Anna Grodzka, która przeszła operację zmiany płci (i wszyscy o tym KONIECZNIE muszą wiedzieć poinformowani przez samą zainteresowaną i media) wprowadza kompletne zamieszanie. Aby wybić jeszcze koniecznie fakt, ze transseksualistka (czy transeksualista?, które panie dziennikarzu, bo z używaniem tego też bywa różnie) jest jedyną transpłciową parlamenarzystką na świecie (skąd oni to wiedzą, że tak obwieszczają?) która to w Sejmie RP (Rzeczpospolitej Polskiej a nie Ruchu Palikota) zasiadać będzie trzeba na dodatek koniecznie wpaść w lekkie faux pas, że nawet konserwatywny, z lekka patyną pokryty Kraków dał się skusić.
Kraków taki konserwatywny, że aż transseks w Sejmie, głoszą media niemalże w tej formie(pseudo)haiku.
Niektórzy już zadeklarowali (od wyborów mija godzin 48), że będą "tego wszystkiego" unikać i wzywają, że trzeba to jak Samoobronę w 2001 traktować.
Izolująco.
Po 2005 roku ta izolacja , jak wiadomo wyglądała przez owych, co wzywają nieco inaczej.
Brak mi pointy, naprawdę.
Mogę coś nabredzić o histeriach, uprzedzeniach i lapsusach językowych.
Ale wrócę raz jeszcze do mistrza ciętej riposty premiera Pawlaka:
"Można się z tego śmiać, ale, proszę państwa, to się dzieje naprawdę"
I tyle.
Nie ma to jak szorstkość i zwięzłość strażaka.
Teraz wyszło na jaw, że te wybory są specjalne.Dzięki szczeremu jak dziecko Januszowi P., który pokazuje, że rozwój zaprawdę nie ma granic - od Ozonu z "zakazem pedałowania" na okładce do największej nadziei lewicy legalizującej związki partnerskie - Sodoma i Gomora weszła do Sejmu. Marek Jurek jest przerażon. W Tok Fm słychać było głos, że to są w nowym parlamencie są " dziwne, nieznane osoby z marginesu społecznego". Nieznane, ale wiadomo, że z marginesu i że dziwne.Nikt nie zaczął jeszcze pracować, że tak fanaberium delikatnie wspomni.Ani przerazić się nie było czym, ani zachwycić.
Ale to też wyzwanie dla języka polskiego.
Tu tyle nowych dziwów się narobiło, że polski mainstream nie ma słów.
Gdzieś tam opłotkami się bąkało, jedni zręczniej inni mniej zręcznie, ale "jedynki" w Wyborczej to raczej nie miało zbyt często. Teraz jednak wejdzie to do języka codziennego polityki i to jest wielka fanaberia jak co niektore media wiją się w karkołomnych hołubcach językowych.Określeniach, wyjaśnieniach i naklejaniu etykietek.
Już, już ad remuję.
Po pierwsze: Murzyn wrócił.
Poseł John Godson z Łodzi, który, co tu dużo mówić,dla niektórych wszedł do Sejmu tylnymi drzwiami (na skutek rezygnacji z mandatu innego posła, Hanny Zdanowskiej) teraz uzyskał reelekcję.I teraz jak tu o tym pisać. Egzotyka posła nakazuje podkreślić jego pochodzenie, ale jakby się nie starali to za każdym razem fuck up. Jedni, że Murzyn w sejmie. Inni , że Afroamerykanin (Afroamerykanie, moi kochani dziennikarze, to są osoby mieszkające w Ameryce, głównie w Stanach a poseł Godson pochodzi z Nigerii) inni jednak, muszę to przyznać, starają się być delikatniejsi i mówią "czarnoskóry parlamentarzysta". Czekam aż Artur"koniec-cywilizacji -białego -człowieka" Górski zacznie nazwać się "białoskórym" posłem, aby na pewno się odróżnić.
Po drugie: Gej w natarciu.
Geje"weszły" do Parlamentu. W postaci Roberta Biedronia zniszczą "polską rodzinę" (każdą) w przeciągu chwili.Do zaprzysiężenia nie będzie już czego zbierać.Czy geje weszły dopiero teraz można polemizować zapewne, ale nie wypada.
Chodzi o to, że do Sejmu wszedł "otwarty" gej. Czy to Wyborcza czy Rzeczpospolita - ta formuła obowiązuje. Pierwszy otwarty gej. Co kreuje podwójną zadumę. Otwarty na co? Otwarty, że tak łatwo nawiązuje kontakty?Otwarty na nowe wrażenia? Czy co niby? A jeśli chodzi,o to, że się otwarcie przyznaje do tego, że jest orientacji homoseksualnej to zastanawia mnie też ten liczebnik.
Pierwszy otwarty gej.
Czy skoro otwarty jest pierwszy to jacyś zamknięci (i w sobie i/ albo w ujawnieniu się) też byli, ha?
No nie wracajmy już, który polityk którego z mężem do siebie zapraszał na pojednanie.
Po trzecie: Feministka u bram.
Wanda Nowicka też ma to do siebie, że jest "otwartą" feministką. U niej (uważam RZE głównie w mediach prawicowych) pojawia się także przymiotnik "główna".Kazimiera Szczuka zdetronizowana. Powinna popełnić harakiri na Manifie. Zresztą wszyscy powinni, bo mord idzie aborcyjny. Fala.Rejtanem my powinni wszyscy. Natychmiast.
Ta pewność apokaliptyczna spowodowała, że Wanda Nowicka "główna feministka" już sprawiła cud, gdyż także dzięki jej pojawieniu się w parlamencie Tomasz Terlikowski pokochał Platformę Obywatelską.
Cud!
Teraz Platforma już nie jest be, już można namawiać, "odezwy" pisać, "wzywać" i "jednoczyć" przeciwko.
Otwartej Feministce (aborcja, aborcja, aborcja!!!) i Otwartemu Gejowi (adopcja dzieci, adopcja dzieci, adopcja dzieci!!!)
Wyżej wymienieni, nawet nie zostali jeszcze zaprzysiężeni i niczego nie zrobili ani niespecjalnie się wypowiedzieli, że tak fanaberium raz jeszcze delikatnie wspomni.
Dominik Zdort ("Rzeczpospolita")w obliczu Palikotów docenił SLD. Dramatyczny apel drugiego dnia po wyborach - "Konieczny jest opór wobec zapateryzacji !!!! - w obliczu 60 mandatów, które dzierży w nowym parlamencie ta podwójna teraz niby-lewica - to jest jednak kabaret.
Pominę zadumę, że dotychczas jako Zapatero opisywany był Napieralski Grzegorz, bo zarówno to porównanie, jak i sam opisywany odchodzą w zasłużone zapomnienie.Skupię się na zapateryzacji AD 2011: konieczny jest więc opór, jako żywo.
Ruch oporu i tajne konserwatywne komplety.
Ale żeby tego było mało - to:
Po czwarte: Transeksualistka z Krakowa.
Anna Grodzka, która przeszła operację zmiany płci (i wszyscy o tym KONIECZNIE muszą wiedzieć poinformowani przez samą zainteresowaną i media) wprowadza kompletne zamieszanie. Aby wybić jeszcze koniecznie fakt, ze transseksualistka (czy transeksualista?, które panie dziennikarzu, bo z używaniem tego też bywa różnie) jest jedyną transpłciową parlamenarzystką na świecie (skąd oni to wiedzą, że tak obwieszczają?) która to w Sejmie RP (Rzeczpospolitej Polskiej a nie Ruchu Palikota) zasiadać będzie trzeba na dodatek koniecznie wpaść w lekkie faux pas, że nawet konserwatywny, z lekka patyną pokryty Kraków dał się skusić.
Kraków taki konserwatywny, że aż transseks w Sejmie, głoszą media niemalże w tej formie(pseudo)haiku.
Niektórzy już zadeklarowali (od wyborów mija godzin 48), że będą "tego wszystkiego" unikać i wzywają, że trzeba to jak Samoobronę w 2001 traktować.
Izolująco.
Po 2005 roku ta izolacja , jak wiadomo wyglądała przez owych, co wzywają nieco inaczej.
Brak mi pointy, naprawdę.
Mogę coś nabredzić o histeriach, uprzedzeniach i lapsusach językowych.
Ale wrócę raz jeszcze do mistrza ciętej riposty premiera Pawlaka:
"Można się z tego śmiać, ale, proszę państwa, to się dzieje naprawdę"
niedziela, 18 września 2011
O tym, że życie na podsłuchu.
Bywa tak, że trzeba czekać. Niestety. Długo i żmudnie.
A tu ani kartki w około do przeczytania, słuchawek nie ma, komórka na wyczerpaniu, jest tłok, jest duszno, ogólny brak wszystkiego i nic nie wiadomo.
Co zrobić wtedy?
Tak, winnam.
Podsłuchuję.
Gdy toczy się konwersacja w zasięgu mojego ucha, odruchowo wychwytuję najpierw pojedyncze słowa, potem zdania, składam je w całość, kto zacz, gdzie i skąd.Po co, można zapytać, To nieładnie - skomentować można. Po co- to proste. Zawsze się można czegoś nauczyć,jeśli nie to zabawić no i przestać tak czekać i czekać. Co do drugiej uwagi, że nieładnie - cóż można rzec? - Phi.
Najlepszym miejscem do podsłuchiwania jest miejsce ciche. Wtedy nie trzeba zastygać, wysilać się, niecierpliwić.Można szybo ocenić sytuację czy to interesujące czy nie, dać sobie spokój albo iść w to dalej. Godne polecenia są wszelakie poczekalnie. Przoduje w tym korytarz przed gabinetami lekarskimi, lecz ostrzegam- jest to pułapka. Rozkwita tam bowiem targowisko medycznej bolesności. Licytacja na lekarstwa, aukcja chorób, istne allegro przypadłości. Małym pocieszeniem mogą być rady dotyczące "łykania magnesów" lub też reminiscencje z wnętrza "rezonu magnetycznego."
Komunikacja miejska jest także cudowną podsłuchiwalnią. Metro najmniej, bo szumi, uwaga drzwi się zamykają, następna stacja Politechnika - głos wieści dystyngowanie . Same przeszkody w kontinuum podsłuchiwawczym. Natomiast tramwaj niskopodłogowy to jest istny wypas.Cicho jedzie, nie wydaje dźwięków, klimę ma więc nikt nie sapie, dycha i narzeka na zimno-ciepło.
W środę czytałam teksty o hasłach wyborczych. Sztaby od niedawna prezentowały, promowały i wyjaśniały. Eksperci analizowali, chwalili, ganili. Sztabowcy dwoili się, by wyśmiać konkurencję. Czy obiecanki - cacanki "Zróbmy więcej " to odniesienie do pustego "Polacy zasługują na więcej" a czy "Polacy zasługują na więcej" to plagiat niegdysiejszej kampanii LPR "Polska zasługuje na więcej" i co na to wszystko Grzegorz "Jutro bez obaw"Napieralski z "Jestem w polityce nie dla pieniędzy" Palikot.Osobno, rzecz jasna.
Czytałam w tramwaju i już nieco mnie to znudziło szczególnie, kiedy doszłam do hasła ludowców. Wychwyciłam głosy.Zniecierpliwione, podkłócone, szorstkie.Dwoje dwudziesto(paro?)latków przeżywało swoje problemy miłosne. To znaczy ja sądziłam, że są to problemy li tylko problemy miłosne.To było ciekawsze. W końcu "Człowiek jest najważniejszy" (PSL).Złożyłam papiery. Był jakiś "on" i było dramatyczne "dlaczego?!" z zawieszeniem głosu i trzykropkami. Melodramat, chusteczka, płacz. I już, już chciałam zrezygnować kiedy padło : -"Gdybym wiedziała, że tak pomyślisz,to bym tego nie zrobiła" . - "Gdybyś tego nie zrobiła, to bym tego nie pomyślał".
Ładne.
Poniekąd logiczne.
A potem padło: "Jak możemy być razem skoro nie tylko chcesz na niego głosować, ale w moje urodziny pracować w jakimś tam sztabie"?
Polityka miłości przybrała ciekawy kształt.
Podsłuchiwanie może kończyć się także klęską.
Bo pozostaje pytanie na tle dzwoniących w uszach haseł wyborczych: który to sztab?!
A tu ani kartki w około do przeczytania, słuchawek nie ma, komórka na wyczerpaniu, jest tłok, jest duszno, ogólny brak wszystkiego i nic nie wiadomo.
Co zrobić wtedy?
Tak, winnam.
Podsłuchuję.
Gdy toczy się konwersacja w zasięgu mojego ucha, odruchowo wychwytuję najpierw pojedyncze słowa, potem zdania, składam je w całość, kto zacz, gdzie i skąd.Po co, można zapytać, To nieładnie - skomentować można. Po co- to proste. Zawsze się można czegoś nauczyć,jeśli nie to zabawić no i przestać tak czekać i czekać. Co do drugiej uwagi, że nieładnie - cóż można rzec? - Phi.
Najlepszym miejscem do podsłuchiwania jest miejsce ciche. Wtedy nie trzeba zastygać, wysilać się, niecierpliwić.Można szybo ocenić sytuację czy to interesujące czy nie, dać sobie spokój albo iść w to dalej. Godne polecenia są wszelakie poczekalnie. Przoduje w tym korytarz przed gabinetami lekarskimi, lecz ostrzegam- jest to pułapka. Rozkwita tam bowiem targowisko medycznej bolesności. Licytacja na lekarstwa, aukcja chorób, istne allegro przypadłości. Małym pocieszeniem mogą być rady dotyczące "łykania magnesów" lub też reminiscencje z wnętrza "rezonu magnetycznego."
Komunikacja miejska jest także cudowną podsłuchiwalnią. Metro najmniej, bo szumi, uwaga drzwi się zamykają, następna stacja Politechnika - głos wieści dystyngowanie . Same przeszkody w kontinuum podsłuchiwawczym. Natomiast tramwaj niskopodłogowy to jest istny wypas.Cicho jedzie, nie wydaje dźwięków, klimę ma więc nikt nie sapie, dycha i narzeka na zimno-ciepło.
W środę czytałam teksty o hasłach wyborczych. Sztaby od niedawna prezentowały, promowały i wyjaśniały. Eksperci analizowali, chwalili, ganili. Sztabowcy dwoili się, by wyśmiać konkurencję. Czy obiecanki - cacanki "Zróbmy więcej " to odniesienie do pustego "Polacy zasługują na więcej" a czy "Polacy zasługują na więcej" to plagiat niegdysiejszej kampanii LPR "Polska zasługuje na więcej" i co na to wszystko Grzegorz "Jutro bez obaw"Napieralski z "Jestem w polityce nie dla pieniędzy" Palikot.Osobno, rzecz jasna.
Czytałam w tramwaju i już nieco mnie to znudziło szczególnie, kiedy doszłam do hasła ludowców. Wychwyciłam głosy.Zniecierpliwione, podkłócone, szorstkie.Dwoje dwudziesto(paro?)latków przeżywało swoje problemy miłosne. To znaczy ja sądziłam, że są to problemy li tylko problemy miłosne.To było ciekawsze. W końcu "Człowiek jest najważniejszy" (PSL).Złożyłam papiery. Był jakiś "on" i było dramatyczne "dlaczego?!" z zawieszeniem głosu i trzykropkami. Melodramat, chusteczka, płacz. I już, już chciałam zrezygnować kiedy padło : -"Gdybym wiedziała, że tak pomyślisz,to bym tego nie zrobiła" . - "Gdybyś tego nie zrobiła, to bym tego nie pomyślał".
Ładne.
Poniekąd logiczne.
A potem padło: "Jak możemy być razem skoro nie tylko chcesz na niego głosować, ale w moje urodziny pracować w jakimś tam sztabie"?
Polityka miłości przybrała ciekawy kształt.
Podsłuchiwanie może kończyć się także klęską.
Bo pozostaje pytanie na tle dzwoniących w uszach haseł wyborczych: który to sztab?!
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
O tym, że synkretyzm uniwersytecki.
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze znanych artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy świat nie stoi na głowie.Nie tylko ze względu na to, że koincydencja nazwisk jest fanaberyjna. Ale przede wszystkim ze względu na to, że pan zrobił coś, czego wcześniej nie zrobił nikt inny.Może nazwisko go natchnęło?
I nie było to nic pokroju uzdrawiającego seansu, kiedy mistrz Kaszpirowski uzdrawiał przez ekran.Nie.
Było to coś, czego spodziewasz się po rehabilitancie.
Ortopedzie.
Ba, nawet interniście. Jeśli sam nie potrafi, to może zasugerować.
Nikt nie zasugerował
A czas upływał.
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden z wielkich artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy tych dwóch światów nie należałoby jakoś połączyć skoro to daje takie efekty.
Czy na Uniwersytet Medyczny nie powinno być takich także egzaminów jak na przykład do Akademii Teatralnej na Wydział Aktorski?
W Akademii i wiersz egzaminowano i prozę i ruch i wdzięk i głos i nerw.Zdolność, czasami- talent. Wiedzę też, ale to drugorzędne.Jak ktoś ma wdzięk i ruch i głos i nerw to wiedza w tym zawodzie jest drugorzędna, nie oszukujmy się.Można nabyć.
Później.
(Swoją drogą dobrze by było, gdyby na aktorskim nabywano nieco więcej.
Wcześniej.)
No i nie to, że zawsze w AT/PWST trafiają w dziesiątkę.
Na ten temat można by cały oddzielny fanaberium post napisać, jak bardzo nie trafiają czasami.
Ale jednak egzaminują.
I jedni potem na wdzięku jadą, inni głosem działają, talentem czy w po prostu na nerwy.W zależności co im przyjdzie robić.
Sprawdzeni zostali,rozwijają się, szlifują, rokują, nie rokują, mają szczęście, nie mają szczęścia.
W medycynie - wolałabym- aby na szczęście nie liczono.Wolałabym, żeby wiedza była solidna.Bardziej niż solidna.
Wolałabym, aby nie liczono li i jedynie - jak mnie oświecono na absurdalnie drogiej konsultacji- na system zero -jedynkowy. Jest objaw- to jeden, jest choroba X. Nie ma objawu - nie ma choroby X. Fakt, może dawać niezbyt klarowne objawy, ale jednak trzymajmy się systemy zero-jedynkowego.Nie jesteśmy jakimiś humanistami, nie bawmy się w interpretacyje i wielość znaczeń.1-0.Prawda-fałsz.Nie pasuje?To nie wiem.Do obserwacji.Boli?Przeciwbólowy 2 razy dziennie.Nie pomaga? Może pomoże. Do widzenia.
Wolałabym, aby liczono na to, że prócz owego systemu, wyłożonego w księgach po łacinie i na wykładach przez pół-bogów profesorów jest jeszcze milion innych rzeczy, które należy wziąć pod uwagę, skoro pacjent narzeka.Może narzeka, bo hipochondryk. A może nie.
I to"może nie" należy wziąć pod uwagę.
Należy pomyśleć.
Fakty powiązać.
Zadać pytanie.
Wyjaśnić po co, bo może źródło wiedzy- czyli pacjent- nie zrozumiał.
Może zdenerwowany.
Może cierpi.
Może głupawy.
A może inna terapia podziała.
Może jak to połączyć z tym i jeszcze gdyby zadać inne pytanie to...
I takich widziano.Nie zawsze są uprzejmi i kulturalni ( choć i o to warto powalczyć), ale są skuteczni.
Nie, nie mam na myśli House'a.
No, może nie tylko.
Fanaberyjne oczy widziały, fanaberyjne uszy słyszały w pozaserialowym świecie.
Skąd się wzięli?
Prawdopodobnie nie stąd, że zdali egzamin z fizyki czy biologii na 300 % normy.
Może więc Uniwersytet Medyczny oprócz koniecznych egzaminów z chemii i matematyki powinien też przeprowadzać egzaminy z prozy ( narracja, ważna rzecz), wiersza (ach, te wieloznaczne, zupełnie nie zero-jedynkowe figury retoryczne, metafory, porównania, przerzutnie i synekdochy), nerwu (może lepiej zostać farmaceutą skoro ludzie mnie tak irytują) i głosu (lepiej mówić do pacjenta a nie chrząkać, mruczeć i onopatopeić).
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze starych i jarych artystów filmowych zaczynasz sobie myśleć czy następnym razem zębów nie będzie ci leczył jakiś Aleksander Zelwerowicz czy Irena Eichlerówna.
Może i by było dobrze.
Oni na sto procent by wiedzieli jak to dobrze rozegrać.
I nie było to nic pokroju uzdrawiającego seansu, kiedy mistrz Kaszpirowski uzdrawiał przez ekran.Nie.
Było to coś, czego spodziewasz się po rehabilitancie.
Ortopedzie.
Ba, nawet interniście. Jeśli sam nie potrafi, to może zasugerować.
Nikt nie zasugerował
A czas upływał.
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden z wielkich artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy tych dwóch światów nie należałoby jakoś połączyć skoro to daje takie efekty.
Czy na Uniwersytet Medyczny nie powinno być takich także egzaminów jak na przykład do Akademii Teatralnej na Wydział Aktorski?
W Akademii i wiersz egzaminowano i prozę i ruch i wdzięk i głos i nerw.Zdolność, czasami- talent. Wiedzę też, ale to drugorzędne.Jak ktoś ma wdzięk i ruch i głos i nerw to wiedza w tym zawodzie jest drugorzędna, nie oszukujmy się.Można nabyć.
Później.
(Swoją drogą dobrze by było, gdyby na aktorskim nabywano nieco więcej.
Wcześniej.)
No i nie to, że zawsze w AT/PWST trafiają w dziesiątkę.
Na ten temat można by cały oddzielny fanaberium post napisać, jak bardzo nie trafiają czasami.
Ale jednak egzaminują.
I jedni potem na wdzięku jadą, inni głosem działają, talentem czy w po prostu na nerwy.W zależności co im przyjdzie robić.
Sprawdzeni zostali,rozwijają się, szlifują, rokują, nie rokują, mają szczęście, nie mają szczęścia.
W medycynie - wolałabym- aby na szczęście nie liczono.Wolałabym, żeby wiedza była solidna.Bardziej niż solidna.
Wolałabym, aby nie liczono li i jedynie - jak mnie oświecono na absurdalnie drogiej konsultacji- na system zero -jedynkowy. Jest objaw- to jeden, jest choroba X. Nie ma objawu - nie ma choroby X. Fakt, może dawać niezbyt klarowne objawy, ale jednak trzymajmy się systemy zero-jedynkowego.Nie jesteśmy jakimiś humanistami, nie bawmy się w interpretacyje i wielość znaczeń.1-0.Prawda-fałsz.Nie pasuje?To nie wiem.Do obserwacji.Boli?Przeciwbólowy 2 razy dziennie.Nie pomaga? Może pomoże. Do widzenia.
Wolałabym, aby liczono na to, że prócz owego systemu, wyłożonego w księgach po łacinie i na wykładach przez pół-bogów profesorów jest jeszcze milion innych rzeczy, które należy wziąć pod uwagę, skoro pacjent narzeka.Może narzeka, bo hipochondryk. A może nie.
I to"może nie" należy wziąć pod uwagę.
Należy pomyśleć.
Fakty powiązać.
Zadać pytanie.
Wyjaśnić po co, bo może źródło wiedzy- czyli pacjent- nie zrozumiał.
Może zdenerwowany.
Może cierpi.
Może głupawy.
A może inna terapia podziała.
Może jak to połączyć z tym i jeszcze gdyby zadać inne pytanie to...
I takich widziano.Nie zawsze są uprzejmi i kulturalni ( choć i o to warto powalczyć), ale są skuteczni.
Nie, nie mam na myśli House'a.
No, może nie tylko.
Fanaberyjne oczy widziały, fanaberyjne uszy słyszały w pozaserialowym świecie.
Skąd się wzięli?
Prawdopodobnie nie stąd, że zdali egzamin z fizyki czy biologii na 300 % normy.
Może więc Uniwersytet Medyczny oprócz koniecznych egzaminów z chemii i matematyki powinien też przeprowadzać egzaminy z prozy ( narracja, ważna rzecz), wiersza (ach, te wieloznaczne, zupełnie nie zero-jedynkowe figury retoryczne, metafory, porównania, przerzutnie i synekdochy), nerwu (może lepiej zostać farmaceutą skoro ludzie mnie tak irytują) i głosu (lepiej mówić do pacjenta a nie chrząkać, mruczeć i onopatopeić).
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze starych i jarych artystów filmowych zaczynasz sobie myśleć czy następnym razem zębów nie będzie ci leczył jakiś Aleksander Zelwerowicz czy Irena Eichlerówna.
Może i by było dobrze.
Oni na sto procent by wiedzieli jak to dobrze rozegrać.
piątek, 17 czerwca 2011
O tym, że blisko, coraz bliżej.
Ha!
Nie chodzi o marnie ironiczny komentarz dotyczący Euro 2012.
Ani o Chińczyków na autostradzie A2 ani o schody kaskadowe na stadionie ani nawet o konferencję prasową Zbigniewa Ziobry, na której on sam komentował ewentualność postawienia go przed Trybunałem Konstytucyjnym z taką ilością błędów merytorycznych, że aż do Świebodzina iść z pielgrzymką, upić się do nieprzytomności tudzież iść na Paradę Równości etc ( co kto woli) w podzięce, że już nikt przez tego pana na błędy ministra sprawiedliwości narażony nie będzie.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że chyba czasami wielu osobom doskwiera samotność.
Trudno relację nawiązać.
Jeszcze trudniej podtrzymać.
A ludzie potrzebują bliskości.
Nawet obcych ludzi.
Tylko dlaczego potrzebują jej właśnie w autobusie to jest wielka zagadka.
A na dodatek dlaczego akurat w upał to jest zupełnie nie do zrozumienia.
Pusty autobus, godzina 14.47, zajęte są może 4 siedzenia, dwie osoby stoją.Wchodzi pani lat 50, na oko. Pani siada - gdzie? Nie na podwójnie pustych siedzeniach.Nie.Pani się dosiada. Do jednej z z czterech osób.Pani jest niezbyt duża, niezbyt mała, ale w sam raz.Swoje jednak zajmuje.Ciepło wydala.No i niestety łokieć do łokcia przystaje. Przylepia się prawie jak kropelka.Pan, co wsiadł na tym samym przystanku, jak robot powtórzył ten manewr. Omiótł wzrokiem rzędy pustych foteli i przeszedł tam, gdzie siedział nastolatek z ogromnymi słuchawkami zamiast głowy.I się dosiadł. Nastolatek pokręcił się nieco, po czym kiedy już zdołał się odlepić, uciekł na tył autobusu.Niezbyt długo trwał w swoim samotnym szczęściu - na następnym przystanku już miał sąsiadkę.
Przesiadka.
Tramwaj.
Niezbyt pełny, niezbyt pusty.Ze dwa fotele wolne.
Miejsca dość do stania.
Ale nie.
Nade mną chłopak, stojący jakieś 5 mm od mojego siedzenia.Jedna ręka trzyma się mojego fotela,druga ściska uchwyt fotela przede mną.Jego torba opiera się o moje ramię. Ciężko.
Jak w potrzasku. Dusznym i niezbyt świeżo pachnącym.
Zmiana miejsca daje inne możliwości obserwacji.
Dziewczyna stoi nieruchomo i chyba stara się bardzo nie dotykać nikogo i niczego .Przy nagłym hamowaniu odruchowo dotyka ciepłej, lepiej poręczy po czym z lekkim obrzydzeniem pociera dłoń jakby chciała pozbyć się jak najszybciej wszystkiego, co się tam mogło przylepić.
Sięga po mokrą chusteczkę, wyciera dłonie.
Wchodzi gruby mężczyzna, staje 2 centymetry od niej, rozmawia przez telefon.Z Elżunią.O grilliku w weekendzik.
Trzyma rękę tak, że co chwila dotyka dziewczyny w ramię, jego owłosiona ręka obija się o jej ciało z lekkim plaśnięciem.
Dziewczyna kurczy się lekko i stara się prawie zniknąć.
Przechodzi szybko do drzwi.
Kiedy wychodzi słyszę kilka swojsko brzmiących przekleństw.
Sama nie jestem lepsza.
Wysiadam przystanek wcześniej niż powinnam.
Wolę przejść.
Wchodzę do budynku, gdzie przed malutką, starą windą stoi obszerna pani z petem, piwem i dwoma obszernymi psami.
Zrezygnowana (i leniwa, bo w końcu mogłabym wejść po schodach) otwieram jej drzwi.
A Pani na to: " niech pani jedzie pierwsza, ja w taki gorąc wolę podróżować sama".
Nie chodzi o marnie ironiczny komentarz dotyczący Euro 2012.
Ani o Chińczyków na autostradzie A2 ani o schody kaskadowe na stadionie ani nawet o konferencję prasową Zbigniewa Ziobry, na której on sam komentował ewentualność postawienia go przed Trybunałem Konstytucyjnym z taką ilością błędów merytorycznych, że aż do Świebodzina iść z pielgrzymką, upić się do nieprzytomności tudzież iść na Paradę Równości etc ( co kto woli) w podzięce, że już nikt przez tego pana na błędy ministra sprawiedliwości narażony nie będzie.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że chyba czasami wielu osobom doskwiera samotność.
Trudno relację nawiązać.
Jeszcze trudniej podtrzymać.
A ludzie potrzebują bliskości.
Nawet obcych ludzi.
Tylko dlaczego potrzebują jej właśnie w autobusie to jest wielka zagadka.
A na dodatek dlaczego akurat w upał to jest zupełnie nie do zrozumienia.
Pusty autobus, godzina 14.47, zajęte są może 4 siedzenia, dwie osoby stoją.Wchodzi pani lat 50, na oko. Pani siada - gdzie? Nie na podwójnie pustych siedzeniach.Nie.Pani się dosiada. Do jednej z z czterech osób.Pani jest niezbyt duża, niezbyt mała, ale w sam raz.Swoje jednak zajmuje.Ciepło wydala.No i niestety łokieć do łokcia przystaje. Przylepia się prawie jak kropelka.Pan, co wsiadł na tym samym przystanku, jak robot powtórzył ten manewr. Omiótł wzrokiem rzędy pustych foteli i przeszedł tam, gdzie siedział nastolatek z ogromnymi słuchawkami zamiast głowy.I się dosiadł. Nastolatek pokręcił się nieco, po czym kiedy już zdołał się odlepić, uciekł na tył autobusu.Niezbyt długo trwał w swoim samotnym szczęściu - na następnym przystanku już miał sąsiadkę.
Przesiadka.
Tramwaj.
Niezbyt pełny, niezbyt pusty.Ze dwa fotele wolne.
Miejsca dość do stania.
Ale nie.
Nade mną chłopak, stojący jakieś 5 mm od mojego siedzenia.Jedna ręka trzyma się mojego fotela,druga ściska uchwyt fotela przede mną.Jego torba opiera się o moje ramię. Ciężko.
Jak w potrzasku. Dusznym i niezbyt świeżo pachnącym.
Zmiana miejsca daje inne możliwości obserwacji.
Dziewczyna stoi nieruchomo i chyba stara się bardzo nie dotykać nikogo i niczego .Przy nagłym hamowaniu odruchowo dotyka ciepłej, lepiej poręczy po czym z lekkim obrzydzeniem pociera dłoń jakby chciała pozbyć się jak najszybciej wszystkiego, co się tam mogło przylepić.
Sięga po mokrą chusteczkę, wyciera dłonie.
Wchodzi gruby mężczyzna, staje 2 centymetry od niej, rozmawia przez telefon.Z Elżunią.O grilliku w weekendzik.
Trzyma rękę tak, że co chwila dotyka dziewczyny w ramię, jego owłosiona ręka obija się o jej ciało z lekkim plaśnięciem.
Dziewczyna kurczy się lekko i stara się prawie zniknąć.
Przechodzi szybko do drzwi.
Kiedy wychodzi słyszę kilka swojsko brzmiących przekleństw.
Sama nie jestem lepsza.
Wysiadam przystanek wcześniej niż powinnam.
Wolę przejść.
Wchodzę do budynku, gdzie przed malutką, starą windą stoi obszerna pani z petem, piwem i dwoma obszernymi psami.
Zrezygnowana (i leniwa, bo w końcu mogłabym wejść po schodach) otwieram jej drzwi.
A Pani na to: " niech pani jedzie pierwsza, ja w taki gorąc wolę podróżować sama".
wtorek, 14 czerwca 2011
O tym, że bracia K.
Bracia.
Bliźniacy.
Nazwisko na K.
Jedno skojarzenie.
A tu - niespodzianka.
Nie o tych.
Chodzi o innych bliźniaków.
Na K.
Bracia są dziennikarzami.
Związanymi z tytułami o których już była mowa na blogu.
Jeden z braci był łaskaw wyrazić ostatnio opinię, która niestety ma się nijak do państwa o ustroju demokratycznym w którym - podobno - dba się o prawa człowieka a tolerancja jest wartością może nie najwyższą, bo najwyższą jest patriotyzm (rzecz jasna), ale jednak w cenie.
Brat K. wyraził opinię, iż osoby, które żyją w pojedynkę lub nawet nie w pojedynkę, ale w konkubinacie (konkubinat na stos!) powinny płacić wyższe podatki.Bykowe funkcjonujące w Polskiej Republice Ludowej zostało zniesione w latach 70-tych a było płacone przez kawalerów powyżej 30-tego roku życia, którzy nie mieli dzieci. Redaktor K. emocjonalnie zauważył, ze system podatkowy w Polsce to "wielki skandal", który hołubi ludzi" nieprzydatnych społecznie" żyjących w sposób "egoistyczny".Redaktor K. zupełnie nie zwrócił uwagi nie tylko na takie drobne szczegóły, jak wolny wybór, nie tylko na to, że niektórzy chcieliby, ale ich na to nie stać albo sytuacja osobista temu nie sprzyja, ale także na problemy niepłodności. Czy postulowałby także przywrócenie podatku osobom, którym dzieci umarły - to (może i lepiej) niech pozostanie zagadką. Redaktor K.raczej nie wziął pod uwagę faktu, że to nie wpłynie na kwestię demografii w Polsce, a jeśli już ma wpłynąć to są , zdaje się, lepsze sposoby, by ułatwić i pomóc ludziom, którzy już mają albo chcą i mogą mieć dzieci.
Myślę, ze jak już gramy tę nieco faszyzującą grę durnych argumentów to może w rytm "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu" i zastanówmy się jak zaimplementować na polski grunt raz jeszcze (tradycja!) inne znaczenia "bykowego". W XVI mianem tym określano opłatę właścicielowi byka za krycie krów a także datek pasterzowi za odchowanie krowy. Wszystko tak by można jakoś z tych krów na ludzi przenieść. Tradycja, rodzina, demografia.
Tym bardziej, że ponoć w XIX wieku "bykowym" była też nazywana kara za, którą należało wnieść za posiadanie nieślubnego dziecka.
Żeby była pełna jasność: wszystko to byłoby równie błędne jak tytuł magazynu, w którym pracują bracia K.
Uważam RZE to naprawdę za dużo.
Bliźniacy.
Nazwisko na K.
Jedno skojarzenie.
A tu - niespodzianka.
Nie o tych.
Chodzi o innych bliźniaków.
Na K.
Bracia są dziennikarzami.
Związanymi z tytułami o których już była mowa na blogu.
Jeden z braci był łaskaw wyrazić ostatnio opinię, która niestety ma się nijak do państwa o ustroju demokratycznym w którym - podobno - dba się o prawa człowieka a tolerancja jest wartością może nie najwyższą, bo najwyższą jest patriotyzm (rzecz jasna), ale jednak w cenie.
Brat K. wyraził opinię, iż osoby, które żyją w pojedynkę lub nawet nie w pojedynkę, ale w konkubinacie (konkubinat na stos!) powinny płacić wyższe podatki.Bykowe funkcjonujące w Polskiej Republice Ludowej zostało zniesione w latach 70-tych a było płacone przez kawalerów powyżej 30-tego roku życia, którzy nie mieli dzieci. Redaktor K. emocjonalnie zauważył, ze system podatkowy w Polsce to "wielki skandal", który hołubi ludzi" nieprzydatnych społecznie" żyjących w sposób "egoistyczny".Redaktor K. zupełnie nie zwrócił uwagi nie tylko na takie drobne szczegóły, jak wolny wybór, nie tylko na to, że niektórzy chcieliby, ale ich na to nie stać albo sytuacja osobista temu nie sprzyja, ale także na problemy niepłodności. Czy postulowałby także przywrócenie podatku osobom, którym dzieci umarły - to (może i lepiej) niech pozostanie zagadką. Redaktor K.raczej nie wziął pod uwagę faktu, że to nie wpłynie na kwestię demografii w Polsce, a jeśli już ma wpłynąć to są , zdaje się, lepsze sposoby, by ułatwić i pomóc ludziom, którzy już mają albo chcą i mogą mieć dzieci.
Myślę, ze jak już gramy tę nieco faszyzującą grę durnych argumentów to może w rytm "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu" i zastanówmy się jak zaimplementować na polski grunt raz jeszcze (tradycja!) inne znaczenia "bykowego". W XVI mianem tym określano opłatę właścicielowi byka za krycie krów a także datek pasterzowi za odchowanie krowy. Wszystko tak by można jakoś z tych krów na ludzi przenieść. Tradycja, rodzina, demografia.
Tym bardziej, że ponoć w XIX wieku "bykowym" była też nazywana kara za, którą należało wnieść za posiadanie nieślubnego dziecka.
Żeby była pełna jasność: wszystko to byłoby równie błędne jak tytuł magazynu, w którym pracują bracia K.
Uważam RZE to naprawdę za dużo.
niedziela, 12 czerwca 2011
O tym, że especially for you.
Niedzielne popołudnie sprzyja nie tylko rozleniwieniu.
Nie tylko melancholii.
Sprzyja lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.
Otóż nie trzeba wstawać ledwo, ledwo z irytacją o 6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.
Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.
Nie tylko melancholii.
Sprzyja lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.
Otóż nie trzeba wstawać ledwo, ledwo z irytacją o 6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.
Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.
czwartek, 9 czerwca 2011
O tym, bez czego można.
Można bez grosika?
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och, to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.
A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?
Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?
To wszystko wzięło się z jednej rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.
Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"
Otóż nie, do jasnej cholery.
Nie można.
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och, to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.
A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?
Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?
To wszystko wzięło się z jednej rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.
Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"
Otóż nie, do jasnej cholery.
Nie można.
sobota, 14 maja 2011
O tym, że urok nie jest aż tak dyskretny.
Nie tak dawno,11 stycznia tego roku, jeden z fanaberyjnych postów głosił (cytując badania i statystyki), że poziom czytelnictwa w Polsce jest coraz niższy. Leci na łeb, na szyję, mówiąc krótko, dosadnie i z iście polskim umiłowaniem do frazeologizmów.Szukano przyczyn w internecie, rozwoju technologicznym, lenistwie. Fanaberium blog, jak zawsze nad wyraz błyskotliwie bredził coś o podsłuchanych rozmowach i przytaczał anegdotki, które niczym literatura parenetyczna, miały pokazywać wzorce zachowań i być wyjaśnieniem zjawisk..Z tym, że raczej nie po to by je opiewać, ale w końcu pareneza też ulega zmianie.Wszystkie te domniemane przyczyny są na wskroś błędne. Bo wyjaśnienie, ujęte w poniższej przypowiastce jest proste.
Jak drut.
Korzystanie z komunikacji publicznej bywa irytujące, jak wiadomo, bo czekanie, bo tłok, bo korek.Jednak komunikacyjna aktywność łączy się także z rzeczą, o której często się zapomina, która jest niedoceniana a doceniana być powinna. Tą rzeczą jest aspekt edukacyjny przebywania w autobusie.Tudzież w tramwaju.I nie chodzi zupełnie o to, że można z apollińskiego tronu (pojedyńczego najlepiej, takiego w pierwszej części przegubowca) obserwować gawiedź.Nie,nie. Chodzi o to, że komunikacja miejska sprzyja wywiązywaniu się dyskusji, często niezwykle pouczających.Można więc podsłuchać jak to babkę na Wielkanoc upiec ("ja to kochana tylko masło, od tej margaryny to wątroba wszystkim wysiada"), można wiedzieć na jakie to Polacy cierpią choroby (na wszystkie) albo dowiedzieć się czegoś na temat kompleksu Edypa u młodych Polek ("ojciec mnie strasznie wkurwia, ale nie umiem mu powiedzieć, żeby spierdalał").
W swojej fanaberyjnej naiwności uważałam, że jak już mi wystarczy tej edukacji, bo to ile można się uczyć, poza tym - co tu dużo mówić- nie wszystkie kursy są dla mnie intelektualnie dostępne ( tu powinien być cytat z rozmowy dwóch chłopców o parametrach nowo zakupionego samochodu rodziców, ale niestety, nic z tego) więc jeśli mi tej edukacji dość to można włożyć słuchawki to uszu, wyciągnąć jakieś papiery i czytać. Lub też udawać, że się czyta. Ta druga opcja pojawiła się wtedy, kiedy się okazało,że komunikacyjni wykładowcy i ode mnie żądają aktywności, partycypacji, wysłuchania i opinii. Bo to od pytania o przystanek okazuje się, że córka z mężem się rozwodzi albo że za komuny było lepiej.
Metro wydawało się bezpieczne. Bo to szybko jedzie,w korku nie stoi, trasa zmienić się nie może(no jak się trasa zmieni to będzie to cud) na dodatek robi hałas i trudno o zagajenie, a łatwo o niezauważenie zagajenia. Przez przypadek.Ale była to zupełnie przedwczesna i naiwna ocena sytuacji. Metro bezpieczne pod tym względem nie jest.
W pewien poniedziałek jak zazwyczaj "Wprost" zostało zakupione, by wkroczyć do wagonu, zasiąść i przez 20 minut przeczytać, o co to Najsztub tym razem pyta.Nie pytał Najsztub, a Machała a pytanym był Aleksander Smolar. Mówił dużo o języku polskiej polityki i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, a także o tym, że program PiS-u to program wyłącznie "historii i zemsty". Niektóre fragmenty były wydrukowane grubą, czarną czcionką więc nie trzeba było się bardzo męczyć, aby czytać mi przez ramię. Bo po chwili stało się jasne, że czytanie przez ramię ma miejsce. Siedziała koło mnie dama, na oko 65- letnia, ubrana cała na - piękny swoją drogą- kolor chabrowy. Chabrowy płaszcz, chabrowa czapka, chabrowy szal.Wszystko chabrowe. Najpierw dyskretnie, potem coraz nachalniej próbowała zwrócić moją uwagę na siebie.
Chciałam bez przeszkód skończyć czytać wywiad. Jednak pukania w ramię, palcem wskazujacym jak obsesyjny dzięcioł, nie mogłam nie poczuć."Książka wyszła" - usłyszałam. " Jaka książka?-mój głos był grzeczny i podszyty strachem, że zaraz nastąpi, co rzeczywiście nastąpiło. "Jak to jaka, o Smoleńsku"- Ach - próbowałam nieumiejętnie zbagatelizować sprawę - teraz tyle tych książek" (A poziom czytelnictwa spada!!)-"Ale ta książka mówi prawdę" . Niestety, stało się. Padło, czego się obawiałam.Padła PRAWDA.
Popłynęła więc rozmowa, w zasadzie monolog przetykany moim bąkaniem i narastającą mieszanką poczucia groteski i irytacji. "Tak, proszę pani, to była bomba tam w tym samolocie, dokładnie taka jak zabiła Papałę. Na takie małe kawałeczki, by się rozbił? O takie małe, niech pani zobaczy, jak pokazuję.To był wybuch. Prezydenta się bali, to go zlikwidowali.Kto? No oni to zrobili, Niemcy, Ruscy, Żydzi i inni,ta władza teraz wrogowie narodu.Niech się Pani nie zaprzecza, to jest wszystko prawda, że chcą nas zniszczyć, Polskę zająć.Nie wierzy Pani?A ile Pani ma lat?Ach, to ty jesteś za młoda, żeby mieć jakiekolwiek opinie. W ogóle nie powinnaś zabierać głosu.Nic nie pamiętasz, PRL-u nie przeżyłaś. Jak będziesz w moim wieku to będziesz wiedziała, co masz myśleć. Pewnie z Uniwersytetu, co?No tak,wy to jesteście lewackie środowisko, ale to młodzi, nic nie wiedzą. A co to jest w ogóle za gazeta?Pewnie "Polityka", co?"Wprost"?Jeszcze gorzej, tam to już sami komuniści."
Pan siedzący na przeciwko zaśmiewał się do łez i bezgłośnie przekazał mi dobrą radę: ZAŁÓŻ SŁUCHAWKI.Pani monologowała jeszcze przez moment, ale była tak niezadowolona z braku zrozumienia, z lekką pogardą rzekła " no, nie widać tu co.."(swoją drogą - co?) odwróciła głowę i zatopiła się w rozmowie z kimś innym.Cała nasza dyskusja, muszę przyznać, była w miarę grzeczna, ale Chabrowa Pani widać nie spodziewała się grzeczności po mnie - takiej lewackiej komunistce z pretensjami do posiadania opinii mimo braku predyspozycji - na moje pożegnanie, wyraziła zdziwienie i zajęła się obgadywaniem mnie z panią zasiadającą po jej prawej stronie. (Pani czytała "Nasz dziennik" więc sądzę, że mogły się dogadać)Może się jednak mylę i wskazywaniem palcem w moim kierunku było po prostu pokazywaniem mojej przepięknej, czerwonej jak radziecki sztandar torebki.
To wszystko prowadzi do konkluzji związanej z poziomem czytelnictwa w Polsce. Otóż on nie spada, ludzie po prostu przestali się przyznawać.Ukrywają się. Czytelnicza konspira. Nie wiadomo, kto patrzy. Bo kto wie, co to może nas spotkać, jak publicznie będzie się czytało "Lolitę"? Hańba i rozpusta.Nabokov to zbok. Bernhard to wariat i hańbi własny naród. Bułkahow to w sumie poganin, Mann, ten smutny, ukryty gej też entuzjazmu nie wzbudzi. Niech wszyscy święci bronią czytać publicznie Czechowa: te trzy siostry co ciągle chciały do Moskwy? No, naprawdę, to już nawet nie wymaga komentarza. Jack Hugo-Bader też ciągle do byłych krajów Sojuzu jeździ. Szczygieł z tymi Czechami też jest podejrzany, w końcu kto normalny interesuje się takim ateistycznym narodem, natomiast Mickiewicza czy Słowackiego to czytać tak po prostu, publicznie nie wypada.Co to to nie. Można tak wymieniać i wymieniać i zawsze na kogoś znajdzie się haka.Wiec może lepiej się ukryć. Zupełnie jak u Bunuela w tej scenie z "Widma wolności". Zamieńmy kategorie.Zamieńmy struktury.
Czasami urok naszej polityczno-społecznej rzeczywistości, nie jest niestety na tyle dyskretny, by można było spokojnie podróżować metrem.A to, mimo że zabawne, staje się po prostu męczące.
Jak drut.
Korzystanie z komunikacji publicznej bywa irytujące, jak wiadomo, bo czekanie, bo tłok, bo korek.Jednak komunikacyjna aktywność łączy się także z rzeczą, o której często się zapomina, która jest niedoceniana a doceniana być powinna. Tą rzeczą jest aspekt edukacyjny przebywania w autobusie.Tudzież w tramwaju.I nie chodzi zupełnie o to, że można z apollińskiego tronu (pojedyńczego najlepiej, takiego w pierwszej części przegubowca) obserwować gawiedź.Nie,nie. Chodzi o to, że komunikacja miejska sprzyja wywiązywaniu się dyskusji, często niezwykle pouczających.Można więc podsłuchać jak to babkę na Wielkanoc upiec ("ja to kochana tylko masło, od tej margaryny to wątroba wszystkim wysiada"), można wiedzieć na jakie to Polacy cierpią choroby (na wszystkie) albo dowiedzieć się czegoś na temat kompleksu Edypa u młodych Polek ("ojciec mnie strasznie wkurwia, ale nie umiem mu powiedzieć, żeby spierdalał").
W swojej fanaberyjnej naiwności uważałam, że jak już mi wystarczy tej edukacji, bo to ile można się uczyć, poza tym - co tu dużo mówić- nie wszystkie kursy są dla mnie intelektualnie dostępne ( tu powinien być cytat z rozmowy dwóch chłopców o parametrach nowo zakupionego samochodu rodziców, ale niestety, nic z tego) więc jeśli mi tej edukacji dość to można włożyć słuchawki to uszu, wyciągnąć jakieś papiery i czytać. Lub też udawać, że się czyta. Ta druga opcja pojawiła się wtedy, kiedy się okazało,że komunikacyjni wykładowcy i ode mnie żądają aktywności, partycypacji, wysłuchania i opinii. Bo to od pytania o przystanek okazuje się, że córka z mężem się rozwodzi albo że za komuny było lepiej.
Metro wydawało się bezpieczne. Bo to szybko jedzie,w korku nie stoi, trasa zmienić się nie może(no jak się trasa zmieni to będzie to cud) na dodatek robi hałas i trudno o zagajenie, a łatwo o niezauważenie zagajenia. Przez przypadek.Ale była to zupełnie przedwczesna i naiwna ocena sytuacji. Metro bezpieczne pod tym względem nie jest.
W pewien poniedziałek jak zazwyczaj "Wprost" zostało zakupione, by wkroczyć do wagonu, zasiąść i przez 20 minut przeczytać, o co to Najsztub tym razem pyta.Nie pytał Najsztub, a Machała a pytanym był Aleksander Smolar. Mówił dużo o języku polskiej polityki i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, a także o tym, że program PiS-u to program wyłącznie "historii i zemsty". Niektóre fragmenty były wydrukowane grubą, czarną czcionką więc nie trzeba było się bardzo męczyć, aby czytać mi przez ramię. Bo po chwili stało się jasne, że czytanie przez ramię ma miejsce. Siedziała koło mnie dama, na oko 65- letnia, ubrana cała na - piękny swoją drogą- kolor chabrowy. Chabrowy płaszcz, chabrowa czapka, chabrowy szal.Wszystko chabrowe. Najpierw dyskretnie, potem coraz nachalniej próbowała zwrócić moją uwagę na siebie.
Chciałam bez przeszkód skończyć czytać wywiad. Jednak pukania w ramię, palcem wskazujacym jak obsesyjny dzięcioł, nie mogłam nie poczuć."Książka wyszła" - usłyszałam. " Jaka książka?-mój głos był grzeczny i podszyty strachem, że zaraz nastąpi, co rzeczywiście nastąpiło. "Jak to jaka, o Smoleńsku"- Ach - próbowałam nieumiejętnie zbagatelizować sprawę - teraz tyle tych książek" (A poziom czytelnictwa spada!!)-"Ale ta książka mówi prawdę" . Niestety, stało się. Padło, czego się obawiałam.Padła PRAWDA.
Popłynęła więc rozmowa, w zasadzie monolog przetykany moim bąkaniem i narastającą mieszanką poczucia groteski i irytacji. "Tak, proszę pani, to była bomba tam w tym samolocie, dokładnie taka jak zabiła Papałę. Na takie małe kawałeczki, by się rozbił? O takie małe, niech pani zobaczy, jak pokazuję.To był wybuch. Prezydenta się bali, to go zlikwidowali.Kto? No oni to zrobili, Niemcy, Ruscy, Żydzi i inni,ta władza teraz wrogowie narodu.Niech się Pani nie zaprzecza, to jest wszystko prawda, że chcą nas zniszczyć, Polskę zająć.Nie wierzy Pani?A ile Pani ma lat?Ach, to ty jesteś za młoda, żeby mieć jakiekolwiek opinie. W ogóle nie powinnaś zabierać głosu.Nic nie pamiętasz, PRL-u nie przeżyłaś. Jak będziesz w moim wieku to będziesz wiedziała, co masz myśleć. Pewnie z Uniwersytetu, co?No tak,wy to jesteście lewackie środowisko, ale to młodzi, nic nie wiedzą. A co to jest w ogóle za gazeta?Pewnie "Polityka", co?"Wprost"?Jeszcze gorzej, tam to już sami komuniści."
Pan siedzący na przeciwko zaśmiewał się do łez i bezgłośnie przekazał mi dobrą radę: ZAŁÓŻ SŁUCHAWKI.Pani monologowała jeszcze przez moment, ale była tak niezadowolona z braku zrozumienia, z lekką pogardą rzekła " no, nie widać tu co.."(swoją drogą - co?) odwróciła głowę i zatopiła się w rozmowie z kimś innym.Cała nasza dyskusja, muszę przyznać, była w miarę grzeczna, ale Chabrowa Pani widać nie spodziewała się grzeczności po mnie - takiej lewackiej komunistce z pretensjami do posiadania opinii mimo braku predyspozycji - na moje pożegnanie, wyraziła zdziwienie i zajęła się obgadywaniem mnie z panią zasiadającą po jej prawej stronie. (Pani czytała "Nasz dziennik" więc sądzę, że mogły się dogadać)Może się jednak mylę i wskazywaniem palcem w moim kierunku było po prostu pokazywaniem mojej przepięknej, czerwonej jak radziecki sztandar torebki.
To wszystko prowadzi do konkluzji związanej z poziomem czytelnictwa w Polsce. Otóż on nie spada, ludzie po prostu przestali się przyznawać.Ukrywają się. Czytelnicza konspira. Nie wiadomo, kto patrzy. Bo kto wie, co to może nas spotkać, jak publicznie będzie się czytało "Lolitę"? Hańba i rozpusta.Nabokov to zbok. Bernhard to wariat i hańbi własny naród. Bułkahow to w sumie poganin, Mann, ten smutny, ukryty gej też entuzjazmu nie wzbudzi. Niech wszyscy święci bronią czytać publicznie Czechowa: te trzy siostry co ciągle chciały do Moskwy? No, naprawdę, to już nawet nie wymaga komentarza. Jack Hugo-Bader też ciągle do byłych krajów Sojuzu jeździ. Szczygieł z tymi Czechami też jest podejrzany, w końcu kto normalny interesuje się takim ateistycznym narodem, natomiast Mickiewicza czy Słowackiego to czytać tak po prostu, publicznie nie wypada.Co to to nie. Można tak wymieniać i wymieniać i zawsze na kogoś znajdzie się haka.Wiec może lepiej się ukryć. Zupełnie jak u Bunuela w tej scenie z "Widma wolności". Zamieńmy kategorie.Zamieńmy struktury.
Czasami urok naszej polityczno-społecznej rzeczywistości, nie jest niestety na tyle dyskretny, by można było spokojnie podróżować metrem.A to, mimo że zabawne, staje się po prostu męczące.
czwartek, 17 marca 2011
O tym, że petitio principii.
Posłankę Beatę Kempę z Prawa i Sprawiedliwości to ja szczerze podziwiam za tak wiele rzeczy, że aż trudno wyliczyć. Za to, że posłanka Kempa ma w sobie te niewyczerpalne pokłady fochów na każdego o każdej sejmowej porze dnia i politycznej nocy.Za to, że posłanka Kempa tak naprawdę zupełnie nie potrzebuje rozmówcy podczas jakiejkolwiek rozmowy, gdyż ona załatwia zarówno pytania, jak i odpowiedzi, opinie, oświadczenia obu stron.Za to w końcu, że posłanka Kempa to naprawdę wie zazwyczaj lepiej. Ale przede wszystkim ujmujący jest w posłance Kempie Beacie talent oratorski. Pewna taka nieznośna lekkość bytowania w wysublimowanych strukturach języka polskiego (niestety nie wiem jak sobie radzi w innych językach) i absolutnie miażdżący dla przeciwnika talent erystyczny. Warto jednak podkreślić, że zazwyczaj lepiej wychodzi jej filipika niż pean, chociażby dlatego, że filipiki mają wielu adresatów a pean zarezerwowany jest zazwyczaj dla jednej. Niech takim delikatnym niedopowiedzeniem zostanie dla kogo.
Jednak najbardziej podziwiam posłankę Kempę, kiedy to wpada w erystyczną ekstazę, używając wszystkich schopenhauerowskich chwytów na raz. Kiedy jej mowa rozwija się, argumenty galopują, aż do eksplozji, która ma się nijak do sprawy jednak przytłacza ją triumfalnym kategorycznym ostatecznie do granic możliwości wyolbrzymionym wnioskiem.
Doskonałym przykładem może być ostatnia wypowiedź posłanki Kempy Beaty dotycząca liberalizacji ustawy antynarkotykowej, przede wszystkim o zgłoszonej przez posła Marka Balickiego poprawce o doprecyzowaniu co oznacza „niewielka ilość” (w szczególności w odniesieniu do marihuany - rocznie ok. 30 tysięcy postępowań karnych w sprawach, gry posiadający miał gram czy dwa tej substancji ).Nowa ustawa między innymi ma dopuszczać posiadanie niewielkiej ilości narkotyku na własny użytek. Posłanka Kempa skomentowała:
„To bardzo szkodliwa ustawa, absurdalny projekt, który służy dilerom, mafii narkotykowej, daje możliwość przerwy w odbywaniu kary - wylicza posłanka - To ustawa niechlujna. Naprawdę jestem nią przerażona. To tak jakby szło się totalnie na rękę dilerom i tym, którzy narkotyki zażywają. Na dobrą sprawę jest to legalizacja narkotyków”
Prześledźmy wywód posłanki K. Ustawa jest szkodliwa, bo służy dilerom. Służy dilerom, bo daje możliwość przerwy w odbywaniu kary. Posłanka jest nią przerażona, bo tak naprawdę to legalizacja narkotyków. Jednym słowem jest to ustawa całkowicie legalizująca narkotyki.
Myślę, że aby dojść do takiej wprawy we wnioskowaniu trzeba poćwiczyć. A więc:
Tsunami i trzęsienia ziemi są niesłychanie szkodliwe. I przerażające. Japonia dotknęło przekoszmarne trzęsienie ziemi właśnie teraz, w 2011 roku w roku ostatniego roku rządów koalicji Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Na dobrą sprawę trzęsienie ziemi w Japonii jest winą Platformy Obywatelskiej.
Czy dobrze?
środa, 16 marca 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.6
Niebezpieczna Przyjaciółka z dawnych lat była postacią o której się w domu nie mówiło. A jak się coś ukrywa wiadomo, że wszystkich korci by wiedzieć. Ojciec z Matką mieli na ten temat różne opinie obie objawiające się w zdaniach współrzędnie złożonych wynikowych.Matka: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat pojechała do Holandii toteż dostała świra.” Ojciec: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat miała nierówno pod sufitem więc pojechała do Holandii.” W tych dwóch zdaniach kryje się cały fenomen myślowy rodziców. Matka wolała zwalić winę na dziwne zachowanie Przyjaciółki mimo antagonizmu i niezrozumienia - na przyczynę inną niż jej psychika. Uszkodzona psychika Przyjaciółki oznaczałaby bowiem, że Matka - sama ostoja adekwatności prosto z podręczników savoir-vivre’u - przez lata obcowała się z osobą chorą psychicznie, a tego Matka by nie zniosła, bo szczyciła się swoja normalnością i spostrzegawczością. Normalni ludzi nie zachowują się tak jak niebezpieczna Przyjaciółka - normalni ludzie zachowuje się tak jak ona sama - oto mniej więcej schemat myślowy Matki. Więc, aby wytłumaczyć sobie to niecodzienne zachowanie, Matka musiała znaleźć przyczynę - tą przyczyna była holenderska Sodoma i Gomora, w której prostytucja jest zalegalizowana i trawka jest palona w większych ilościach niż węgiel w elektrociepłowniach.
Schemat myślowy ojca był zgoła inny. Ojciec zawsze uważał, że matkowe przyjaciółki są nieco niezrównoważone, bo – między Bogiem a prawdą - Matka też nie wydawała mu się (szczególnie z biegiem lat) specjalnie normalna. Nic wiec dziwnego, że niebezpieczna Przyjaciółka miała nierówno pod sufitem. Gdyby nie miała - nie byłaby przyjaciółką Matki. Oczywiście nie mógłby tego powiedzieć głośno. Holandia wydawała mu się idealny miejscem dla kogoś takiego niebardzo tego tam. Bo wieści o holenderskich ślubach gejowskich to było dla Ojca za dużo. Jeszcze para to para choć z obrzydzeniem, konkubinat od biedy, bo w końcu niech się rejestrują, ale ślub? Nie, tego Ojciec nie potrafił zaakceptować. Ani tym bardziej o tym mówić. Bo o takich rzeczach to się nie mówi. Po prostu. Każdy to wie.
Tak czy śmak, mimo odmiennych racji Matka z Ojcem konserwatyści do bólu ukrywali przyczyny niebezpieczeństwa Przyjaciółki migając się od wyjaśnień i robiąc przerażone miny, kiedy wymsknęło im się przypadkiem ostrzeżenie „nie rób tak, bo skończysz jak niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat” czy „nie zachowuj się jak niebezpieczna Przyjaciółka” tudzież mroczny sarkazm „Ty już jesteś prawie taka/taki jak ONA”.
Matka raz do roku wychodziła „na spotkanie”, uprzednio idąc do fryzjera i na manicure, malując się nie tylko szminką (co było objawem podług niej ekstrawaganckim, bo nie lubiła się makijażować, i szła taka elegancka „do miasta” na widzenie z Przyjaciółką przyjeżdżającą do ojczyzny. Jednak parę lat temu Matka złamała sobie nogę. Spotkanie było umówione, a tu klops. Chcąc-niechcąc ( bardziej niechcąc niż chcąc) Matka z Ojcem postanowili zaprosić przyjaciółkę sprzed lat do domu. Na kolację. I - tym bardziej niechcąc niż chcąc- postanowili wyjawić wszystkim jej tajemniczą przeszłość. Motywy wyjawiania nie są specjalnie jasne. Z jednej strony mogło chodzić o zwykłą uczciwości, że niby jak już ta ma przyjść do domu, gdzie parę pokoleń mieszka, to tak jakoś głupio prawdę zatajać.
Głupio i niehonorowo.
Niehonorowo i podstępnie.
Tak jakby cichymi sprzymierzeńcami Przyjaciółki niebezpiecznej sprzed lat byli.
A nie byli.
Zupełnie nie.
Drugi powód był nieco mniej szlachetny. Otóż Matka z Ojcem, każde na swój sposób, bało się dwóch rzeczy. Że ktoś popełni przy owej kolacji tak zwanego faux pasa i zada pytanie niedelikatne i niestosowne. Krótko mówiąc walnie jak kulą w plot. Z czego wynika rzecz druga. Jeśli walnie jak kulą w płot, to się Przyjaciółka zorientuje, że nikt nic nie wie i Bóg raczy wiedzieć jak zareaguje. Pół biedy jak się obrazi, ale jeszcze - nie daj Boże - będzie chciała wyjaśniać, prostować, zagajać - a z tego mogą być kłopoty.
O tym się nie mówi. Po prostu.
Więc Matka z Ojcem postanowili uprzedzić taki rozwój wypadków. Może doprawdy lepiej by było, gdyby nie uprzedzali. Tak czy owak Matka z Ojcem rzekli, że oto nadchodzi persona nie to, że non grata, ale nieco nonszalancka.
Nieco egzaltowana. Nieco zwariowana.
Z która to przed laty Matka w przyjaźni była. W prawdziwej przyjaźni. Czystej i pięknej, bo przyjaźń jest ważna.I nadal jest. Bo prawdziwy przyjaciel to skarb. Więc..hmm….tak.
Więc przyjdzie persona, która rożne rzeczy robiła w życiu, różne doświadczenia miała, ale nie trzeba się dziwić, bo to niekulturalnie. Pytań nie zadawać, bo wypytywać nie wypada . Potakiwać.
Nie zdenerwować.
Po herbacie i wyborze ciast szybko iść do swoich sypialni. Wszyscy. Siusiu paciorek i spaś. Doprawdy nic nie mogło wzniecić ogólnego zaciekawienia niż te cedzone z męka przez Matkę i ze zniechęceniem przez Ojca wyjaśnienia i rozkazy. Wszystkie pytania doprecyzujące przeszły bez odpowiedzi. Pozostało tylko czekać, aż persona zawita i cokolwiek się wyjaśni.
Nadeszła chwila puknięcia do drzwi, dzwonka, rejwachu.
Nadeszło dziwum.
poniedziałek, 7 marca 2011
O tym, że uważam.
"Fałszywa polędwica" to kolejny świetny tekst Mariusza Szczygła w którym tym razem przybliżona zostaje sylwetka najwybitniejszego Czecha wszechczasów Jary Cimrmana.Wynalazł rzeczy tak wiele, że ludzkie ucho nie słyszało, ludzkie oko nie widziało. Czesi z niego są dumni i bladzi co powoduje, że chcą go wybierać w konkursie na najwybitniejszego rodaka.
Jednym z dokonań Jary jest wynalezienie rymu absolutnego. Rym absolutny objawia się przez powtórzenie słowa ( co działa znakomicie nie tylko na melodię, ale na wymowę dzieła) jak w cytowanym przez Mariusza Szczygła fragmencie Cimrmanowej opery:
"Kochałem dziewczę piękne/ Oczy miała bardzo piękne/ Włosy miała bardzo jasne/ Co dla ludzi było jasne/ Kiedy rano się obudziła/ Wtedy się już obudziła."
Drugim, wartym odnotowania wynalazkiem Jary jest niesłychanie mnie urzekająca idea zdjęcia, na którym absolutnie nic nie widać.
Wszystko to zostało przeczytane przy okazji czekania z niecierpliwością na pojawienie się nowego tygodnika "Uważam, RZE.Inaczej pisane". Tygodnik był wielce tajemniczy, co było marketingowym sukcesem, biorąc pod uwagę to, że w kilku kioskach nieopodal w ogóle magazyn się nie pojawił, a w niektórych pojawił się w egzemplarzach 10, od razu wykupionych. Marketingowy sukces jest w tym, że gawiedź przychodziła, by kupić.Jak nie było to szukała dalej i nabierała ciekawości.Mówiła innym.Inni tez nabierali ciekawości. Albo przynajmniej zwracali baczniejszą uwagę.I kupowali, jeśli nadarzyła się okazja. Jak pisząca te słowa.Oddając cesarzowi co cesarskie muszę przyznać, że termin "marketingowy sukces" nie był terminem ukutym w tym przypadku przeze mnie. Był ukuty przez właścicielkę kiosku, niesłychanie, zdaje się, poirytowaną faktem, że ciągle musi mówić "NIE MA".Może jej to przypomniało jakieś inne czasy.
Jednak w końcu się udało. Tygodnik w trzecim tygodniu od początku ukazywania się leżał już grzecznie na półce, można było wydać 1,90 (cena promocyjna) i w końcu zasiąść do lektury. "Uważam, RZE" jest wydawany przez Presspublicę (spółki wydającej również "Rzeczpospolitą"; w 49% należącą do Skarbu Państwa).Redaktorem naczelnym jest Paweł Lisicki ( naczelny "Rzeczpospolitej").
Strona tytułowa nie wzbudziła mojego entuzjazmu.(Jednak po okładce jeszcze nie oceniajmy).
Biało-czerwono-czarny rysunek pokazujący postać starszego mężczyzny w płaszczu postawionym niczym u Szpiega z Krainy Deszczowców w kreskówce o Baltazarze Gąbce, a za nim wrak. Samolotu. Tutuł, ku zaskoczeniu brzmiał "Szpieg w Smoleńsku". Tekst zajmował strony od 8 do 12, a domniemanym szpiegiem okazał się ambasador tytularny w Moskwie, który był współpracownikiem wywiadu PRL o kryptonimie "Orsom".Było on jedną z osób przygotowujących wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. I na tym koniec sprawy wizyty.Wszystko wielce tajemnicze, podejrzane i podłe.Być może prawdziwe. Ale czy na pewno tekst w 90 % poświęcony tajnemu współpracownikowi wywiadu PRL trzeba koniecznie łączyć z katastrofą 10 kwietnia? I czy na pewno trzeba ten tekst ozdobić zdjęciem Jarosława Kaczyńskiego i brata Marii Kaczyńskiej z chwili kiedy przyjechali na miejsce katastrofy.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Idźmy jednak dalej.Od strony 13 do 15 mamy wywiad braci Karnowskich z Pawłem Kowalem w którym możemy przeczytać błyskotliwą odpowiedź na jakże merytoryczne do posła PJN pytanie "dlaczego zgiął Lech Kaczyński i 95 innych osób?", która brzmi "Czasem myślę, że może Pan Bóg miał coś do powiedzenia narodowi polskiemu". Kolejne pytanie brzmi: " Jak po Smoleńsku się jednać? Czołówka jednej ze stron nie żyje, a druga po tej tragedii przejęła wszystko".
Odpowiedzi już nie przytoczę, bo zastanawia mnie czy użycie wyrażenia "przejąć wszystko" w odniesieniu do demokratycznie przeprowadzonych wyborów jest na pewno adekwatne czy to po prostu zwykła głupota.
Warty opisu jest także obrazek satyryczny, który widnieje na stronie 5. Zdjęcie Angeli Merkel i Donalda Tuska ze szczytu Grupy Wyszehradzkiej jest skomentowane prze dorysowaną postać Władimira Putina "Przecież ustaliliśmy wszystko na próbach, a oni się nadal gubią.Ech, wystarczy im dać trochę swobody..."
Tekst poświęcony kontaktom Niemiec i Polski w osobach Angeli Merkel i Donalda Tuska zatytułowany "Ciche dni Angeli i Donalda" zawiera interesujące spostrzeżenia, nie tylko te w których delikatnie sugeruje się uległość Polski wobec Niemiec. Jednak fakt nazywania niemieckiej kanclerz Miss Europy powoduje, że w końcu czym prędzej gazetę chce się zamknąć.
Wzrok jeszcze pada na wywiad z Antonim Dudkiem "Platforma skazana na Tuska" w którym to zdjęcie Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka jest podpisane ciętym jak brzytwa, uzasadnionym w tekście chyba tylko znakami interpunkcyjnymi, bo nie merytoryką i faktami komentarzem "Tusk całkowicie kontroluje Pawlaka. Ale robi to w taki sposób, że Pawlak nie ma poczucia, że jest kontrolowany".
Tygodnik "Uważam RZE. Inaczej pisane" był reklamowany jako "nowe, uczciwe spojrzenie na polskie sprawy". Jak pisze redaktor Rafał A. Ziemkiewicz we wstępniaku miał być inaczej pisany "to znaczy przede wszystkim inaczej niż wszyscy inni" i "tworzymy nowy tygodnik, aby mieć nieco więcej oddechu,nieco więcej dystansu i refleksji".
Otóż zupełnie nie. To zostało jak na razie niezrealizowane. Nadzieja na to, że pojawi się nowy interesujący tygodnik, wypełniony treścią, a nie manipulatorskim bełkotem była niewielka już po ogłoszeniu kto w tym tygodniku będzie publikował teksty (między innymi redaktorzy: Semka, Ziemkiewicz, Karnowscy, Janke). Jakaś jednak była. W końcu mogę się często nie zgadzać, mogę mieć inny pogląd, ale i tak będę czytać.Trzeba wiedzieć, co się krytykuje. A inny punkt widzenia jest zawsze konieczny, wskazany i często interesujący. Postawmy na pluralizm medialny, tak - jak najbardziej.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Widać w tym wszystkim jakąś inspirację Jarą Cimrmanem, która byłaby chwalebna, bo w końcu Jara Cimrman to postać całkowicie fikcyjna i na tym polega cała zabawa, ale w sytuacji pełnej sieriozności "Uważam, RZE" jest całkowicie smutna. Zainspirowanie się wymyślonym czeskim wynalazcą widoczne jest w opisywaniu tego samego przez to samo, szukanie rymu absolutnego przez nieustanne powtarzanie tych samych rymów i publikowanie obrazów na których absolutnie nic nie widać.
Bo znowu Smoleńsk, szpieg i tajni agenci.Bo znowu kondominium, uległość i zagrożenie.
Bo znowu spisek, honor i krew i ojczyzna wzywa.
Och, och, bardzo, bardzo nowe, prawda?
Naprawdę pełne dystansu.
Jakiż wydech.
"Uważam RZE.Inaczej pisane" jest pisane dokładnie tak samo jak było pisane wiele rzeczy wcześniej.W "Gazecie Polskiej" na przykład. Tylko nieco obszerniej, może nieco mniej agresywnie, lepiej językowo, trochę subtelniej.I w wymieszaniu z interesującymi działami jak "życie i nauka" (tekst o Majach
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
Jednak pisane z tą samą pozytywistyczną tendencyjnością.
Jednostronnością.
Niechęcią.
I, przede wszystkim - czego żal najbardziej- zapatrzeniem w przeszłość, brakiem zajmowania się faktami, manipulacją.Dyskretnym podważaniem i poddawaniem w wątpliwość reguł demokracji, niestosowanie ich lub stosowanie ich wybiórczo.
I dlatego wydawanie takiego tygodnika jest błędem.
A biorąc pod uwagę ten pseudowyrafinowany tytuł - błędem nie tylko ortograficznym.
PS.Link do tekstu Mariusza Szczygła tutaj.
Przyjemnej lektury.
niedziela, 13 lutego 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.5
Dla Dawida
(30 stycznia 2005 roku)
(30 stycznia 2005 roku)
Ojca biegnącego można było zapamiętać jeszcze w jednej sytuacji: kiedy to ratował siostrzeńcowi żony życie. Siostrzeniec żony - czyli inaczej dla młodszego pokolenia Brat Cioteczny - miał wtedy jakieś 8-9 lat, był chudy jak szczapa i kolegował się tylko z dziewczynkami. W okresie dojrzewania jego fascynacja kobiecymi ciuszkami, szminkami make-upami, a nade wszystko - pończochami, przeraziła Siostrę Matki, Matkę i resztę rodziny do tego stopnia, że postanowili oddać go do męskiej szkoły z internatem - co nie tylko nie zmieniło jego fascynacji, ale dało nieograniczone możliwości współżycia seksualnego i ugruntowało jego homoseksualizm na dobrych parę lat, dopóki nie odkrył heteroseksualnej strony swej natury objawionej w pewnej filigranowej brunetce, która zostawiła go po dwóch latach szczęścia z dwójką swoich (i Pan Bóg raczy wiedzieć czyich jeszcze) dzieci, a sama uciekła z kochankiem do Australii. Zanim jeszcze do tego doszło Brat Cioteczny grał w gumę z koleżankami z ulicy. Był jedynym chłopcem pośród całej gromadki i bardzo dobrze z tym się czuł. Na ulicy przy której stał dom rodzinny i na której grali w gumę, zamieszkiwał ktoś, kto jest ważką postacią tej opowieści i kto już podówczas wszystkich fascynował. A był to niejaki Jamal O’Brien - ani chybi Murzyn. Pod koniec lat 80-tych w Polsce czarnego człowieka nieczęsto się widziało, a tu taka gratka na ulicy obok zamieszkuje. To wzbudzało sensację. Afroamerykanin Jamal był studentem miłym i uprzejmym na zaczepki nie reagował, a z dzieciakami szybko się zaprzyjaźnił, bo nie krzyczał za wybite kasztanami szyby (widać niegłupi był i szybko zrozumiał ze chodzi im tylko o wywabienie jego głowy z wnętrza pokoju - jak z magicznego pudelka - okazanie olśniewająco białych zębisk i okrzyku „what’s the fuck”. Kiedy zaprzestał wynurzania się, dzieciaki - znudzone niepowodzeniem - przestały rzucać kasztanem) wiec został zaakceptowany. Raczej później niż wcześniej, ale bądź co bądź wtopił się w obraz ulicy.
Dzień kiedy Brat Cioteczny grał w gumę obfitował w jeszcze jedna ważną scenę. Zebrana przed telewizorem rodzina dyskutując nad różnymi sprawami tego świata, zeszła na temat niezbyt popularny i w zasadzie nieczęsto poruszany, a z braku informacji wzięty z półki since fiction. Tym tematem była choroba i to nie byle jaka. Było to Aids. Coś każdy piąte przez dziesiąte słyszał: że to atakuje, ale nie wiadomo co, że przenosi się przez sexy - jak mówiła Babka, nie przez sexy tylko przez prezerwatywę - jak twierdził Dziadek Drugi, nie przez prezerwatywy tylko bez prezerwatywy – „wujku źle usłyszałeś!” - krzyczała Siostra Matki, „ty już o prezerwatywach nie myśl” ripostowała Babka Pierwsza. Matka próbowała wyjawić tajemnicę pochodzenia Aids, ale nikt jej nie słuchał, bo trwała zacięta dyskusja nad rasistowskim stwierdzeniem Ojca, któremu przerwano koszmarną wypowiedź o czarnuchach, co chorobę przenoszą. W końcu stanęło na tym, że choroba idzie z Afryki od małp i murzynów, co spotkało się z przeciwem bardziej oświeconej części rodziny, ale dalszej części już dzieciaki nie usłyszały, bo zostały brutalnie wyproszone z domu by świeżego powietrza się nałykać - jak twierdziła Babka. Grali więc w gumę i wszystko było w porządeczku, dopóki nie przyszedł Murzyn z sąsiedztwa. Murzyn z sąsiedztwa - nazwany rzecz jasna Bambo, bo jakżeby inaczej - szedł ulicą zaczytany, Ciotecznego Brata nie zauważył i wpadł na niego, a ten wylądował z hukiem na bruku. Murzyn z sąsiedztwa pomógł mu wstać, pogładził go po głowie, zapytał się czy okej, potem jeszcze raz go pogładził po buzi, dał mu gumę do żucia i sobie poszedł. A w duszy Ciotecznego Brata coś zakiełkowało. Coś na kształt niepokoju. Proces myślowy przebiegał następująco: skoro Bambo jest czarny, skoro czarni pochodzą z Afryki, skoro z Afryki idzie zaraza o której cała rodzina rozprawiała, skoro zaraza przechodzi przez dotyk jak twierdził Mąż Siostry Matki - to on w rzeczy samej już jest trupem. Mąż Siostry Matki powiedział dokładnie że można się zarazić przez „dotyk - rozumiecie, co mam na myśli”, ale Cioteczny ośmioletni Brat uważał, ze wie co Mąż Siostry Matki ma na myśli. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest umierający. Że koniec z nim. Koniec z nim, z graniem w gumę z podbieraniem szminek i zakładaniem pończoch, koniec ze zbieraniem nalepek z Limahlem i z Whitney Houston dla dziewczyn, żeby w zamian za to pozwoliły mu się ubrać w sukienkę, koniec z jedzeniem krówek, które były zakazane, bo wchodziły w zęby i robiły dziury. Koniec ze szkołą, której nagle zrobiło mu się trochę żal i koniec z prezentami pod choinkę, które przynosił świetnie przebrany za Mikołaja i uszminkowany Dziadek. Podzielił się tym strasznym odkryciem ze wszystkimi gumograczami, a ci nabożnie podzielili jego strach. Nie pozostało nic innego jak powiadomić rodziców o rychlej śmierci ich syna. Jednak postanowił podjąć jeszcze jedna próbę wyplenienia z siebie świństwa. Pomysł poddała mu jedna z gumograczek, ta Mała Z Lokami, co jej ojciec był właścicielem pobliskiej restauracji „Haneczka”, w której to ostatnio zainstalowali wielkie machiny - zmywarki do naczyń. W takiej oto zmywarce postanowił się Cioteczny Brat wyparzyć - bo wiadomo było nie od dziś, że wszystko co wyparzone, było czyste, tak zawsze mówiła Babka Pierwsza. Niewiele myśląc cala zgraja - prócz protestującej Małej Z Lokami, która twierdziła, że wyparzenie będzie bolesne i niebezpieczne (bo pamiętała własne poparzenie ukropem i przestrogi - swej matki, że wrzątku trzeba unikać) - wkradała się do „Haneczki” by przygotować kąpiel. Kłótnia między dzieciakami trwała dość długo, bo jedni byli za tym by Brat Cioteczny się wykąpał, bo lepiej się trochę poparzyć, ale zarazę wyplenić. Drudzy zaś byli za tym by ta niewidoczną – a jak niewidoczna to może nieistniejącą - zarazę zostawić i nie cierpieć poprzez poparzenia.. Jeszcze inni mieli teorię, że zmywarka jest niebezpieczna, bo choć wypleni zarazę, to można się w niej utopić jak się nie umie pływać, w końcu tam jest woda. Prawda jest oczywiście taka ze kąpiel w 300 stopniach nie tylko świetnie wypleniłaby z Ciotecznego Brata domniemany brud idący z Afryki, ale wywabiłaby cala skórę i większość wnętrzności. Powiadomiony przez zapłakaną Małą Z Loczkami od tym Ojciec, biegł drugi raz w życiu, by Ciotecznego Brata ocalić, co mu się udało w ostatniej chwili: kiedy ten już rozebrany do naga podnosił nogę, by usytuować ją w ukropie.
sobota, 12 lutego 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.4
Rewanż odbył się z zaskoczenia i był dowodem dla Matki, że jednak „istnieje sprawiedliwość na tym świecie”. Kto widział weterynarza bez kota? Bo kotów bez weterynarza to u nas jest dużo, jednak weterynarz bez kota może być rozpatrywany tylko w teorii, szczególnie jeśli weterynarz jest kobietą. Jednym słowem nasza Ciotka czyli Siostra weterynarz też z biegiem lat weszła w posiadanie kota. Rasowego. Rosyjskiego niebieskiego. Śliczny, gładki, czysty i schludny. Siostra kochała kota bardzo i nazwała go Calineczka - co było najgłupszym pomysłem od momentu kiedy pradziadek, który z utęsknieniem wypatrywał syna a urodziła mu się siódma córka, wmawiał we wsi wszystkim przez trzy lata, że to jednak chłopak i dziedzic kwitnącej gospodarki. Ale wyszła prawda to na jaw, kiedy mała Franka sikała za stodołą w kucki. Sąsiad podejrzał, pomyślał, że to diabeł wcielony – bo teraz to każdy chłop na wsi może być powiadomion, że sikanie męskie w kucki to albo transwestycja albo fanaberia à la mode. Jednak wtedy sąsiad powiadomion nie był i pobiegł do księdza, żeby egzorcyzmy odprawił i chłopca na dobrą, normalną drogę sikania nawrócił. Ciotka nie musiała niczego przed nikim udawać, bo fakt ze Calineczka jest jednak Calineczkiem wyszedł na jaw szybko. W końcu Ciotka weterynarz. Imię jednak zostało. Rosyjski niebieski Calineczka miał w domu prawa jakich nie miałby nawet jedyny i niedoszły syn pradziadka. Mógł robić, co chciał i gdzie chciał. Mógł drapać i syczeć, mógł kłaki roznosić, mógł wreszcie ze złośliwości iście z carskich szpicli odziedziczonej, sikać gościom na nogi. Siostra Matki trwała w przeświadczeniu, iż tak pięknego kota kastrować nie można. Bo jeszcze weźmie i utyje. Wiec carski niebieski rosyjski Calineczka, jak sikał - a sikał często i ochoczo - rozsiewał zapach jak każdy niewykastrowany kot, tak potworny, iż nikt przy zdrowym węchu nie mógł wytrzymać. Może stąd – swoja droga - przypadłość męża Siostry Matki posiadającego chroniczny katar, krzywa przegrodę nosowa (której nie chciał zoperować) i był absolutnie węchu pozbawiony.
Calineczka jednak zdechł. Zdechł , męża z krzywą przegrodą wtedy w kraju nie było, bo bawił na saksach w enerde, skąd przywoził rajstopy i buciki dla rodzinnych kilkulatków, a nikt innym prócz jego i Ojca nie mógł się zająć zdechlakiem. Siostra matki zadzwoniła z płaczem graniczącym z histerią, że „dziecko nie żyje” - bo Ciotka o Calineczce per dziecko mówiła. Dziecko nie żyje i ryk. Tyle wypłakała. Matka - mimo ze dokładnie wiedziała, że Siostra podówczas dziecka ludzkiego nie miała - zdenerwowała się nie na żarty, ale w końcu wydobyła od niej informacje ze chodzi o Calineczkę i, że kopnął on był w kalendarz. I już w tym monecie była zadowolona ze sprawiedliwości losu. Jednak to, co się zdarzyło później przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
Siostra Matki w spazmach przyjechała do domu, na rękach niosła Calineczkę kompletnie zdechłego . Matka jak to Matka, z odrazą na ścierwo się patrząca zupełnie nie przypadła Siostrze do gustu więc pierwsza awantura poszła szybko jak z bicza strzelił. Natomiast Ojciec jak to Ojciec wyrwany od klawiatury pianina mający jeszcze w uchu dźwięki walca h-moll, wykonał polecenie Matki wypowiedziane przez zęby i uległ błaganiom Ciotki o pomoc, byleby tylko mieć spokój przenajświętszy w tonacji h. Swoją drogą dla ojca nie było decyzji, którą mógłby podjąć sam. Po prostu taka decyzja nie istniała. Z kolei dla Matki nie istniała decyzja, która mogłaby być przez nią nie podjęta. Uzupełniali się znakomicie. Co do decyzji Matki i swej uległości, Ojciec tym razem był nieprzekonany, wręcz wyrzucał sobie brak buntu. Jednak bunt oznaczał zwiększenie histerii Siostry Matki, a to jawiło się jako koszmar więc Ojciec uległ. Uległ, co nie znaczy, że nie widział rosnących niedogodności.
Siostra Matki zażądała mianowicie trumny dla Calineczki. Rozkaz histeryczki o wyraźnie rozmazanym makijażu, z trupem kota na rekach i mamrotaniem „dziecko, moje dziecko” na ustach był dla ojca może niewygodny, ale nie był takim głupcem, aby się sprzeciwiać. Co to to nie. Życie mu jeszcze mile było, a walc h moll nie do końca rozczytany. Poza tym ojciec zawsze należał do psotników zza winkla, lubił sobie poobserwować faux pasy gawiedzi robiącej z siebie durniów. Miał niejasne przeczucie, że tym razem on sam będzie ową gawiedzią i jakieś niejasne cytaty o śmiechu z samego siebie błąkały mu się po głowie, ale został brutalnie wyrwany z gierki literackiej więc chcąc-niechcąc udał się do ciemnej komórki. Wygrzebał tam siekierę, dłuto i młotek i z paru desek jakiejś pozostałości po krześle i stole niefortunną trumienkę zbił. Niestety pomyliłby się ten, który sądził, że Siostra Matki na tym poprzestanie. Siostra Matki taksówkę zawezwała, Calineczkę do trumny włożyła, jego zabaweczki w plastikowej torbie z domu przywiezione do ręki wzięła, Ojca pogoniła obwieszczając mu przy wsiadaniu do auta, że nad Wisłę w celu pogrzebowym jadą. Ojciec zachodził w głowę, czemu Calineczka nie może być pochowany w ogródku, doszedł jednak do wniosku, że nie chciałby widzieć miny swojej żony, kiedy dla ścierwa kota ryje szpadlem dół między lawendową grządką, szklarnią pomidorową a ogródkiem skalnym. Pojechali więc nad Wisłę. Siostra Matki w taksówce znowu się rozkleiła płacząc „dziecko….. moje dziecko….” zabaweczki kota oglądała, wszystkie grzechotki, piszczałki i pluszaki głaskała. Ojciec siedział niewzruszony z trumną na kolanach zastanawiając się czym wykopie ten dół, bo zapomniał szpadla. Jednak w pewnej chwili zauważył, że taksówkarz, co i raz zerka w lusterko, z coraz to większym niepokojem patrzy się na trumienkę, na zabawki, na spazmująca Siostrę Matki. Ojciec się zaniepokoił. Żeby załagodzić sytuację tonem informacyjno-poufno uspokajającym zwrócił się do kierowcy: ”kot nam zdechł”. Ale w tym momencie Siostra Matki słysząc te jakże tragiczne słowa zachłysnęła się i ryknęła z podwójną mocą: ”och moje dziecko, moje dziecko” Taksówkarz ani chybi doznał pełnego stuporu. Spiął się i migiem nad Wisłę ich zabrał odjeżdżając z miejsca aż się kurzyło. Po kilku minutach grzebania ręką i mogą w ziemi między krzakami i słuchania ryków Siostry Matki ojciec się po prostu wkurwił. Wkurwił się tak, że bez słowa zaciągnął Siostrę Matki na most, taksówkę złapał i bez zbędnych ceregieli obiecując zakopanie, położenie wiązanki i ustawienie krzyżyka, odesłał ją do domu. Uczynił jednak przyuważenie, ze nadchodzi milicja, a z milicją przerażony taksówkarz od pełnego stuporu, co ich wiózł, pokazuje miejsce, rozmiary trumienki, puka się palcem po głowie krzyczy „dziecko dziecko” a milicjanci z patrolu miejskiego zaintrygowani opowieścią i pałając chęcią uczynienia wielkiego odkrycia, (co dawało możliwość otrzymania medalu, wyróżnienia a także nadziei na szybsze otrzymanie telefonu w domu), ochoczo zabierają się do przeszukiwania krzaków. Ojciec wiec niewiele myśląc kota z trumny wyciągnął, w krzaki wrzucił, trumienkę połamał, zabawki do na wpół wykopanego dołu wpakował nie troszcząc się o jego zasypanie, a sam uciekł. Był to chyba jedyny raz kiedy Ojciec biegał.
czwartek, 3 lutego 2011
O tym, że niespodziewanie nawiązuję do Olivera Stone'a.
Ze względu na położenie bloku, usytuowanie chodnika, wyjścia/wejścia trajektorie naszych lotów często się przecinały.Konfiguracja była zazwyczaj podobna. Ja wracałam spokojnie do domu, on wypadał na spacer.Nie mogliśmy się widzieć, bo zazwyczaj wejście/wyjście było zasłonięte krzewami.Tak więc wpadaliśmy na siebie niespodziewanie, bez przygotowania i bez szczególnej radości.U mnie objawiało się to drżeniem kolan i zamianą w słup soli, u niego ślinotokiem, wyszczerzonymi zębiskami oraz koszmarnym ujadaniem. Byłam wdzięcznym obiektem do obszczekania, bo strach emanował ze mnie jak promieniowanie z ziemi czarnobylskiej więc łatwo było ze mną wygrać. On z kolei był doskonałą wymówką dla mojej wrodzonej niechęci do większości, aczkolwiek nie wszystkich, psów.Gdy się nie przepada za psami i wyrazi to głośno ludzie uważają cię za nieczułego potwora.Bo przecież pieski są takie sweet.Lepiej nie lubić dziecka to powoduje tylko skojarzenie z ekstrawagancją, niedojrzałością i egoizmem. Natomiast nielubienie więcej niż jednego zwierzęcego gatunku, w szczególności piesków, powoduje, że stajesz się - co tu dużo mówić- natural born killer w porównaniu do wrażliwców dostrzegających człowieka w psie.
Jednak nie miało to nic wspólnego z nagłym zniknięciem wyżej wymienionego.Podobno "stary już był", jak usłyszałam.
Niech mu ziemia lekką będzie, biedaczyna.
Już żadnego rzucania się nagłego na mnie (w ramach oczywiście przeuroczej zabawy, jak mi tłumaczono), żadnego skowytu i żadnych fekaliów pod blokiem.
Moja ulga była jednak całkowicie przedwczesna.
Właściciel bowiem otarł łezki po stracie i zakupił był nic innego jak rottweilera. Dla tych wszystkich, którzy wiedzą coś na temat psów, moje wyjaśnienie co to rottweiler będzie i tak niepotrzebne. Dla reszty wystarczy napisać, że to czworonożny, agresywny koszmar, który może cię zjeść do ostatniej kosteczki jak zjedzono bohatera "Pachnidła".Tylko tego to zjedzono z miłości. Rottweiler zje, bo to w sumie dobra rozrywka.
I tak to właśnie pewnego pięknego wieczora już, już prawie byłam na swoim piętrze kiedy zobaczyłam, na półpiętrze nade mną, damę. Dama zapewne miała wyplakatowany choć jeden pokój zdjęciami Beaty Tyszkiewicz, bo tak właśnie była ustylizowana.Blond lok, czerwień ust, czerń i apaszka..Brakowało papierosa, w fifce najlepiej.Ważyła owa dama jakieś 42 w porywach do 43 kilogramów i dzierżyła w dłoni trzy smycze.Na końcu każdej z nich dyndał rottweiler.Mojego przyjaciela najlepszego to ja rozpoznałam natychmiast.Pozostałe dwa były po prostu jak kiepski żart.Półpiętro jest małe więc nie miałam za bardzo gdzie się schować. Echo narastającego pomruku wydobywającego się z rottweilerowskich trzewi i błysk kłów powodowały chęć natychmiastowego zniknięcia.Przykleiłam się do ściany i udawałam, że mnie nie ma.Dama jednak wydała z siebie głos: "Proszę się nie obawiać kolację już jedliśmy".
Nie wszczęłam awanturki, nie padłam ze śmiechu.Po prostu nie oddychałam przez kolejną minutę (dopóki nie usłyszałam trzasku zamykających się na dole drzwi) w obawie, ze jednak mają ochotę na deserek.
Pierwszą rzeczą jaka się stała po moim kolejnym wyjściu z domu było wejście w pozostałości owej kolacji.
Na Bemowie na wiosnę tego roku ruszyła akcja "Liczy się kupa". W tekście na gazeta.pl opisującym inwencję czytamy:
"W końcu władze dzielnicy sięgnęły po metodę ostateczną: "Masz zbierać kupy i masz to udowodnić". O co chodzi? O to, że każdy właściciel psa został zobowiązany do skrupulatnego zbierania odchodów swojego pupila i przekazywania ich w specjalnie utworzonych punktach zwanych Punktami s-kupu, tyle że zamiast pieniędzy za zdane kupy właściciel psa otrzyma podpis i pieczątkę w specjalnej Książeczce Czystości. Jeśli okaże się, że właściciel psa odda mniej psich odchodów niż jest zobowiązany, poniesie kary finansowe."
Niestety tekst ukazał się 1 kwietnia co, z perspektywy czasu, redukuje poziom śmieszności i absurdu.
Jednak coś w tym jest.
Więc, mój drogi właścicielu psa, jeśli mieszkasz w mieście, w bloku i wychodzisz ze swoim ulubieńcem na spacer trzymaj go,do diabła, mocno na smyczy.
I w kagańcu.
Reaguj, jeśli wygląda na to, że się chce bawić swoimi kłami w mojej szyi.
Nie zostawiaj biedaczyny na całe dnie samego w domu by wył do nieprzytomności.
Sprzątaj jego kupy.
Jeśli nie interesuje cię, że to ohydne, nieestetyczne i brudzi to może zainteresuje cie fakt, że takie pozostałości mogą być też niezdrowe dla twojego przecudnego pieska.Co to nosem w to zaryje i zarazi się tym czy tamtym.
Jeśli to też cię nie interesuje to widzę w tym szansę.
Skoro nie obchodzi cię nawet dobro twojego własnego zwierzęcia, które jest dowodem na twoją wrażliwość i dobroć zostań natural born killer.
Będzie dla wszystkich lepiej.
Jednak nie miało to nic wspólnego z nagłym zniknięciem wyżej wymienionego.Podobno "stary już był", jak usłyszałam.
Niech mu ziemia lekką będzie, biedaczyna.
Już żadnego rzucania się nagłego na mnie (w ramach oczywiście przeuroczej zabawy, jak mi tłumaczono), żadnego skowytu i żadnych fekaliów pod blokiem.
Moja ulga była jednak całkowicie przedwczesna.
Właściciel bowiem otarł łezki po stracie i zakupił był nic innego jak rottweilera. Dla tych wszystkich, którzy wiedzą coś na temat psów, moje wyjaśnienie co to rottweiler będzie i tak niepotrzebne. Dla reszty wystarczy napisać, że to czworonożny, agresywny koszmar, który może cię zjeść do ostatniej kosteczki jak zjedzono bohatera "Pachnidła".Tylko tego to zjedzono z miłości. Rottweiler zje, bo to w sumie dobra rozrywka.
I tak to właśnie pewnego pięknego wieczora już, już prawie byłam na swoim piętrze kiedy zobaczyłam, na półpiętrze nade mną, damę. Dama zapewne miała wyplakatowany choć jeden pokój zdjęciami Beaty Tyszkiewicz, bo tak właśnie była ustylizowana.Blond lok, czerwień ust, czerń i apaszka..Brakowało papierosa, w fifce najlepiej.Ważyła owa dama jakieś 42 w porywach do 43 kilogramów i dzierżyła w dłoni trzy smycze.Na końcu każdej z nich dyndał rottweiler.Mojego przyjaciela najlepszego to ja rozpoznałam natychmiast.Pozostałe dwa były po prostu jak kiepski żart.Półpiętro jest małe więc nie miałam za bardzo gdzie się schować. Echo narastającego pomruku wydobywającego się z rottweilerowskich trzewi i błysk kłów powodowały chęć natychmiastowego zniknięcia.Przykleiłam się do ściany i udawałam, że mnie nie ma.Dama jednak wydała z siebie głos: "Proszę się nie obawiać kolację już jedliśmy".
Nie wszczęłam awanturki, nie padłam ze śmiechu.Po prostu nie oddychałam przez kolejną minutę (dopóki nie usłyszałam trzasku zamykających się na dole drzwi) w obawie, ze jednak mają ochotę na deserek.
Pierwszą rzeczą jaka się stała po moim kolejnym wyjściu z domu było wejście w pozostałości owej kolacji.
Na Bemowie na wiosnę tego roku ruszyła akcja "Liczy się kupa". W tekście na gazeta.pl opisującym inwencję czytamy:
"W końcu władze dzielnicy sięgnęły po metodę ostateczną: "Masz zbierać kupy i masz to udowodnić". O co chodzi? O to, że każdy właściciel psa został zobowiązany do skrupulatnego zbierania odchodów swojego pupila i przekazywania ich w specjalnie utworzonych punktach zwanych Punktami s-kupu, tyle że zamiast pieniędzy za zdane kupy właściciel psa otrzyma podpis i pieczątkę w specjalnej Książeczce Czystości. Jeśli okaże się, że właściciel psa odda mniej psich odchodów niż jest zobowiązany, poniesie kary finansowe."
Niestety tekst ukazał się 1 kwietnia co, z perspektywy czasu, redukuje poziom śmieszności i absurdu.
Jednak coś w tym jest.
Więc, mój drogi właścicielu psa, jeśli mieszkasz w mieście, w bloku i wychodzisz ze swoim ulubieńcem na spacer trzymaj go,do diabła, mocno na smyczy.
I w kagańcu.
Reaguj, jeśli wygląda na to, że się chce bawić swoimi kłami w mojej szyi.
Nie zostawiaj biedaczyny na całe dnie samego w domu by wył do nieprzytomności.
Sprzątaj jego kupy.
Jeśli nie interesuje cię, że to ohydne, nieestetyczne i brudzi to może zainteresuje cie fakt, że takie pozostałości mogą być też niezdrowe dla twojego przecudnego pieska.Co to nosem w to zaryje i zarazi się tym czy tamtym.
Jeśli to też cię nie interesuje to widzę w tym szansę.
Skoro nie obchodzi cię nawet dobro twojego własnego zwierzęcia, które jest dowodem na twoją wrażliwość i dobroć zostań natural born killer.
Będzie dla wszystkich lepiej.
niedziela, 30 stycznia 2011
O tym, że luty też minie.
(dla J.K.)
Wyjście nazywa się D8. Zazwyczaj. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się D 76. Wtedy trzeba iść o mniej więcej 7 minut dłużej do wyjścia. Można też jechać. Z obu wyjść D prowadzą do hali głównej ruchome chodniki, które wprowadzają element lemowskiej rzeczywistości, w której człowiek nawet chodzić nie musi, bo robi to za niego maszyna. Cały czas towarzyszy nam ciepły urywany kobiecy głos nakłaniający do rozważnego stawiania kroków „Mind your step,….mind your step….”. Ten monotonnie powtarzany komunikat pozostanie w głowie na długo. Niesprawdzani przez nikogo, nie denerwujemy się o cudem zgubione paszporty czy dowody osobiste. Żadnego zielonomundurowego strażnika na horyzoncie nie widać. Bezszelestnie otwierające się bramki z napisem UE CITIZENS po raz kolejny uświadamiają, jak bardzo skurczyła się Europa, jak wszędzie jest blisko. Odbieramy bagaże, ostatnie, które jeździły po rampie. Wychodzimy, kierując się znaną drogą między śmigłami i sklepami, na podziemny peron dworcowy. „No tak…gdyby w Warszawie o tym pomyśleli…Gdyby budując Dworzec Centralny wzięli pod uwagę…a wiesz, że……” Silna gestykulacja podczas rozmowy przyciąga wzrok mężczyzny. Wysoki, chudy blondyn jak wielu mieszkańców tego kraju. „Was ist das?”- zagaduje, pokazując na zwinięty rulon w ortalionowym pokrowcu. Zamiast wyjaśnić, że to mata do jogi, bardziej interesuje mnie dlaczego zaczął do nas mówić po niemiecku. „ Bo nie znam waszego języka” – brzmiała szybka odpowiedź. „A nasz język to…?” – „Bułgarski”- stwierdza z niezachwianą pewnością siebie. Nie ma czasu, by umierać ze śmiechu, pociąg nadjeżdża, zbieramy bagaże. Kierunek Centraal Station. Tam przesiadamy się w autobus numer 22. Jako świadomi panujących tu zwyczajów bywalcy mamy kupione bilety czasowe w postaci plastikowej kart. Karty uaktywania się przy wejściu pod bacznym okiem kierowcy, dezaktywuje przy wyjściu,gdy już nikt nie patrzy. Dziwne, jako żywo. Czy żaden tutejszy nie wpadł na pomysł, że można dezaktywować szybciej i mniej płacić? Drzwi zamykają się, pojazd jest prawie pusty. Przez duże szyby patrzę na miasto. Jest spokojne, ciche. Dopiero wstaje słońce. Jest bardzo wcześnie rano. Promienie odbijają się w wodzie i w oknach kamienic. Ptaki drepczą po balustradach mostów. Kierowca zerka w lusterko na nasze bagaże i uprzejmie pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Z dumą, bezbłędnie i z koszmarnym akcentem wymawiam długą nazwę ulicy i w tym samym momencie, przez szybę widzę docelowy przystanek. Na nim – dwie postaci. Wysiadamy. Radość, krzyk powitania.
Uśmiechamy się do siebie.
Wszystko zostało za nami.
Wyjście nazywa się D8. Zazwyczaj. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się D 76. Wtedy trzeba iść o mniej więcej 7 minut dłużej do wyjścia. Można też jechać. Z obu wyjść D prowadzą do hali głównej ruchome chodniki, które wprowadzają element lemowskiej rzeczywistości, w której człowiek nawet chodzić nie musi, bo robi to za niego maszyna. Cały czas towarzyszy nam ciepły urywany kobiecy głos nakłaniający do rozważnego stawiania kroków „Mind your step,….mind your step….”. Ten monotonnie powtarzany komunikat pozostanie w głowie na długo. Niesprawdzani przez nikogo, nie denerwujemy się o cudem zgubione paszporty czy dowody osobiste. Żadnego zielonomundurowego strażnika na horyzoncie nie widać. Bezszelestnie otwierające się bramki z napisem UE CITIZENS po raz kolejny uświadamiają, jak bardzo skurczyła się Europa, jak wszędzie jest blisko. Odbieramy bagaże, ostatnie, które jeździły po rampie. Wychodzimy, kierując się znaną drogą między śmigłami i sklepami, na podziemny peron dworcowy. „No tak…gdyby w Warszawie o tym pomyśleli…Gdyby budując Dworzec Centralny wzięli pod uwagę…a wiesz, że……” Silna gestykulacja podczas rozmowy przyciąga wzrok mężczyzny. Wysoki, chudy blondyn jak wielu mieszkańców tego kraju. „Was ist das?”- zagaduje, pokazując na zwinięty rulon w ortalionowym pokrowcu. Zamiast wyjaśnić, że to mata do jogi, bardziej interesuje mnie dlaczego zaczął do nas mówić po niemiecku. „ Bo nie znam waszego języka” – brzmiała szybka odpowiedź. „A nasz język to…?” – „Bułgarski”- stwierdza z niezachwianą pewnością siebie. Nie ma czasu, by umierać ze śmiechu, pociąg nadjeżdża, zbieramy bagaże. Kierunek Centraal Station. Tam przesiadamy się w autobus numer 22. Jako świadomi panujących tu zwyczajów bywalcy mamy kupione bilety czasowe w postaci plastikowej kart. Karty uaktywania się przy wejściu pod bacznym okiem kierowcy, dezaktywuje przy wyjściu,gdy już nikt nie patrzy. Dziwne, jako żywo. Czy żaden tutejszy nie wpadł na pomysł, że można dezaktywować szybciej i mniej płacić? Drzwi zamykają się, pojazd jest prawie pusty. Przez duże szyby patrzę na miasto. Jest spokojne, ciche. Dopiero wstaje słońce. Jest bardzo wcześnie rano. Promienie odbijają się w wodzie i w oknach kamienic. Ptaki drepczą po balustradach mostów. Kierowca zerka w lusterko na nasze bagaże i uprzejmie pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Z dumą, bezbłędnie i z koszmarnym akcentem wymawiam długą nazwę ulicy i w tym samym momencie, przez szybę widzę docelowy przystanek. Na nim – dwie postaci. Wysiadamy. Radość, krzyk powitania.
Uśmiechamy się do siebie.
Wszystko zostało za nami.
wtorek, 25 stycznia 2011
O tym, czemu służy fejsbukowa inicjatywa.
Na Facebooku powstała kolejna inicjatywa. Tym razem jest to "Dzień bez Smoleńska" .W odezwie czytamy między innymi:" Celem tej inicjatywy jest WYTCHNIENIE, pokazanie, że w Polsce powinno być miejsce również dla ludzi, którzy chcą żyć w spokoju, bez ciągłej żałoby i awantury.
Choćby przez jeden dzień….."
Inicjatywa zebrała, jak na razie ponad 80.000 osób, które pragną wytchnienia choćby przez jeden dzień i "wezmą udział" oraz pewnie, lekką ręką, drugie tyle, co po prostu "lubi to".Choćby przez jeden dzień to lubi. Ot, tak sobie, dla fanaberii.Daruję sobie melancholijne wielokropki.
Gdzie jak gdzie, ale w tym właśnie miejscu fanaberię się rozumie i popiera. Bo absurdalne, zabawne, bo czemu nie.Jednak w przypadku "Dnia bez Smoleńska" Fanaberium blog inicjatywy tej nie popiera.Nie lubi.
I właśnie wyjaśnia dlaczego.
Nieznośną tendencję to bezustannego tworzenia "dnia bez czegoś" tudzież "dnia z czymś" można zaobserwować już od dawna.Dzień walki z rakiem, dzień bez papierosa, dzień walki z otyłością, dzień bez telefonu komórkowego etc etc. Zapewne ma uświadamiać społeczeństwo, że profilaktyka raka jest istotna, palenie zabija, tycie jest nie tylko nieestetyczne, ale i niezdrowe, a komóreczkę to trzeba wyłączać, bo nie zastąpi nam ona prawdziwej więzi międzyludzkiej.
Wszyscy tak przez jeden dzień trąbią o czym należy, cytologiczne wozy do centrów handlowych są podstawiane, a jak zapalisz w dzień bez papierosa to nawet niektórzy współpalacze popatrzą na ciebie krzywo.
I nawet bardzo dobrze.Niech jeżdżą, niech trąbią, niech uświadamiają.Brawo, brawo, brawo.Wszyscy jesteśmy tacy uświadomieni i chcemy uświadamiać innych.
Przez jeden dzień.
Mając nadzieję, że potem to się jakoś załatwi samo.
Bo problem polega na tym, że tak jest tylko przez chwilę.I koniec.Niewiele się zmienia. Pospolite ruszenie szybko się wypala. Potem cisza.
"Dzień walki z", "dzień bez" lub "dzień z" niczego nie zastępują, niewiele zmieniają. Dają fałszywe złudzenie zajmowania się jakimś problemem.Jak typowy polski zryw narodowy trwają zazwyczaj krótko i prowadzą do klęski. Może do moralnego zwycięstwa, bo intencje chwalebne, ale rezultaty?
Jeśli choć jedna osoba, była w owym dniu walk z rakiem zdiagnozowana to chwała za to. Ale czy to naprawdę o to chodzi, by walczyć tylko tego dnia czy raczej żeby zmieniać rzeczywistość trwale i żeby - w tym wypadku - ludzie poddawali się badaniom kontrolnym i mieli do nich dostęp?
Żeby to nie był zryw.Żeby to była normalność.
Dlatego "Dzień bez Smoleńska" jest tak naprawdę inicjatywą niefortunną.Inicjatywa, aby "choć przez jeden dzień" żyć spokojnie, bez żałoby i awantury tak naprawdę wpisuje się w cały nieracjonalny dyskurs panujący w Polsce od 10 kwietnia 2010 roku.
Po pierwsze dlatego, że jest inicjatywą dyktowaną tymi samymi emocjami co całe zjawisko do którego stara się zdystansować. (Pomijam ewentualny kpiarski aspekt sprawy, bo inicjatorzy zarzekają się, że tak nie jest,że chodzi im tylko o "wytchnienie")
Po drugie dlatego, że wpisuje się tak naprawdę w dyskusję o Smoleńsku. "Dzień bez", "czy dzień" z - co to za różnica?Cały przecież czas odnosimy się do jednego.
Po trzecie dlatego, że ambicja aby tak było przez "JEDEN DZIEŃ" jest naprawdę miałka i taki postulat niczego nie wnosi do publicznej dyskusji. Nie chodzi przecież o to, by zapomnieć o tym na jeden dzień, a potem wrócić na stare śmieci.
Chodzi o to, aby powoli, racjonalnie zmienić poziom i rodzaj debaty publicznej, zwrócić dyskusję na inne tory, podejmować inne tematy w inny sposób, co może zaowocować zmianami.
A fejsbukowa inicjatywa wcale, moim zdaniem, temu nie służy.
Choćby przez jeden dzień….."
Inicjatywa zebrała, jak na razie ponad 80.000 osób, które pragną wytchnienia choćby przez jeden dzień i "wezmą udział" oraz pewnie, lekką ręką, drugie tyle, co po prostu "lubi to".Choćby przez jeden dzień to lubi. Ot, tak sobie, dla fanaberii.Daruję sobie melancholijne wielokropki.
Gdzie jak gdzie, ale w tym właśnie miejscu fanaberię się rozumie i popiera. Bo absurdalne, zabawne, bo czemu nie.Jednak w przypadku "Dnia bez Smoleńska" Fanaberium blog inicjatywy tej nie popiera.Nie lubi.
I właśnie wyjaśnia dlaczego.
Nieznośną tendencję to bezustannego tworzenia "dnia bez czegoś" tudzież "dnia z czymś" można zaobserwować już od dawna.Dzień walki z rakiem, dzień bez papierosa, dzień walki z otyłością, dzień bez telefonu komórkowego etc etc. Zapewne ma uświadamiać społeczeństwo, że profilaktyka raka jest istotna, palenie zabija, tycie jest nie tylko nieestetyczne, ale i niezdrowe, a komóreczkę to trzeba wyłączać, bo nie zastąpi nam ona prawdziwej więzi międzyludzkiej.
Wszyscy tak przez jeden dzień trąbią o czym należy, cytologiczne wozy do centrów handlowych są podstawiane, a jak zapalisz w dzień bez papierosa to nawet niektórzy współpalacze popatrzą na ciebie krzywo.
I nawet bardzo dobrze.Niech jeżdżą, niech trąbią, niech uświadamiają.Brawo, brawo, brawo.Wszyscy jesteśmy tacy uświadomieni i chcemy uświadamiać innych.
Przez jeden dzień.
Mając nadzieję, że potem to się jakoś załatwi samo.
Bo problem polega na tym, że tak jest tylko przez chwilę.I koniec.Niewiele się zmienia. Pospolite ruszenie szybko się wypala. Potem cisza.
"Dzień walki z", "dzień bez" lub "dzień z" niczego nie zastępują, niewiele zmieniają. Dają fałszywe złudzenie zajmowania się jakimś problemem.Jak typowy polski zryw narodowy trwają zazwyczaj krótko i prowadzą do klęski. Może do moralnego zwycięstwa, bo intencje chwalebne, ale rezultaty?
Jeśli choć jedna osoba, była w owym dniu walk z rakiem zdiagnozowana to chwała za to. Ale czy to naprawdę o to chodzi, by walczyć tylko tego dnia czy raczej żeby zmieniać rzeczywistość trwale i żeby - w tym wypadku - ludzie poddawali się badaniom kontrolnym i mieli do nich dostęp?
Żeby to nie był zryw.Żeby to była normalność.
Dlatego "Dzień bez Smoleńska" jest tak naprawdę inicjatywą niefortunną.Inicjatywa, aby "choć przez jeden dzień" żyć spokojnie, bez żałoby i awantury tak naprawdę wpisuje się w cały nieracjonalny dyskurs panujący w Polsce od 10 kwietnia 2010 roku.
Po pierwsze dlatego, że jest inicjatywą dyktowaną tymi samymi emocjami co całe zjawisko do którego stara się zdystansować. (Pomijam ewentualny kpiarski aspekt sprawy, bo inicjatorzy zarzekają się, że tak nie jest,że chodzi im tylko o "wytchnienie")
Po drugie dlatego, że wpisuje się tak naprawdę w dyskusję o Smoleńsku. "Dzień bez", "czy dzień" z - co to za różnica?Cały przecież czas odnosimy się do jednego.
Po trzecie dlatego, że ambicja aby tak było przez "JEDEN DZIEŃ" jest naprawdę miałka i taki postulat niczego nie wnosi do publicznej dyskusji. Nie chodzi przecież o to, by zapomnieć o tym na jeden dzień, a potem wrócić na stare śmieci.
Chodzi o to, aby powoli, racjonalnie zmienić poziom i rodzaj debaty publicznej, zwrócić dyskusję na inne tory, podejmować inne tematy w inny sposób, co może zaowocować zmianami.
A fejsbukowa inicjatywa wcale, moim zdaniem, temu nie służy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
