Można bez grosika?
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och, to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.
A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?
Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?
To wszystko wzięło się z jednej rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.
Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"
Otóż nie, do jasnej cholery.
Nie można.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz