Niedzielne popołudnie sprzyja nie tylko rozleniwieniu.
Nie tylko melancholii.
Sprzyja lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.
Otóż nie trzeba wstawać ledwo, ledwo z irytacją o 6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.
Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz