(dla J.K.)
Wyjście nazywa się D8. Zazwyczaj. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się D 76. Wtedy trzeba iść o mniej więcej 7 minut dłużej do wyjścia. Można też jechać. Z obu wyjść D prowadzą do hali głównej ruchome chodniki, które wprowadzają element lemowskiej rzeczywistości, w której człowiek nawet chodzić nie musi, bo robi to za niego maszyna. Cały czas towarzyszy nam ciepły urywany kobiecy głos nakłaniający do rozważnego stawiania kroków „Mind your step,….mind your step….”. Ten monotonnie powtarzany komunikat pozostanie w głowie na długo. Niesprawdzani przez nikogo, nie denerwujemy się o cudem zgubione paszporty czy dowody osobiste. Żadnego zielonomundurowego strażnika na horyzoncie nie widać. Bezszelestnie otwierające się bramki z napisem UE CITIZENS po raz kolejny uświadamiają, jak bardzo skurczyła się Europa, jak wszędzie jest blisko. Odbieramy bagaże, ostatnie, które jeździły po rampie. Wychodzimy, kierując się znaną drogą między śmigłami i sklepami, na podziemny peron dworcowy. „No tak…gdyby w Warszawie o tym pomyśleli…Gdyby budując Dworzec Centralny wzięli pod uwagę…a wiesz, że……” Silna gestykulacja podczas rozmowy przyciąga wzrok mężczyzny. Wysoki, chudy blondyn jak wielu mieszkańców tego kraju. „Was ist das?”- zagaduje, pokazując na zwinięty rulon w ortalionowym pokrowcu. Zamiast wyjaśnić, że to mata do jogi, bardziej interesuje mnie dlaczego zaczął do nas mówić po niemiecku. „ Bo nie znam waszego języka” – brzmiała szybka odpowiedź. „A nasz język to…?” – „Bułgarski”- stwierdza z niezachwianą pewnością siebie. Nie ma czasu, by umierać ze śmiechu, pociąg nadjeżdża, zbieramy bagaże. Kierunek Centraal Station. Tam przesiadamy się w autobus numer 22. Jako świadomi panujących tu zwyczajów bywalcy mamy kupione bilety czasowe w postaci plastikowej kart. Karty uaktywania się przy wejściu pod bacznym okiem kierowcy, dezaktywuje przy wyjściu,gdy już nikt nie patrzy. Dziwne, jako żywo. Czy żaden tutejszy nie wpadł na pomysł, że można dezaktywować szybciej i mniej płacić? Drzwi zamykają się, pojazd jest prawie pusty. Przez duże szyby patrzę na miasto. Jest spokojne, ciche. Dopiero wstaje słońce. Jest bardzo wcześnie rano. Promienie odbijają się w wodzie i w oknach kamienic. Ptaki drepczą po balustradach mostów. Kierowca zerka w lusterko na nasze bagaże i uprzejmie pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Z dumą, bezbłędnie i z koszmarnym akcentem wymawiam długą nazwę ulicy i w tym samym momencie, przez szybę widzę docelowy przystanek. Na nim – dwie postaci. Wysiadamy. Radość, krzyk powitania.
Uśmiechamy się do siebie.
Wszystko zostało za nami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz