czwartek, 6 stycznia 2011
O tym, jak zostałam grafomanką.
Grafomania to podług mądrych definicyj szaleńczy przymus pisania utworów literackich. Obsesyjna chęć pisania i wypisania się, bo się lubi, chce, musi a także wierzy skrycie, że to dzieło nie tyle jest dobre ino po prostu wybitne. Kolejnym krokiem jest zarzucanie tymi wspaniałymi produkcjami otoczenia wbrew panującym opiniom, że się do niczego nie nadają.Zawsze święcie wierzyłam, że zdołam ukryć swoje natrętne pisarskie odruchy gdzieś na dnie bałaganu w garderobie, że nie posunę się dalej niż do wysłania dwóm lub trzem postaciom jakiegoś małego fragmenciku uprzednio sto czterdzieści trzy razy z pełną niechęci lubością zredagowanego. Wierzyłam w to tak święcie, ze aż prawie zaniechałam pisania w ogóle uważając, że sama myśl o wyrzyganiu jakiegoś felietonu, eseju czy innej fanaberii w postaci a la średniowiecznego intermedium skazuje mnie na nieznośną chęć pisania więcej, dłużej częściej i na dodatek - co za koszmar- być może także na chęć obdzielenia tym szczęściem literackim innych. Jednym słowem byłam grafomanką w stanie spoczynku, utajoną grafomanką, grafomanką, która użyła broni lenistwa, aby uniknąć swej natrętnej przypadłości.Ale nadszedł ten dzień, dzisiaj 6 stycznia, kiedy po przeanalizowaniu za i przeciw, po przełamaniu znudzenia i wstydu, rozbawienia i niechęci, po wymyśleniu nazwy, po wpisaniu kodów, haseł i danych - założyłam bloga.Tak, właśnie dziś, z pełną świadomością swojego czynu, z chwilą naciśnięcia opcji "publikuj posta" stanę się pełnoprawną grafomanką. Enter.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz