Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze znanych artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy świat nie stoi na głowie.Nie tylko ze względu na to, że koincydencja nazwisk jest fanaberyjna. Ale przede wszystkim ze względu na to, że pan zrobił coś, czego wcześniej nie zrobił nikt inny.Może nazwisko go natchnęło?
I nie było to nic pokroju uzdrawiającego seansu, kiedy mistrz Kaszpirowski uzdrawiał przez ekran.Nie.
Było to coś, czego spodziewasz się po rehabilitancie.
Ortopedzie.
Ba, nawet interniście. Jeśli sam nie potrafi, to może zasugerować.
Nikt nie zasugerował
A czas upływał.
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden z wielkich artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy tych dwóch światów nie należałoby jakoś połączyć skoro to daje takie efekty.
Czy na Uniwersytet Medyczny nie powinno być takich także egzaminów jak na przykład do Akademii Teatralnej na Wydział Aktorski?
W Akademii i wiersz egzaminowano i prozę i ruch i wdzięk i głos i nerw.Zdolność, czasami- talent. Wiedzę też, ale to drugorzędne.Jak ktoś ma wdzięk i ruch i głos i nerw to wiedza w tym zawodzie jest drugorzędna, nie oszukujmy się.Można nabyć.
Później.
(Swoją drogą dobrze by było, gdyby na aktorskim nabywano nieco więcej.
Wcześniej.)
No i nie to, że zawsze w AT/PWST trafiają w dziesiątkę.
Na ten temat można by cały oddzielny fanaberium post napisać, jak bardzo nie trafiają czasami.
Ale jednak egzaminują.
I jedni potem na wdzięku jadą, inni głosem działają, talentem czy w po prostu na nerwy.W zależności co im przyjdzie robić.
Sprawdzeni zostali,rozwijają się, szlifują, rokują, nie rokują, mają szczęście, nie mają szczęścia.
W medycynie - wolałabym- aby na szczęście nie liczono.Wolałabym, żeby wiedza była solidna.Bardziej niż solidna.
Wolałabym, aby nie liczono li i jedynie - jak mnie oświecono na absurdalnie drogiej konsultacji- na system zero -jedynkowy. Jest objaw- to jeden, jest choroba X. Nie ma objawu - nie ma choroby X. Fakt, może dawać niezbyt klarowne objawy, ale jednak trzymajmy się systemy zero-jedynkowego.Nie jesteśmy jakimiś humanistami, nie bawmy się w interpretacyje i wielość znaczeń.1-0.Prawda-fałsz.Nie pasuje?To nie wiem.Do obserwacji.Boli?Przeciwbólowy 2 razy dziennie.Nie pomaga? Może pomoże. Do widzenia.
Wolałabym, aby liczono na to, że prócz owego systemu, wyłożonego w księgach po łacinie i na wykładach przez pół-bogów profesorów jest jeszcze milion innych rzeczy, które należy wziąć pod uwagę, skoro pacjent narzeka.Może narzeka, bo hipochondryk. A może nie.
I to"może nie" należy wziąć pod uwagę.
Należy pomyśleć.
Fakty powiązać.
Zadać pytanie.
Wyjaśnić po co, bo może źródło wiedzy- czyli pacjent- nie zrozumiał.
Może zdenerwowany.
Może cierpi.
Może głupawy.
A może inna terapia podziała.
Może jak to połączyć z tym i jeszcze gdyby zadać inne pytanie to...
I takich widziano.Nie zawsze są uprzejmi i kulturalni ( choć i o to warto powalczyć), ale są skuteczni.
Nie, nie mam na myśli House'a.
No, może nie tylko.
Fanaberyjne oczy widziały, fanaberyjne uszy słyszały w pozaserialowym świecie.
Skąd się wzięli?
Prawdopodobnie nie stąd, że zdali egzamin z fizyki czy biologii na 300 % normy.
Może więc Uniwersytet Medyczny oprócz koniecznych egzaminów z chemii i matematyki powinien też przeprowadzać egzaminy z prozy ( narracja, ważna rzecz), wiersza (ach, te wieloznaczne, zupełnie nie zero-jedynkowe figury retoryczne, metafory, porównania, przerzutnie i synekdochy), nerwu (może lepiej zostać farmaceutą skoro ludzie mnie tak irytują) i głosu (lepiej mówić do pacjenta a nie chrząkać, mruczeć i onopatopeić).
Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze starych i jarych artystów filmowych zaczynasz sobie myśleć czy następnym razem zębów nie będzie ci leczył jakiś Aleksander Zelwerowicz czy Irena Eichlerówna.
Może i by było dobrze.
Oni na sto procent by wiedzieli jak to dobrze rozegrać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz