(30 stycznia 2005 roku)
Ojca biegnącego można było zapamiętać jeszcze w jednej sytuacji: kiedy to ratował siostrzeńcowi żony życie. Siostrzeniec żony - czyli inaczej dla młodszego pokolenia Brat Cioteczny - miał wtedy jakieś 8-9 lat, był chudy jak szczapa i kolegował się tylko z dziewczynkami. W okresie dojrzewania jego fascynacja kobiecymi ciuszkami, szminkami make-upami, a nade wszystko - pończochami, przeraziła Siostrę Matki, Matkę i resztę rodziny do tego stopnia, że postanowili oddać go do męskiej szkoły z internatem - co nie tylko nie zmieniło jego fascynacji, ale dało nieograniczone możliwości współżycia seksualnego i ugruntowało jego homoseksualizm na dobrych parę lat, dopóki nie odkrył heteroseksualnej strony swej natury objawionej w pewnej filigranowej brunetce, która zostawiła go po dwóch latach szczęścia z dwójką swoich (i Pan Bóg raczy wiedzieć czyich jeszcze) dzieci, a sama uciekła z kochankiem do Australii. Zanim jeszcze do tego doszło Brat Cioteczny grał w gumę z koleżankami z ulicy. Był jedynym chłopcem pośród całej gromadki i bardzo dobrze z tym się czuł. Na ulicy przy której stał dom rodzinny i na której grali w gumę, zamieszkiwał ktoś, kto jest ważką postacią tej opowieści i kto już podówczas wszystkich fascynował. A był to niejaki Jamal O’Brien - ani chybi Murzyn. Pod koniec lat 80-tych w Polsce czarnego człowieka nieczęsto się widziało, a tu taka gratka na ulicy obok zamieszkuje. To wzbudzało sensację. Afroamerykanin Jamal był studentem miłym i uprzejmym na zaczepki nie reagował, a z dzieciakami szybko się zaprzyjaźnił, bo nie krzyczał za wybite kasztanami szyby (widać niegłupi był i szybko zrozumiał ze chodzi im tylko o wywabienie jego głowy z wnętrza pokoju - jak z magicznego pudelka - okazanie olśniewająco białych zębisk i okrzyku „what’s the fuck”. Kiedy zaprzestał wynurzania się, dzieciaki - znudzone niepowodzeniem - przestały rzucać kasztanem) wiec został zaakceptowany. Raczej później niż wcześniej, ale bądź co bądź wtopił się w obraz ulicy.
Dzień kiedy Brat Cioteczny grał w gumę obfitował w jeszcze jedna ważną scenę. Zebrana przed telewizorem rodzina dyskutując nad różnymi sprawami tego świata, zeszła na temat niezbyt popularny i w zasadzie nieczęsto poruszany, a z braku informacji wzięty z półki since fiction. Tym tematem była choroba i to nie byle jaka. Było to Aids. Coś każdy piąte przez dziesiąte słyszał: że to atakuje, ale nie wiadomo co, że przenosi się przez sexy - jak mówiła Babka, nie przez sexy tylko przez prezerwatywę - jak twierdził Dziadek Drugi, nie przez prezerwatywy tylko bez prezerwatywy – „wujku źle usłyszałeś!” - krzyczała Siostra Matki, „ty już o prezerwatywach nie myśl” ripostowała Babka Pierwsza. Matka próbowała wyjawić tajemnicę pochodzenia Aids, ale nikt jej nie słuchał, bo trwała zacięta dyskusja nad rasistowskim stwierdzeniem Ojca, któremu przerwano koszmarną wypowiedź o czarnuchach, co chorobę przenoszą. W końcu stanęło na tym, że choroba idzie z Afryki od małp i murzynów, co spotkało się z przeciwem bardziej oświeconej części rodziny, ale dalszej części już dzieciaki nie usłyszały, bo zostały brutalnie wyproszone z domu by świeżego powietrza się nałykać - jak twierdziła Babka. Grali więc w gumę i wszystko było w porządeczku, dopóki nie przyszedł Murzyn z sąsiedztwa. Murzyn z sąsiedztwa - nazwany rzecz jasna Bambo, bo jakżeby inaczej - szedł ulicą zaczytany, Ciotecznego Brata nie zauważył i wpadł na niego, a ten wylądował z hukiem na bruku. Murzyn z sąsiedztwa pomógł mu wstać, pogładził go po głowie, zapytał się czy okej, potem jeszcze raz go pogładził po buzi, dał mu gumę do żucia i sobie poszedł. A w duszy Ciotecznego Brata coś zakiełkowało. Coś na kształt niepokoju. Proces myślowy przebiegał następująco: skoro Bambo jest czarny, skoro czarni pochodzą z Afryki, skoro z Afryki idzie zaraza o której cała rodzina rozprawiała, skoro zaraza przechodzi przez dotyk jak twierdził Mąż Siostry Matki - to on w rzeczy samej już jest trupem. Mąż Siostry Matki powiedział dokładnie że można się zarazić przez „dotyk - rozumiecie, co mam na myśli”, ale Cioteczny ośmioletni Brat uważał, ze wie co Mąż Siostry Matki ma na myśli. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest umierający. Że koniec z nim. Koniec z nim, z graniem w gumę z podbieraniem szminek i zakładaniem pończoch, koniec ze zbieraniem nalepek z Limahlem i z Whitney Houston dla dziewczyn, żeby w zamian za to pozwoliły mu się ubrać w sukienkę, koniec z jedzeniem krówek, które były zakazane, bo wchodziły w zęby i robiły dziury. Koniec ze szkołą, której nagle zrobiło mu się trochę żal i koniec z prezentami pod choinkę, które przynosił świetnie przebrany za Mikołaja i uszminkowany Dziadek. Podzielił się tym strasznym odkryciem ze wszystkimi gumograczami, a ci nabożnie podzielili jego strach. Nie pozostało nic innego jak powiadomić rodziców o rychlej śmierci ich syna. Jednak postanowił podjąć jeszcze jedna próbę wyplenienia z siebie świństwa. Pomysł poddała mu jedna z gumograczek, ta Mała Z Lokami, co jej ojciec był właścicielem pobliskiej restauracji „Haneczka”, w której to ostatnio zainstalowali wielkie machiny - zmywarki do naczyń. W takiej oto zmywarce postanowił się Cioteczny Brat wyparzyć - bo wiadomo było nie od dziś, że wszystko co wyparzone, było czyste, tak zawsze mówiła Babka Pierwsza. Niewiele myśląc cala zgraja - prócz protestującej Małej Z Lokami, która twierdziła, że wyparzenie będzie bolesne i niebezpieczne (bo pamiętała własne poparzenie ukropem i przestrogi - swej matki, że wrzątku trzeba unikać) - wkradała się do „Haneczki” by przygotować kąpiel. Kłótnia między dzieciakami trwała dość długo, bo jedni byli za tym by Brat Cioteczny się wykąpał, bo lepiej się trochę poparzyć, ale zarazę wyplenić. Drudzy zaś byli za tym by ta niewidoczną – a jak niewidoczna to może nieistniejącą - zarazę zostawić i nie cierpieć poprzez poparzenia.. Jeszcze inni mieli teorię, że zmywarka jest niebezpieczna, bo choć wypleni zarazę, to można się w niej utopić jak się nie umie pływać, w końcu tam jest woda. Prawda jest oczywiście taka ze kąpiel w 300 stopniach nie tylko świetnie wypleniłaby z Ciotecznego Brata domniemany brud idący z Afryki, ale wywabiłaby cala skórę i większość wnętrzności. Powiadomiony przez zapłakaną Małą Z Loczkami od tym Ojciec, biegł drugi raz w życiu, by Ciotecznego Brata ocalić, co mu się udało w ostatniej chwili: kiedy ten już rozebrany do naga podnosił nogę, by usytuować ją w ukropie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz