Rewanż odbył się z zaskoczenia i był dowodem dla Matki, że jednak „istnieje sprawiedliwość na tym świecie”. Kto widział weterynarza bez kota? Bo kotów bez weterynarza to u nas jest dużo, jednak weterynarz bez kota może być rozpatrywany tylko w teorii, szczególnie jeśli weterynarz jest kobietą. Jednym słowem nasza Ciotka czyli Siostra weterynarz też z biegiem lat weszła w posiadanie kota. Rasowego. Rosyjskiego niebieskiego. Śliczny, gładki, czysty i schludny. Siostra kochała kota bardzo i nazwała go Calineczka - co było najgłupszym pomysłem od momentu kiedy pradziadek, który z utęsknieniem wypatrywał syna a urodziła mu się siódma córka, wmawiał we wsi wszystkim przez trzy lata, że to jednak chłopak i dziedzic kwitnącej gospodarki. Ale wyszła prawda to na jaw, kiedy mała Franka sikała za stodołą w kucki. Sąsiad podejrzał, pomyślał, że to diabeł wcielony – bo teraz to każdy chłop na wsi może być powiadomion, że sikanie męskie w kucki to albo transwestycja albo fanaberia à la mode. Jednak wtedy sąsiad powiadomion nie był i pobiegł do księdza, żeby egzorcyzmy odprawił i chłopca na dobrą, normalną drogę sikania nawrócił. Ciotka nie musiała niczego przed nikim udawać, bo fakt ze Calineczka jest jednak Calineczkiem wyszedł na jaw szybko. W końcu Ciotka weterynarz. Imię jednak zostało. Rosyjski niebieski Calineczka miał w domu prawa jakich nie miałby nawet jedyny i niedoszły syn pradziadka. Mógł robić, co chciał i gdzie chciał. Mógł drapać i syczeć, mógł kłaki roznosić, mógł wreszcie ze złośliwości iście z carskich szpicli odziedziczonej, sikać gościom na nogi. Siostra Matki trwała w przeświadczeniu, iż tak pięknego kota kastrować nie można. Bo jeszcze weźmie i utyje. Wiec carski niebieski rosyjski Calineczka, jak sikał - a sikał często i ochoczo - rozsiewał zapach jak każdy niewykastrowany kot, tak potworny, iż nikt przy zdrowym węchu nie mógł wytrzymać. Może stąd – swoja droga - przypadłość męża Siostry Matki posiadającego chroniczny katar, krzywa przegrodę nosowa (której nie chciał zoperować) i był absolutnie węchu pozbawiony.
Calineczka jednak zdechł. Zdechł , męża z krzywą przegrodą wtedy w kraju nie było, bo bawił na saksach w enerde, skąd przywoził rajstopy i buciki dla rodzinnych kilkulatków, a nikt innym prócz jego i Ojca nie mógł się zająć zdechlakiem. Siostra matki zadzwoniła z płaczem graniczącym z histerią, że „dziecko nie żyje” - bo Ciotka o Calineczce per dziecko mówiła. Dziecko nie żyje i ryk. Tyle wypłakała. Matka - mimo ze dokładnie wiedziała, że Siostra podówczas dziecka ludzkiego nie miała - zdenerwowała się nie na żarty, ale w końcu wydobyła od niej informacje ze chodzi o Calineczkę i, że kopnął on był w kalendarz. I już w tym monecie była zadowolona ze sprawiedliwości losu. Jednak to, co się zdarzyło później przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
Siostra Matki w spazmach przyjechała do domu, na rękach niosła Calineczkę kompletnie zdechłego . Matka jak to Matka, z odrazą na ścierwo się patrząca zupełnie nie przypadła Siostrze do gustu więc pierwsza awantura poszła szybko jak z bicza strzelił. Natomiast Ojciec jak to Ojciec wyrwany od klawiatury pianina mający jeszcze w uchu dźwięki walca h-moll, wykonał polecenie Matki wypowiedziane przez zęby i uległ błaganiom Ciotki o pomoc, byleby tylko mieć spokój przenajświętszy w tonacji h. Swoją drogą dla ojca nie było decyzji, którą mógłby podjąć sam. Po prostu taka decyzja nie istniała. Z kolei dla Matki nie istniała decyzja, która mogłaby być przez nią nie podjęta. Uzupełniali się znakomicie. Co do decyzji Matki i swej uległości, Ojciec tym razem był nieprzekonany, wręcz wyrzucał sobie brak buntu. Jednak bunt oznaczał zwiększenie histerii Siostry Matki, a to jawiło się jako koszmar więc Ojciec uległ. Uległ, co nie znaczy, że nie widział rosnących niedogodności.
Siostra Matki zażądała mianowicie trumny dla Calineczki. Rozkaz histeryczki o wyraźnie rozmazanym makijażu, z trupem kota na rekach i mamrotaniem „dziecko, moje dziecko” na ustach był dla ojca może niewygodny, ale nie był takim głupcem, aby się sprzeciwiać. Co to to nie. Życie mu jeszcze mile było, a walc h moll nie do końca rozczytany. Poza tym ojciec zawsze należał do psotników zza winkla, lubił sobie poobserwować faux pasy gawiedzi robiącej z siebie durniów. Miał niejasne przeczucie, że tym razem on sam będzie ową gawiedzią i jakieś niejasne cytaty o śmiechu z samego siebie błąkały mu się po głowie, ale został brutalnie wyrwany z gierki literackiej więc chcąc-niechcąc udał się do ciemnej komórki. Wygrzebał tam siekierę, dłuto i młotek i z paru desek jakiejś pozostałości po krześle i stole niefortunną trumienkę zbił. Niestety pomyliłby się ten, który sądził, że Siostra Matki na tym poprzestanie. Siostra Matki taksówkę zawezwała, Calineczkę do trumny włożyła, jego zabaweczki w plastikowej torbie z domu przywiezione do ręki wzięła, Ojca pogoniła obwieszczając mu przy wsiadaniu do auta, że nad Wisłę w celu pogrzebowym jadą. Ojciec zachodził w głowę, czemu Calineczka nie może być pochowany w ogródku, doszedł jednak do wniosku, że nie chciałby widzieć miny swojej żony, kiedy dla ścierwa kota ryje szpadlem dół między lawendową grządką, szklarnią pomidorową a ogródkiem skalnym. Pojechali więc nad Wisłę. Siostra Matki w taksówce znowu się rozkleiła płacząc „dziecko….. moje dziecko….” zabaweczki kota oglądała, wszystkie grzechotki, piszczałki i pluszaki głaskała. Ojciec siedział niewzruszony z trumną na kolanach zastanawiając się czym wykopie ten dół, bo zapomniał szpadla. Jednak w pewnej chwili zauważył, że taksówkarz, co i raz zerka w lusterko, z coraz to większym niepokojem patrzy się na trumienkę, na zabawki, na spazmująca Siostrę Matki. Ojciec się zaniepokoił. Żeby załagodzić sytuację tonem informacyjno-poufno uspokajającym zwrócił się do kierowcy: ”kot nam zdechł”. Ale w tym momencie Siostra Matki słysząc te jakże tragiczne słowa zachłysnęła się i ryknęła z podwójną mocą: ”och moje dziecko, moje dziecko” Taksówkarz ani chybi doznał pełnego stuporu. Spiął się i migiem nad Wisłę ich zabrał odjeżdżając z miejsca aż się kurzyło. Po kilku minutach grzebania ręką i mogą w ziemi między krzakami i słuchania ryków Siostry Matki ojciec się po prostu wkurwił. Wkurwił się tak, że bez słowa zaciągnął Siostrę Matki na most, taksówkę złapał i bez zbędnych ceregieli obiecując zakopanie, położenie wiązanki i ustawienie krzyżyka, odesłał ją do domu. Uczynił jednak przyuważenie, ze nadchodzi milicja, a z milicją przerażony taksówkarz od pełnego stuporu, co ich wiózł, pokazuje miejsce, rozmiary trumienki, puka się palcem po głowie krzyczy „dziecko dziecko” a milicjanci z patrolu miejskiego zaintrygowani opowieścią i pałając chęcią uczynienia wielkiego odkrycia, (co dawało możliwość otrzymania medalu, wyróżnienia a także nadziei na szybsze otrzymanie telefonu w domu), ochoczo zabierają się do przeszukiwania krzaków. Ojciec wiec niewiele myśląc kota z trumny wyciągnął, w krzaki wrzucił, trumienkę połamał, zabawki do na wpół wykopanego dołu wpakował nie troszcząc się o jego zasypanie, a sam uciekł. Był to chyba jedyny raz kiedy Ojciec biegał.
Hahahaha, niezmiennie mnie to bawi.
OdpowiedzUsuńw alternatywnej wersji ojciec za ogon calineczke zdechlego zlapal i w strumienie wisly jebnal. a uciekal rzeczywiscie ze az sie kurzylo za nim. a celineczek byl gone with the wisla.
OdpowiedzUsuńcudna historia!