Nie tak dawno,11 stycznia tego roku, jeden z fanaberyjnych postów głosił (cytując badania i statystyki), że poziom czytelnictwa w Polsce jest coraz niższy. Leci na łeb, na szyję, mówiąc krótko, dosadnie i z iście polskim umiłowaniem do frazeologizmów.Szukano przyczyn w internecie, rozwoju technologicznym, lenistwie. Fanaberium blog, jak zawsze nad wyraz błyskotliwie bredził coś o podsłuchanych rozmowach i przytaczał anegdotki, które niczym literatura parenetyczna, miały pokazywać wzorce zachowań i być wyjaśnieniem zjawisk..Z tym, że raczej nie po to by je opiewać, ale w końcu pareneza też ulega zmianie.Wszystkie te domniemane przyczyny są na wskroś błędne. Bo wyjaśnienie, ujęte w poniższej przypowiastce jest proste.
Jak drut.
Korzystanie z komunikacji publicznej bywa irytujące, jak wiadomo, bo czekanie, bo tłok, bo korek.Jednak komunikacyjna aktywność łączy się także z rzeczą, o której często się zapomina, która jest niedoceniana a doceniana być powinna. Tą rzeczą jest aspekt edukacyjny przebywania w autobusie.Tudzież w tramwaju.I nie chodzi zupełnie o to, że można z apollińskiego tronu (pojedyńczego najlepiej, takiego w pierwszej części przegubowca) obserwować gawiedź.Nie,nie. Chodzi o to, że komunikacja miejska sprzyja wywiązywaniu się dyskusji, często niezwykle pouczających.Można więc podsłuchać jak to babkę na Wielkanoc upiec ("ja to kochana tylko masło, od tej margaryny to wątroba wszystkim wysiada"), można wiedzieć na jakie to Polacy cierpią choroby (na wszystkie) albo dowiedzieć się czegoś na temat kompleksu Edypa u młodych Polek ("ojciec mnie strasznie wkurwia, ale nie umiem mu powiedzieć, żeby spierdalał").
W swojej fanaberyjnej naiwności uważałam, że jak już mi wystarczy tej edukacji, bo to ile można się uczyć, poza tym - co tu dużo mówić- nie wszystkie kursy są dla mnie intelektualnie dostępne ( tu powinien być cytat z rozmowy dwóch chłopców o parametrach nowo zakupionego samochodu rodziców, ale niestety, nic z tego) więc jeśli mi tej edukacji dość to można włożyć słuchawki to uszu, wyciągnąć jakieś papiery i czytać. Lub też udawać, że się czyta. Ta druga opcja pojawiła się wtedy, kiedy się okazało,że komunikacyjni wykładowcy i ode mnie żądają aktywności, partycypacji, wysłuchania i opinii. Bo to od pytania o przystanek okazuje się, że córka z mężem się rozwodzi albo że za komuny było lepiej.
Metro wydawało się bezpieczne. Bo to szybko jedzie,w korku nie stoi, trasa zmienić się nie może(no jak się trasa zmieni to będzie to cud) na dodatek robi hałas i trudno o zagajenie, a łatwo o niezauważenie zagajenia. Przez przypadek.Ale była to zupełnie przedwczesna i naiwna ocena sytuacji. Metro bezpieczne pod tym względem nie jest.
W pewien poniedziałek jak zazwyczaj "Wprost" zostało zakupione, by wkroczyć do wagonu, zasiąść i przez 20 minut przeczytać, o co to Najsztub tym razem pyta.Nie pytał Najsztub, a Machała a pytanym był Aleksander Smolar. Mówił dużo o języku polskiej polityki i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, a także o tym, że program PiS-u to program wyłącznie "historii i zemsty". Niektóre fragmenty były wydrukowane grubą, czarną czcionką więc nie trzeba było się bardzo męczyć, aby czytać mi przez ramię. Bo po chwili stało się jasne, że czytanie przez ramię ma miejsce. Siedziała koło mnie dama, na oko 65- letnia, ubrana cała na - piękny swoją drogą- kolor chabrowy. Chabrowy płaszcz, chabrowa czapka, chabrowy szal.Wszystko chabrowe. Najpierw dyskretnie, potem coraz nachalniej próbowała zwrócić moją uwagę na siebie.
Chciałam bez przeszkód skończyć czytać wywiad. Jednak pukania w ramię, palcem wskazujacym jak obsesyjny dzięcioł, nie mogłam nie poczuć."Książka wyszła" - usłyszałam. " Jaka książka?-mój głos był grzeczny i podszyty strachem, że zaraz nastąpi, co rzeczywiście nastąpiło. "Jak to jaka, o Smoleńsku"- Ach - próbowałam nieumiejętnie zbagatelizować sprawę - teraz tyle tych książek" (A poziom czytelnictwa spada!!)-"Ale ta książka mówi prawdę" . Niestety, stało się. Padło, czego się obawiałam.Padła PRAWDA.
Popłynęła więc rozmowa, w zasadzie monolog przetykany moim bąkaniem i narastającą mieszanką poczucia groteski i irytacji. "Tak, proszę pani, to była bomba tam w tym samolocie, dokładnie taka jak zabiła Papałę. Na takie małe kawałeczki, by się rozbił? O takie małe, niech pani zobaczy, jak pokazuję.To był wybuch. Prezydenta się bali, to go zlikwidowali.Kto? No oni to zrobili, Niemcy, Ruscy, Żydzi i inni,ta władza teraz wrogowie narodu.Niech się Pani nie zaprzecza, to jest wszystko prawda, że chcą nas zniszczyć, Polskę zająć.Nie wierzy Pani?A ile Pani ma lat?Ach, to ty jesteś za młoda, żeby mieć jakiekolwiek opinie. W ogóle nie powinnaś zabierać głosu.Nic nie pamiętasz, PRL-u nie przeżyłaś. Jak będziesz w moim wieku to będziesz wiedziała, co masz myśleć. Pewnie z Uniwersytetu, co?No tak,wy to jesteście lewackie środowisko, ale to młodzi, nic nie wiedzą. A co to jest w ogóle za gazeta?Pewnie "Polityka", co?"Wprost"?Jeszcze gorzej, tam to już sami komuniści."
Pan siedzący na przeciwko zaśmiewał się do łez i bezgłośnie przekazał mi dobrą radę: ZAŁÓŻ SŁUCHAWKI.Pani monologowała jeszcze przez moment, ale była tak niezadowolona z braku zrozumienia, z lekką pogardą rzekła " no, nie widać tu co.."(swoją drogą - co?) odwróciła głowę i zatopiła się w rozmowie z kimś innym.Cała nasza dyskusja, muszę przyznać, była w miarę grzeczna, ale Chabrowa Pani widać nie spodziewała się grzeczności po mnie - takiej lewackiej komunistce z pretensjami do posiadania opinii mimo braku predyspozycji - na moje pożegnanie, wyraziła zdziwienie i zajęła się obgadywaniem mnie z panią zasiadającą po jej prawej stronie. (Pani czytała "Nasz dziennik" więc sądzę, że mogły się dogadać)Może się jednak mylę i wskazywaniem palcem w moim kierunku było po prostu pokazywaniem mojej przepięknej, czerwonej jak radziecki sztandar torebki.
To wszystko prowadzi do konkluzji związanej z poziomem czytelnictwa w Polsce. Otóż on nie spada, ludzie po prostu przestali się przyznawać.Ukrywają się. Czytelnicza konspira. Nie wiadomo, kto patrzy. Bo kto wie, co to może nas spotkać, jak publicznie będzie się czytało "Lolitę"? Hańba i rozpusta.Nabokov to zbok. Bernhard to wariat i hańbi własny naród. Bułkahow to w sumie poganin, Mann, ten smutny, ukryty gej też entuzjazmu nie wzbudzi. Niech wszyscy święci bronią czytać publicznie Czechowa: te trzy siostry co ciągle chciały do Moskwy? No, naprawdę, to już nawet nie wymaga komentarza. Jack Hugo-Bader też ciągle do byłych krajów Sojuzu jeździ. Szczygieł z tymi Czechami też jest podejrzany, w końcu kto normalny interesuje się takim ateistycznym narodem, natomiast Mickiewicza czy Słowackiego to czytać tak po prostu, publicznie nie wypada.Co to to nie. Można tak wymieniać i wymieniać i zawsze na kogoś znajdzie się haka.Wiec może lepiej się ukryć. Zupełnie jak u Bunuela w tej scenie z "Widma wolności". Zamieńmy kategorie.Zamieńmy struktury.
Czasami urok naszej polityczno-społecznej rzeczywistości, nie jest niestety na tyle dyskretny, by można było spokojnie podróżować metrem.A to, mimo że zabawne, staje się po prostu męczące.
sobota, 14 maja 2011
czwartek, 17 marca 2011
O tym, że petitio principii.
Posłankę Beatę Kempę z Prawa i Sprawiedliwości to ja szczerze podziwiam za tak wiele rzeczy, że aż trudno wyliczyć. Za to, że posłanka Kempa ma w sobie te niewyczerpalne pokłady fochów na każdego o każdej sejmowej porze dnia i politycznej nocy.Za to, że posłanka Kempa tak naprawdę zupełnie nie potrzebuje rozmówcy podczas jakiejkolwiek rozmowy, gdyż ona załatwia zarówno pytania, jak i odpowiedzi, opinie, oświadczenia obu stron.Za to w końcu, że posłanka Kempa to naprawdę wie zazwyczaj lepiej. Ale przede wszystkim ujmujący jest w posłance Kempie Beacie talent oratorski. Pewna taka nieznośna lekkość bytowania w wysublimowanych strukturach języka polskiego (niestety nie wiem jak sobie radzi w innych językach) i absolutnie miażdżący dla przeciwnika talent erystyczny. Warto jednak podkreślić, że zazwyczaj lepiej wychodzi jej filipika niż pean, chociażby dlatego, że filipiki mają wielu adresatów a pean zarezerwowany jest zazwyczaj dla jednej. Niech takim delikatnym niedopowiedzeniem zostanie dla kogo.
Jednak najbardziej podziwiam posłankę Kempę, kiedy to wpada w erystyczną ekstazę, używając wszystkich schopenhauerowskich chwytów na raz. Kiedy jej mowa rozwija się, argumenty galopują, aż do eksplozji, która ma się nijak do sprawy jednak przytłacza ją triumfalnym kategorycznym ostatecznie do granic możliwości wyolbrzymionym wnioskiem.
Doskonałym przykładem może być ostatnia wypowiedź posłanki Kempy Beaty dotycząca liberalizacji ustawy antynarkotykowej, przede wszystkim o zgłoszonej przez posła Marka Balickiego poprawce o doprecyzowaniu co oznacza „niewielka ilość” (w szczególności w odniesieniu do marihuany - rocznie ok. 30 tysięcy postępowań karnych w sprawach, gry posiadający miał gram czy dwa tej substancji ).Nowa ustawa między innymi ma dopuszczać posiadanie niewielkiej ilości narkotyku na własny użytek. Posłanka Kempa skomentowała:
„To bardzo szkodliwa ustawa, absurdalny projekt, który służy dilerom, mafii narkotykowej, daje możliwość przerwy w odbywaniu kary - wylicza posłanka - To ustawa niechlujna. Naprawdę jestem nią przerażona. To tak jakby szło się totalnie na rękę dilerom i tym, którzy narkotyki zażywają. Na dobrą sprawę jest to legalizacja narkotyków”
Prześledźmy wywód posłanki K. Ustawa jest szkodliwa, bo służy dilerom. Służy dilerom, bo daje możliwość przerwy w odbywaniu kary. Posłanka jest nią przerażona, bo tak naprawdę to legalizacja narkotyków. Jednym słowem jest to ustawa całkowicie legalizująca narkotyki.
Myślę, że aby dojść do takiej wprawy we wnioskowaniu trzeba poćwiczyć. A więc:
Tsunami i trzęsienia ziemi są niesłychanie szkodliwe. I przerażające. Japonia dotknęło przekoszmarne trzęsienie ziemi właśnie teraz, w 2011 roku w roku ostatniego roku rządów koalicji Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Na dobrą sprawę trzęsienie ziemi w Japonii jest winą Platformy Obywatelskiej.
Czy dobrze?
środa, 16 marca 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.6
Niebezpieczna Przyjaciółka z dawnych lat była postacią o której się w domu nie mówiło. A jak się coś ukrywa wiadomo, że wszystkich korci by wiedzieć. Ojciec z Matką mieli na ten temat różne opinie obie objawiające się w zdaniach współrzędnie złożonych wynikowych.Matka: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat pojechała do Holandii toteż dostała świra.” Ojciec: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat miała nierówno pod sufitem więc pojechała do Holandii.” W tych dwóch zdaniach kryje się cały fenomen myślowy rodziców. Matka wolała zwalić winę na dziwne zachowanie Przyjaciółki mimo antagonizmu i niezrozumienia - na przyczynę inną niż jej psychika. Uszkodzona psychika Przyjaciółki oznaczałaby bowiem, że Matka - sama ostoja adekwatności prosto z podręczników savoir-vivre’u - przez lata obcowała się z osobą chorą psychicznie, a tego Matka by nie zniosła, bo szczyciła się swoja normalnością i spostrzegawczością. Normalni ludzi nie zachowują się tak jak niebezpieczna Przyjaciółka - normalni ludzie zachowuje się tak jak ona sama - oto mniej więcej schemat myślowy Matki. Więc, aby wytłumaczyć sobie to niecodzienne zachowanie, Matka musiała znaleźć przyczynę - tą przyczyna była holenderska Sodoma i Gomora, w której prostytucja jest zalegalizowana i trawka jest palona w większych ilościach niż węgiel w elektrociepłowniach.
Schemat myślowy ojca był zgoła inny. Ojciec zawsze uważał, że matkowe przyjaciółki są nieco niezrównoważone, bo – między Bogiem a prawdą - Matka też nie wydawała mu się (szczególnie z biegiem lat) specjalnie normalna. Nic wiec dziwnego, że niebezpieczna Przyjaciółka miała nierówno pod sufitem. Gdyby nie miała - nie byłaby przyjaciółką Matki. Oczywiście nie mógłby tego powiedzieć głośno. Holandia wydawała mu się idealny miejscem dla kogoś takiego niebardzo tego tam. Bo wieści o holenderskich ślubach gejowskich to było dla Ojca za dużo. Jeszcze para to para choć z obrzydzeniem, konkubinat od biedy, bo w końcu niech się rejestrują, ale ślub? Nie, tego Ojciec nie potrafił zaakceptować. Ani tym bardziej o tym mówić. Bo o takich rzeczach to się nie mówi. Po prostu. Każdy to wie.
Tak czy śmak, mimo odmiennych racji Matka z Ojcem konserwatyści do bólu ukrywali przyczyny niebezpieczeństwa Przyjaciółki migając się od wyjaśnień i robiąc przerażone miny, kiedy wymsknęło im się przypadkiem ostrzeżenie „nie rób tak, bo skończysz jak niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat” czy „nie zachowuj się jak niebezpieczna Przyjaciółka” tudzież mroczny sarkazm „Ty już jesteś prawie taka/taki jak ONA”.
Matka raz do roku wychodziła „na spotkanie”, uprzednio idąc do fryzjera i na manicure, malując się nie tylko szminką (co było objawem podług niej ekstrawaganckim, bo nie lubiła się makijażować, i szła taka elegancka „do miasta” na widzenie z Przyjaciółką przyjeżdżającą do ojczyzny. Jednak parę lat temu Matka złamała sobie nogę. Spotkanie było umówione, a tu klops. Chcąc-niechcąc ( bardziej niechcąc niż chcąc) Matka z Ojcem postanowili zaprosić przyjaciółkę sprzed lat do domu. Na kolację. I - tym bardziej niechcąc niż chcąc- postanowili wyjawić wszystkim jej tajemniczą przeszłość. Motywy wyjawiania nie są specjalnie jasne. Z jednej strony mogło chodzić o zwykłą uczciwości, że niby jak już ta ma przyjść do domu, gdzie parę pokoleń mieszka, to tak jakoś głupio prawdę zatajać.
Głupio i niehonorowo.
Niehonorowo i podstępnie.
Tak jakby cichymi sprzymierzeńcami Przyjaciółki niebezpiecznej sprzed lat byli.
A nie byli.
Zupełnie nie.
Drugi powód był nieco mniej szlachetny. Otóż Matka z Ojcem, każde na swój sposób, bało się dwóch rzeczy. Że ktoś popełni przy owej kolacji tak zwanego faux pasa i zada pytanie niedelikatne i niestosowne. Krótko mówiąc walnie jak kulą w plot. Z czego wynika rzecz druga. Jeśli walnie jak kulą w płot, to się Przyjaciółka zorientuje, że nikt nic nie wie i Bóg raczy wiedzieć jak zareaguje. Pół biedy jak się obrazi, ale jeszcze - nie daj Boże - będzie chciała wyjaśniać, prostować, zagajać - a z tego mogą być kłopoty.
O tym się nie mówi. Po prostu.
Więc Matka z Ojcem postanowili uprzedzić taki rozwój wypadków. Może doprawdy lepiej by było, gdyby nie uprzedzali. Tak czy owak Matka z Ojcem rzekli, że oto nadchodzi persona nie to, że non grata, ale nieco nonszalancka.
Nieco egzaltowana. Nieco zwariowana.
Z która to przed laty Matka w przyjaźni była. W prawdziwej przyjaźni. Czystej i pięknej, bo przyjaźń jest ważna.I nadal jest. Bo prawdziwy przyjaciel to skarb. Więc..hmm….tak.
Więc przyjdzie persona, która rożne rzeczy robiła w życiu, różne doświadczenia miała, ale nie trzeba się dziwić, bo to niekulturalnie. Pytań nie zadawać, bo wypytywać nie wypada . Potakiwać.
Nie zdenerwować.
Po herbacie i wyborze ciast szybko iść do swoich sypialni. Wszyscy. Siusiu paciorek i spaś. Doprawdy nic nie mogło wzniecić ogólnego zaciekawienia niż te cedzone z męka przez Matkę i ze zniechęceniem przez Ojca wyjaśnienia i rozkazy. Wszystkie pytania doprecyzujące przeszły bez odpowiedzi. Pozostało tylko czekać, aż persona zawita i cokolwiek się wyjaśni.
Nadeszła chwila puknięcia do drzwi, dzwonka, rejwachu.
Nadeszło dziwum.
poniedziałek, 7 marca 2011
O tym, że uważam.
"Fałszywa polędwica" to kolejny świetny tekst Mariusza Szczygła w którym tym razem przybliżona zostaje sylwetka najwybitniejszego Czecha wszechczasów Jary Cimrmana.Wynalazł rzeczy tak wiele, że ludzkie ucho nie słyszało, ludzkie oko nie widziało. Czesi z niego są dumni i bladzi co powoduje, że chcą go wybierać w konkursie na najwybitniejszego rodaka.
Jednym z dokonań Jary jest wynalezienie rymu absolutnego. Rym absolutny objawia się przez powtórzenie słowa ( co działa znakomicie nie tylko na melodię, ale na wymowę dzieła) jak w cytowanym przez Mariusza Szczygła fragmencie Cimrmanowej opery:
"Kochałem dziewczę piękne/ Oczy miała bardzo piękne/ Włosy miała bardzo jasne/ Co dla ludzi było jasne/ Kiedy rano się obudziła/ Wtedy się już obudziła."
Drugim, wartym odnotowania wynalazkiem Jary jest niesłychanie mnie urzekająca idea zdjęcia, na którym absolutnie nic nie widać.
Wszystko to zostało przeczytane przy okazji czekania z niecierpliwością na pojawienie się nowego tygodnika "Uważam, RZE.Inaczej pisane". Tygodnik był wielce tajemniczy, co było marketingowym sukcesem, biorąc pod uwagę to, że w kilku kioskach nieopodal w ogóle magazyn się nie pojawił, a w niektórych pojawił się w egzemplarzach 10, od razu wykupionych. Marketingowy sukces jest w tym, że gawiedź przychodziła, by kupić.Jak nie było to szukała dalej i nabierała ciekawości.Mówiła innym.Inni tez nabierali ciekawości. Albo przynajmniej zwracali baczniejszą uwagę.I kupowali, jeśli nadarzyła się okazja. Jak pisząca te słowa.Oddając cesarzowi co cesarskie muszę przyznać, że termin "marketingowy sukces" nie był terminem ukutym w tym przypadku przeze mnie. Był ukuty przez właścicielkę kiosku, niesłychanie, zdaje się, poirytowaną faktem, że ciągle musi mówić "NIE MA".Może jej to przypomniało jakieś inne czasy.
Jednak w końcu się udało. Tygodnik w trzecim tygodniu od początku ukazywania się leżał już grzecznie na półce, można było wydać 1,90 (cena promocyjna) i w końcu zasiąść do lektury. "Uważam, RZE" jest wydawany przez Presspublicę (spółki wydającej również "Rzeczpospolitą"; w 49% należącą do Skarbu Państwa).Redaktorem naczelnym jest Paweł Lisicki ( naczelny "Rzeczpospolitej").
Strona tytułowa nie wzbudziła mojego entuzjazmu.(Jednak po okładce jeszcze nie oceniajmy).
Biało-czerwono-czarny rysunek pokazujący postać starszego mężczyzny w płaszczu postawionym niczym u Szpiega z Krainy Deszczowców w kreskówce o Baltazarze Gąbce, a za nim wrak. Samolotu. Tutuł, ku zaskoczeniu brzmiał "Szpieg w Smoleńsku". Tekst zajmował strony od 8 do 12, a domniemanym szpiegiem okazał się ambasador tytularny w Moskwie, który był współpracownikiem wywiadu PRL o kryptonimie "Orsom".Było on jedną z osób przygotowujących wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. I na tym koniec sprawy wizyty.Wszystko wielce tajemnicze, podejrzane i podłe.Być może prawdziwe. Ale czy na pewno tekst w 90 % poświęcony tajnemu współpracownikowi wywiadu PRL trzeba koniecznie łączyć z katastrofą 10 kwietnia? I czy na pewno trzeba ten tekst ozdobić zdjęciem Jarosława Kaczyńskiego i brata Marii Kaczyńskiej z chwili kiedy przyjechali na miejsce katastrofy.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Idźmy jednak dalej.Od strony 13 do 15 mamy wywiad braci Karnowskich z Pawłem Kowalem w którym możemy przeczytać błyskotliwą odpowiedź na jakże merytoryczne do posła PJN pytanie "dlaczego zgiął Lech Kaczyński i 95 innych osób?", która brzmi "Czasem myślę, że może Pan Bóg miał coś do powiedzenia narodowi polskiemu". Kolejne pytanie brzmi: " Jak po Smoleńsku się jednać? Czołówka jednej ze stron nie żyje, a druga po tej tragedii przejęła wszystko".
Odpowiedzi już nie przytoczę, bo zastanawia mnie czy użycie wyrażenia "przejąć wszystko" w odniesieniu do demokratycznie przeprowadzonych wyborów jest na pewno adekwatne czy to po prostu zwykła głupota.
Warty opisu jest także obrazek satyryczny, który widnieje na stronie 5. Zdjęcie Angeli Merkel i Donalda Tuska ze szczytu Grupy Wyszehradzkiej jest skomentowane prze dorysowaną postać Władimira Putina "Przecież ustaliliśmy wszystko na próbach, a oni się nadal gubią.Ech, wystarczy im dać trochę swobody..."
Tekst poświęcony kontaktom Niemiec i Polski w osobach Angeli Merkel i Donalda Tuska zatytułowany "Ciche dni Angeli i Donalda" zawiera interesujące spostrzeżenia, nie tylko te w których delikatnie sugeruje się uległość Polski wobec Niemiec. Jednak fakt nazywania niemieckiej kanclerz Miss Europy powoduje, że w końcu czym prędzej gazetę chce się zamknąć.
Wzrok jeszcze pada na wywiad z Antonim Dudkiem "Platforma skazana na Tuska" w którym to zdjęcie Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka jest podpisane ciętym jak brzytwa, uzasadnionym w tekście chyba tylko znakami interpunkcyjnymi, bo nie merytoryką i faktami komentarzem "Tusk całkowicie kontroluje Pawlaka. Ale robi to w taki sposób, że Pawlak nie ma poczucia, że jest kontrolowany".
Tygodnik "Uważam RZE. Inaczej pisane" był reklamowany jako "nowe, uczciwe spojrzenie na polskie sprawy". Jak pisze redaktor Rafał A. Ziemkiewicz we wstępniaku miał być inaczej pisany "to znaczy przede wszystkim inaczej niż wszyscy inni" i "tworzymy nowy tygodnik, aby mieć nieco więcej oddechu,nieco więcej dystansu i refleksji".
Otóż zupełnie nie. To zostało jak na razie niezrealizowane. Nadzieja na to, że pojawi się nowy interesujący tygodnik, wypełniony treścią, a nie manipulatorskim bełkotem była niewielka już po ogłoszeniu kto w tym tygodniku będzie publikował teksty (między innymi redaktorzy: Semka, Ziemkiewicz, Karnowscy, Janke). Jakaś jednak była. W końcu mogę się często nie zgadzać, mogę mieć inny pogląd, ale i tak będę czytać.Trzeba wiedzieć, co się krytykuje. A inny punkt widzenia jest zawsze konieczny, wskazany i często interesujący. Postawmy na pluralizm medialny, tak - jak najbardziej.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Widać w tym wszystkim jakąś inspirację Jarą Cimrmanem, która byłaby chwalebna, bo w końcu Jara Cimrman to postać całkowicie fikcyjna i na tym polega cała zabawa, ale w sytuacji pełnej sieriozności "Uważam, RZE" jest całkowicie smutna. Zainspirowanie się wymyślonym czeskim wynalazcą widoczne jest w opisywaniu tego samego przez to samo, szukanie rymu absolutnego przez nieustanne powtarzanie tych samych rymów i publikowanie obrazów na których absolutnie nic nie widać.
Bo znowu Smoleńsk, szpieg i tajni agenci.Bo znowu kondominium, uległość i zagrożenie.
Bo znowu spisek, honor i krew i ojczyzna wzywa.
Och, och, bardzo, bardzo nowe, prawda?
Naprawdę pełne dystansu.
Jakiż wydech.
"Uważam RZE.Inaczej pisane" jest pisane dokładnie tak samo jak było pisane wiele rzeczy wcześniej.W "Gazecie Polskiej" na przykład. Tylko nieco obszerniej, może nieco mniej agresywnie, lepiej językowo, trochę subtelniej.I w wymieszaniu z interesującymi działami jak "życie i nauka" (tekst o Majach
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
Jednak pisane z tą samą pozytywistyczną tendencyjnością.
Jednostronnością.
Niechęcią.
I, przede wszystkim - czego żal najbardziej- zapatrzeniem w przeszłość, brakiem zajmowania się faktami, manipulacją.Dyskretnym podważaniem i poddawaniem w wątpliwość reguł demokracji, niestosowanie ich lub stosowanie ich wybiórczo.
I dlatego wydawanie takiego tygodnika jest błędem.
A biorąc pod uwagę ten pseudowyrafinowany tytuł - błędem nie tylko ortograficznym.
PS.Link do tekstu Mariusza Szczygła tutaj.
Przyjemnej lektury.
niedziela, 13 lutego 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.5
Dla Dawida
(30 stycznia 2005 roku)
(30 stycznia 2005 roku)
Ojca biegnącego można było zapamiętać jeszcze w jednej sytuacji: kiedy to ratował siostrzeńcowi żony życie. Siostrzeniec żony - czyli inaczej dla młodszego pokolenia Brat Cioteczny - miał wtedy jakieś 8-9 lat, był chudy jak szczapa i kolegował się tylko z dziewczynkami. W okresie dojrzewania jego fascynacja kobiecymi ciuszkami, szminkami make-upami, a nade wszystko - pończochami, przeraziła Siostrę Matki, Matkę i resztę rodziny do tego stopnia, że postanowili oddać go do męskiej szkoły z internatem - co nie tylko nie zmieniło jego fascynacji, ale dało nieograniczone możliwości współżycia seksualnego i ugruntowało jego homoseksualizm na dobrych parę lat, dopóki nie odkrył heteroseksualnej strony swej natury objawionej w pewnej filigranowej brunetce, która zostawiła go po dwóch latach szczęścia z dwójką swoich (i Pan Bóg raczy wiedzieć czyich jeszcze) dzieci, a sama uciekła z kochankiem do Australii. Zanim jeszcze do tego doszło Brat Cioteczny grał w gumę z koleżankami z ulicy. Był jedynym chłopcem pośród całej gromadki i bardzo dobrze z tym się czuł. Na ulicy przy której stał dom rodzinny i na której grali w gumę, zamieszkiwał ktoś, kto jest ważką postacią tej opowieści i kto już podówczas wszystkich fascynował. A był to niejaki Jamal O’Brien - ani chybi Murzyn. Pod koniec lat 80-tych w Polsce czarnego człowieka nieczęsto się widziało, a tu taka gratka na ulicy obok zamieszkuje. To wzbudzało sensację. Afroamerykanin Jamal był studentem miłym i uprzejmym na zaczepki nie reagował, a z dzieciakami szybko się zaprzyjaźnił, bo nie krzyczał za wybite kasztanami szyby (widać niegłupi był i szybko zrozumiał ze chodzi im tylko o wywabienie jego głowy z wnętrza pokoju - jak z magicznego pudelka - okazanie olśniewająco białych zębisk i okrzyku „what’s the fuck”. Kiedy zaprzestał wynurzania się, dzieciaki - znudzone niepowodzeniem - przestały rzucać kasztanem) wiec został zaakceptowany. Raczej później niż wcześniej, ale bądź co bądź wtopił się w obraz ulicy.
Dzień kiedy Brat Cioteczny grał w gumę obfitował w jeszcze jedna ważną scenę. Zebrana przed telewizorem rodzina dyskutując nad różnymi sprawami tego świata, zeszła na temat niezbyt popularny i w zasadzie nieczęsto poruszany, a z braku informacji wzięty z półki since fiction. Tym tematem była choroba i to nie byle jaka. Było to Aids. Coś każdy piąte przez dziesiąte słyszał: że to atakuje, ale nie wiadomo co, że przenosi się przez sexy - jak mówiła Babka, nie przez sexy tylko przez prezerwatywę - jak twierdził Dziadek Drugi, nie przez prezerwatywy tylko bez prezerwatywy – „wujku źle usłyszałeś!” - krzyczała Siostra Matki, „ty już o prezerwatywach nie myśl” ripostowała Babka Pierwsza. Matka próbowała wyjawić tajemnicę pochodzenia Aids, ale nikt jej nie słuchał, bo trwała zacięta dyskusja nad rasistowskim stwierdzeniem Ojca, któremu przerwano koszmarną wypowiedź o czarnuchach, co chorobę przenoszą. W końcu stanęło na tym, że choroba idzie z Afryki od małp i murzynów, co spotkało się z przeciwem bardziej oświeconej części rodziny, ale dalszej części już dzieciaki nie usłyszały, bo zostały brutalnie wyproszone z domu by świeżego powietrza się nałykać - jak twierdziła Babka. Grali więc w gumę i wszystko było w porządeczku, dopóki nie przyszedł Murzyn z sąsiedztwa. Murzyn z sąsiedztwa - nazwany rzecz jasna Bambo, bo jakżeby inaczej - szedł ulicą zaczytany, Ciotecznego Brata nie zauważył i wpadł na niego, a ten wylądował z hukiem na bruku. Murzyn z sąsiedztwa pomógł mu wstać, pogładził go po głowie, zapytał się czy okej, potem jeszcze raz go pogładził po buzi, dał mu gumę do żucia i sobie poszedł. A w duszy Ciotecznego Brata coś zakiełkowało. Coś na kształt niepokoju. Proces myślowy przebiegał następująco: skoro Bambo jest czarny, skoro czarni pochodzą z Afryki, skoro z Afryki idzie zaraza o której cała rodzina rozprawiała, skoro zaraza przechodzi przez dotyk jak twierdził Mąż Siostry Matki - to on w rzeczy samej już jest trupem. Mąż Siostry Matki powiedział dokładnie że można się zarazić przez „dotyk - rozumiecie, co mam na myśli”, ale Cioteczny ośmioletni Brat uważał, ze wie co Mąż Siostry Matki ma na myśli. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest umierający. Że koniec z nim. Koniec z nim, z graniem w gumę z podbieraniem szminek i zakładaniem pończoch, koniec ze zbieraniem nalepek z Limahlem i z Whitney Houston dla dziewczyn, żeby w zamian za to pozwoliły mu się ubrać w sukienkę, koniec z jedzeniem krówek, które były zakazane, bo wchodziły w zęby i robiły dziury. Koniec ze szkołą, której nagle zrobiło mu się trochę żal i koniec z prezentami pod choinkę, które przynosił świetnie przebrany za Mikołaja i uszminkowany Dziadek. Podzielił się tym strasznym odkryciem ze wszystkimi gumograczami, a ci nabożnie podzielili jego strach. Nie pozostało nic innego jak powiadomić rodziców o rychlej śmierci ich syna. Jednak postanowił podjąć jeszcze jedna próbę wyplenienia z siebie świństwa. Pomysł poddała mu jedna z gumograczek, ta Mała Z Lokami, co jej ojciec był właścicielem pobliskiej restauracji „Haneczka”, w której to ostatnio zainstalowali wielkie machiny - zmywarki do naczyń. W takiej oto zmywarce postanowił się Cioteczny Brat wyparzyć - bo wiadomo było nie od dziś, że wszystko co wyparzone, było czyste, tak zawsze mówiła Babka Pierwsza. Niewiele myśląc cala zgraja - prócz protestującej Małej Z Lokami, która twierdziła, że wyparzenie będzie bolesne i niebezpieczne (bo pamiętała własne poparzenie ukropem i przestrogi - swej matki, że wrzątku trzeba unikać) - wkradała się do „Haneczki” by przygotować kąpiel. Kłótnia między dzieciakami trwała dość długo, bo jedni byli za tym by Brat Cioteczny się wykąpał, bo lepiej się trochę poparzyć, ale zarazę wyplenić. Drudzy zaś byli za tym by ta niewidoczną – a jak niewidoczna to może nieistniejącą - zarazę zostawić i nie cierpieć poprzez poparzenia.. Jeszcze inni mieli teorię, że zmywarka jest niebezpieczna, bo choć wypleni zarazę, to można się w niej utopić jak się nie umie pływać, w końcu tam jest woda. Prawda jest oczywiście taka ze kąpiel w 300 stopniach nie tylko świetnie wypleniłaby z Ciotecznego Brata domniemany brud idący z Afryki, ale wywabiłaby cala skórę i większość wnętrzności. Powiadomiony przez zapłakaną Małą Z Loczkami od tym Ojciec, biegł drugi raz w życiu, by Ciotecznego Brata ocalić, co mu się udało w ostatniej chwili: kiedy ten już rozebrany do naga podnosił nogę, by usytuować ją w ukropie.
sobota, 12 lutego 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.4
Rewanż odbył się z zaskoczenia i był dowodem dla Matki, że jednak „istnieje sprawiedliwość na tym świecie”. Kto widział weterynarza bez kota? Bo kotów bez weterynarza to u nas jest dużo, jednak weterynarz bez kota może być rozpatrywany tylko w teorii, szczególnie jeśli weterynarz jest kobietą. Jednym słowem nasza Ciotka czyli Siostra weterynarz też z biegiem lat weszła w posiadanie kota. Rasowego. Rosyjskiego niebieskiego. Śliczny, gładki, czysty i schludny. Siostra kochała kota bardzo i nazwała go Calineczka - co było najgłupszym pomysłem od momentu kiedy pradziadek, który z utęsknieniem wypatrywał syna a urodziła mu się siódma córka, wmawiał we wsi wszystkim przez trzy lata, że to jednak chłopak i dziedzic kwitnącej gospodarki. Ale wyszła prawda to na jaw, kiedy mała Franka sikała za stodołą w kucki. Sąsiad podejrzał, pomyślał, że to diabeł wcielony – bo teraz to każdy chłop na wsi może być powiadomion, że sikanie męskie w kucki to albo transwestycja albo fanaberia à la mode. Jednak wtedy sąsiad powiadomion nie był i pobiegł do księdza, żeby egzorcyzmy odprawił i chłopca na dobrą, normalną drogę sikania nawrócił. Ciotka nie musiała niczego przed nikim udawać, bo fakt ze Calineczka jest jednak Calineczkiem wyszedł na jaw szybko. W końcu Ciotka weterynarz. Imię jednak zostało. Rosyjski niebieski Calineczka miał w domu prawa jakich nie miałby nawet jedyny i niedoszły syn pradziadka. Mógł robić, co chciał i gdzie chciał. Mógł drapać i syczeć, mógł kłaki roznosić, mógł wreszcie ze złośliwości iście z carskich szpicli odziedziczonej, sikać gościom na nogi. Siostra Matki trwała w przeświadczeniu, iż tak pięknego kota kastrować nie można. Bo jeszcze weźmie i utyje. Wiec carski niebieski rosyjski Calineczka, jak sikał - a sikał często i ochoczo - rozsiewał zapach jak każdy niewykastrowany kot, tak potworny, iż nikt przy zdrowym węchu nie mógł wytrzymać. Może stąd – swoja droga - przypadłość męża Siostry Matki posiadającego chroniczny katar, krzywa przegrodę nosowa (której nie chciał zoperować) i był absolutnie węchu pozbawiony.
Calineczka jednak zdechł. Zdechł , męża z krzywą przegrodą wtedy w kraju nie było, bo bawił na saksach w enerde, skąd przywoził rajstopy i buciki dla rodzinnych kilkulatków, a nikt innym prócz jego i Ojca nie mógł się zająć zdechlakiem. Siostra matki zadzwoniła z płaczem graniczącym z histerią, że „dziecko nie żyje” - bo Ciotka o Calineczce per dziecko mówiła. Dziecko nie żyje i ryk. Tyle wypłakała. Matka - mimo ze dokładnie wiedziała, że Siostra podówczas dziecka ludzkiego nie miała - zdenerwowała się nie na żarty, ale w końcu wydobyła od niej informacje ze chodzi o Calineczkę i, że kopnął on był w kalendarz. I już w tym monecie była zadowolona ze sprawiedliwości losu. Jednak to, co się zdarzyło później przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
Siostra Matki w spazmach przyjechała do domu, na rękach niosła Calineczkę kompletnie zdechłego . Matka jak to Matka, z odrazą na ścierwo się patrząca zupełnie nie przypadła Siostrze do gustu więc pierwsza awantura poszła szybko jak z bicza strzelił. Natomiast Ojciec jak to Ojciec wyrwany od klawiatury pianina mający jeszcze w uchu dźwięki walca h-moll, wykonał polecenie Matki wypowiedziane przez zęby i uległ błaganiom Ciotki o pomoc, byleby tylko mieć spokój przenajświętszy w tonacji h. Swoją drogą dla ojca nie było decyzji, którą mógłby podjąć sam. Po prostu taka decyzja nie istniała. Z kolei dla Matki nie istniała decyzja, która mogłaby być przez nią nie podjęta. Uzupełniali się znakomicie. Co do decyzji Matki i swej uległości, Ojciec tym razem był nieprzekonany, wręcz wyrzucał sobie brak buntu. Jednak bunt oznaczał zwiększenie histerii Siostry Matki, a to jawiło się jako koszmar więc Ojciec uległ. Uległ, co nie znaczy, że nie widział rosnących niedogodności.
Siostra Matki zażądała mianowicie trumny dla Calineczki. Rozkaz histeryczki o wyraźnie rozmazanym makijażu, z trupem kota na rekach i mamrotaniem „dziecko, moje dziecko” na ustach był dla ojca może niewygodny, ale nie był takim głupcem, aby się sprzeciwiać. Co to to nie. Życie mu jeszcze mile było, a walc h moll nie do końca rozczytany. Poza tym ojciec zawsze należał do psotników zza winkla, lubił sobie poobserwować faux pasy gawiedzi robiącej z siebie durniów. Miał niejasne przeczucie, że tym razem on sam będzie ową gawiedzią i jakieś niejasne cytaty o śmiechu z samego siebie błąkały mu się po głowie, ale został brutalnie wyrwany z gierki literackiej więc chcąc-niechcąc udał się do ciemnej komórki. Wygrzebał tam siekierę, dłuto i młotek i z paru desek jakiejś pozostałości po krześle i stole niefortunną trumienkę zbił. Niestety pomyliłby się ten, który sądził, że Siostra Matki na tym poprzestanie. Siostra Matki taksówkę zawezwała, Calineczkę do trumny włożyła, jego zabaweczki w plastikowej torbie z domu przywiezione do ręki wzięła, Ojca pogoniła obwieszczając mu przy wsiadaniu do auta, że nad Wisłę w celu pogrzebowym jadą. Ojciec zachodził w głowę, czemu Calineczka nie może być pochowany w ogródku, doszedł jednak do wniosku, że nie chciałby widzieć miny swojej żony, kiedy dla ścierwa kota ryje szpadlem dół między lawendową grządką, szklarnią pomidorową a ogródkiem skalnym. Pojechali więc nad Wisłę. Siostra Matki w taksówce znowu się rozkleiła płacząc „dziecko….. moje dziecko….” zabaweczki kota oglądała, wszystkie grzechotki, piszczałki i pluszaki głaskała. Ojciec siedział niewzruszony z trumną na kolanach zastanawiając się czym wykopie ten dół, bo zapomniał szpadla. Jednak w pewnej chwili zauważył, że taksówkarz, co i raz zerka w lusterko, z coraz to większym niepokojem patrzy się na trumienkę, na zabawki, na spazmująca Siostrę Matki. Ojciec się zaniepokoił. Żeby załagodzić sytuację tonem informacyjno-poufno uspokajającym zwrócił się do kierowcy: ”kot nam zdechł”. Ale w tym momencie Siostra Matki słysząc te jakże tragiczne słowa zachłysnęła się i ryknęła z podwójną mocą: ”och moje dziecko, moje dziecko” Taksówkarz ani chybi doznał pełnego stuporu. Spiął się i migiem nad Wisłę ich zabrał odjeżdżając z miejsca aż się kurzyło. Po kilku minutach grzebania ręką i mogą w ziemi między krzakami i słuchania ryków Siostry Matki ojciec się po prostu wkurwił. Wkurwił się tak, że bez słowa zaciągnął Siostrę Matki na most, taksówkę złapał i bez zbędnych ceregieli obiecując zakopanie, położenie wiązanki i ustawienie krzyżyka, odesłał ją do domu. Uczynił jednak przyuważenie, ze nadchodzi milicja, a z milicją przerażony taksówkarz od pełnego stuporu, co ich wiózł, pokazuje miejsce, rozmiary trumienki, puka się palcem po głowie krzyczy „dziecko dziecko” a milicjanci z patrolu miejskiego zaintrygowani opowieścią i pałając chęcią uczynienia wielkiego odkrycia, (co dawało możliwość otrzymania medalu, wyróżnienia a także nadziei na szybsze otrzymanie telefonu w domu), ochoczo zabierają się do przeszukiwania krzaków. Ojciec wiec niewiele myśląc kota z trumny wyciągnął, w krzaki wrzucił, trumienkę połamał, zabawki do na wpół wykopanego dołu wpakował nie troszcząc się o jego zasypanie, a sam uciekł. Był to chyba jedyny raz kiedy Ojciec biegał.
czwartek, 3 lutego 2011
O tym, że niespodziewanie nawiązuję do Olivera Stone'a.
Ze względu na położenie bloku, usytuowanie chodnika, wyjścia/wejścia trajektorie naszych lotów często się przecinały.Konfiguracja była zazwyczaj podobna. Ja wracałam spokojnie do domu, on wypadał na spacer.Nie mogliśmy się widzieć, bo zazwyczaj wejście/wyjście było zasłonięte krzewami.Tak więc wpadaliśmy na siebie niespodziewanie, bez przygotowania i bez szczególnej radości.U mnie objawiało się to drżeniem kolan i zamianą w słup soli, u niego ślinotokiem, wyszczerzonymi zębiskami oraz koszmarnym ujadaniem. Byłam wdzięcznym obiektem do obszczekania, bo strach emanował ze mnie jak promieniowanie z ziemi czarnobylskiej więc łatwo było ze mną wygrać. On z kolei był doskonałą wymówką dla mojej wrodzonej niechęci do większości, aczkolwiek nie wszystkich, psów.Gdy się nie przepada za psami i wyrazi to głośno ludzie uważają cię za nieczułego potwora.Bo przecież pieski są takie sweet.Lepiej nie lubić dziecka to powoduje tylko skojarzenie z ekstrawagancją, niedojrzałością i egoizmem. Natomiast nielubienie więcej niż jednego zwierzęcego gatunku, w szczególności piesków, powoduje, że stajesz się - co tu dużo mówić- natural born killer w porównaniu do wrażliwców dostrzegających człowieka w psie.
Jednak nie miało to nic wspólnego z nagłym zniknięciem wyżej wymienionego.Podobno "stary już był", jak usłyszałam.
Niech mu ziemia lekką będzie, biedaczyna.
Już żadnego rzucania się nagłego na mnie (w ramach oczywiście przeuroczej zabawy, jak mi tłumaczono), żadnego skowytu i żadnych fekaliów pod blokiem.
Moja ulga była jednak całkowicie przedwczesna.
Właściciel bowiem otarł łezki po stracie i zakupił był nic innego jak rottweilera. Dla tych wszystkich, którzy wiedzą coś na temat psów, moje wyjaśnienie co to rottweiler będzie i tak niepotrzebne. Dla reszty wystarczy napisać, że to czworonożny, agresywny koszmar, który może cię zjeść do ostatniej kosteczki jak zjedzono bohatera "Pachnidła".Tylko tego to zjedzono z miłości. Rottweiler zje, bo to w sumie dobra rozrywka.
I tak to właśnie pewnego pięknego wieczora już, już prawie byłam na swoim piętrze kiedy zobaczyłam, na półpiętrze nade mną, damę. Dama zapewne miała wyplakatowany choć jeden pokój zdjęciami Beaty Tyszkiewicz, bo tak właśnie była ustylizowana.Blond lok, czerwień ust, czerń i apaszka..Brakowało papierosa, w fifce najlepiej.Ważyła owa dama jakieś 42 w porywach do 43 kilogramów i dzierżyła w dłoni trzy smycze.Na końcu każdej z nich dyndał rottweiler.Mojego przyjaciela najlepszego to ja rozpoznałam natychmiast.Pozostałe dwa były po prostu jak kiepski żart.Półpiętro jest małe więc nie miałam za bardzo gdzie się schować. Echo narastającego pomruku wydobywającego się z rottweilerowskich trzewi i błysk kłów powodowały chęć natychmiastowego zniknięcia.Przykleiłam się do ściany i udawałam, że mnie nie ma.Dama jednak wydała z siebie głos: "Proszę się nie obawiać kolację już jedliśmy".
Nie wszczęłam awanturki, nie padłam ze śmiechu.Po prostu nie oddychałam przez kolejną minutę (dopóki nie usłyszałam trzasku zamykających się na dole drzwi) w obawie, ze jednak mają ochotę na deserek.
Pierwszą rzeczą jaka się stała po moim kolejnym wyjściu z domu było wejście w pozostałości owej kolacji.
Na Bemowie na wiosnę tego roku ruszyła akcja "Liczy się kupa". W tekście na gazeta.pl opisującym inwencję czytamy:
"W końcu władze dzielnicy sięgnęły po metodę ostateczną: "Masz zbierać kupy i masz to udowodnić". O co chodzi? O to, że każdy właściciel psa został zobowiązany do skrupulatnego zbierania odchodów swojego pupila i przekazywania ich w specjalnie utworzonych punktach zwanych Punktami s-kupu, tyle że zamiast pieniędzy za zdane kupy właściciel psa otrzyma podpis i pieczątkę w specjalnej Książeczce Czystości. Jeśli okaże się, że właściciel psa odda mniej psich odchodów niż jest zobowiązany, poniesie kary finansowe."
Niestety tekst ukazał się 1 kwietnia co, z perspektywy czasu, redukuje poziom śmieszności i absurdu.
Jednak coś w tym jest.
Więc, mój drogi właścicielu psa, jeśli mieszkasz w mieście, w bloku i wychodzisz ze swoim ulubieńcem na spacer trzymaj go,do diabła, mocno na smyczy.
I w kagańcu.
Reaguj, jeśli wygląda na to, że się chce bawić swoimi kłami w mojej szyi.
Nie zostawiaj biedaczyny na całe dnie samego w domu by wył do nieprzytomności.
Sprzątaj jego kupy.
Jeśli nie interesuje cię, że to ohydne, nieestetyczne i brudzi to może zainteresuje cie fakt, że takie pozostałości mogą być też niezdrowe dla twojego przecudnego pieska.Co to nosem w to zaryje i zarazi się tym czy tamtym.
Jeśli to też cię nie interesuje to widzę w tym szansę.
Skoro nie obchodzi cię nawet dobro twojego własnego zwierzęcia, które jest dowodem na twoją wrażliwość i dobroć zostań natural born killer.
Będzie dla wszystkich lepiej.
Jednak nie miało to nic wspólnego z nagłym zniknięciem wyżej wymienionego.Podobno "stary już był", jak usłyszałam.
Niech mu ziemia lekką będzie, biedaczyna.
Już żadnego rzucania się nagłego na mnie (w ramach oczywiście przeuroczej zabawy, jak mi tłumaczono), żadnego skowytu i żadnych fekaliów pod blokiem.
Moja ulga była jednak całkowicie przedwczesna.
Właściciel bowiem otarł łezki po stracie i zakupił był nic innego jak rottweilera. Dla tych wszystkich, którzy wiedzą coś na temat psów, moje wyjaśnienie co to rottweiler będzie i tak niepotrzebne. Dla reszty wystarczy napisać, że to czworonożny, agresywny koszmar, który może cię zjeść do ostatniej kosteczki jak zjedzono bohatera "Pachnidła".Tylko tego to zjedzono z miłości. Rottweiler zje, bo to w sumie dobra rozrywka.
I tak to właśnie pewnego pięknego wieczora już, już prawie byłam na swoim piętrze kiedy zobaczyłam, na półpiętrze nade mną, damę. Dama zapewne miała wyplakatowany choć jeden pokój zdjęciami Beaty Tyszkiewicz, bo tak właśnie była ustylizowana.Blond lok, czerwień ust, czerń i apaszka..Brakowało papierosa, w fifce najlepiej.Ważyła owa dama jakieś 42 w porywach do 43 kilogramów i dzierżyła w dłoni trzy smycze.Na końcu każdej z nich dyndał rottweiler.Mojego przyjaciela najlepszego to ja rozpoznałam natychmiast.Pozostałe dwa były po prostu jak kiepski żart.Półpiętro jest małe więc nie miałam za bardzo gdzie się schować. Echo narastającego pomruku wydobywającego się z rottweilerowskich trzewi i błysk kłów powodowały chęć natychmiastowego zniknięcia.Przykleiłam się do ściany i udawałam, że mnie nie ma.Dama jednak wydała z siebie głos: "Proszę się nie obawiać kolację już jedliśmy".
Nie wszczęłam awanturki, nie padłam ze śmiechu.Po prostu nie oddychałam przez kolejną minutę (dopóki nie usłyszałam trzasku zamykających się na dole drzwi) w obawie, ze jednak mają ochotę na deserek.
Pierwszą rzeczą jaka się stała po moim kolejnym wyjściu z domu było wejście w pozostałości owej kolacji.
Na Bemowie na wiosnę tego roku ruszyła akcja "Liczy się kupa". W tekście na gazeta.pl opisującym inwencję czytamy:
"W końcu władze dzielnicy sięgnęły po metodę ostateczną: "Masz zbierać kupy i masz to udowodnić". O co chodzi? O to, że każdy właściciel psa został zobowiązany do skrupulatnego zbierania odchodów swojego pupila i przekazywania ich w specjalnie utworzonych punktach zwanych Punktami s-kupu, tyle że zamiast pieniędzy za zdane kupy właściciel psa otrzyma podpis i pieczątkę w specjalnej Książeczce Czystości. Jeśli okaże się, że właściciel psa odda mniej psich odchodów niż jest zobowiązany, poniesie kary finansowe."
Niestety tekst ukazał się 1 kwietnia co, z perspektywy czasu, redukuje poziom śmieszności i absurdu.
Jednak coś w tym jest.
Więc, mój drogi właścicielu psa, jeśli mieszkasz w mieście, w bloku i wychodzisz ze swoim ulubieńcem na spacer trzymaj go,do diabła, mocno na smyczy.
I w kagańcu.
Reaguj, jeśli wygląda na to, że się chce bawić swoimi kłami w mojej szyi.
Nie zostawiaj biedaczyny na całe dnie samego w domu by wył do nieprzytomności.
Sprzątaj jego kupy.
Jeśli nie interesuje cię, że to ohydne, nieestetyczne i brudzi to może zainteresuje cie fakt, że takie pozostałości mogą być też niezdrowe dla twojego przecudnego pieska.Co to nosem w to zaryje i zarazi się tym czy tamtym.
Jeśli to też cię nie interesuje to widzę w tym szansę.
Skoro nie obchodzi cię nawet dobro twojego własnego zwierzęcia, które jest dowodem na twoją wrażliwość i dobroć zostań natural born killer.
Będzie dla wszystkich lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)