(po długiej przerwie.....ze specjalną dedykacją dla siebie samej )
Podobno świat książki dzieli się na te, które warto przeczytać i na te, których nie warto czytać. Kwestia doboru pozostaje tajemnicą. Niby są jakieś wytyczne, kryteria, ale w sumie nikt ich nie widział. Reklama, którą ostatnio usłyszałam w radio, miękkim męskim głosem szepcząca mi prosto w bębenek uszny (nie, nie melodramatyzuje zbytnio...było prosto w bębenek, miałam słuchawki....) o genialnym bestselerze, " następcy ptaków ciernistych krzewów", może nie kierowała się tymi samymi kryteriami co Maria Janion, ale w końcu...kto to wie?
Ten podział na warto/nie warto jest, moim zdaniem, niepełny. Są jeszcze takie książki, o których mówi się, że trzeba je czytać, bo albo nam szkoła nakazuje, albo "wypada". Szkoła nakazuje czytać nie wiedzieć czemu " Ludzi bezdomnych", do których to z lubością się wraca przy okazji tematów egzaminów maturalnych. Wypada znać wszystkie siedem tomów "W poszukiwaniu straconego czasu" przeczytanych, rzecz jasna, w oryginale. Istnieje też kategoria "najbardziej wkurwiających książek" i tu prym wiodło, wiedzie i wieść będzie po wsze czasy "Wymazywanie" Thomasa Bernharda, co zresztą też świadczy o jego doskonałości, przyznaję z pełnym nienawiści zachwytem. Są książki - fanaberie, do których należą zbiory reportaży Mariusza Szczygła, książki-brutale czyli ostatnia "Ślepnąc od świateł" Jakuba Żulczyka czy też książki antykoncepcyjne w stylu " Piątego dziecka" Doris Lessing.
Ale są takie książki, dla każdego pewnie inne, które coś otwierają, jakieś nowe światy, nowe zainteresowania, nową myśl... gdzieś nas prowadzą, dotykają czegoś,co w nas rezonuje na długo po skończeniu czytania ostatniego zdania. Piszę to w przeddzień tragedii na Broad Peak, gdzie dwa lata temu zginęło dwóch polskich himalaistów. Wtedy nie zainteresowałam się tym za bardzo. Ot, poszli , zginęli...zazwyczaj prędzej czy później idą i giną. Himalaiści. Takie maja zajęcie, które kończy się albo jakaś liną przetartą, albo lawiną, albo zamarznięciem na wysokości, na której nie przeżyłabym pewnie 5 minut. Tak jest i koniec. Jednak książka Jacka Hugo-Badera " Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" zagrała we mnie na tyle, że obsesyjnie zabrałam się do czytania i oglądania na ten temat wszystkiego, co było możliwe. Najpierw à propos samej historii zimowej wyprawy na Broad Peak, potem o samej wspinaczce i himalaizmie. Teraz po prawie 3 miesiącach, kiedy mój entuzjazm nieco opadł, muszę powiedzieć jedno. Jest to fascynujące. Piotr Pustelnik, zdobywca wszystkich ośmiotysięczników na pytanie po co się wspinać, rzekł był zwięźle, że tym, którzy to rozumieją, nie trzeba tłumaczyć, a ci, którym trzeba tłumaczyć i tak nie zrozumieją. Chyba w tym coś jest, chyba w książce Badera jest to samo. Ponieważ mnie nie trzeba było za bardzo tłumaczyć zabrałam się do dalszych eksploracji z czystej ciekawości ( w końcu co Fanaberia, to fanaberia...). Natrafiłam na film. Film nazywa się " Touching the void" i jest paradokumentem. Historia z 1985 roku, jest zapisem wydarzeń z Peru, gdzie dwóch młodych brytyjskich wspinaczy przeżyło wyprawę, której przeżyć, jako żywo nie powinno. Złamana noga, próba pomocy, odcięta przez kolegę lina (który już nie mógł jej utrzymać), mordercza walka o przetrwanie, schodzenie z lodowca na tyłku, w samotności, ciemności, koszmarnym bólu, odwodnieniu i braku pewności czy jeszcze na kolejny metr starczy siły to zapis fantastycznej, niesamowitej, niemalże chorej determinacji, na którą patrzyłam z mieszanką przerażenia, niedowierzania i podziwu. Oraz, przyznaję, delikatnej ironii wynikającej z niechętnej konstatacji, że może jest w tym jakaś manipulacja, albo robię się płytko melodramatyczna. Trudno.
Przyszło mi wtedy do głowy zdanie wypowiedziane przez pewnego brytyjskiego polityka. Cytat ten pojawia się w mojej głowie (jakże melodramatycznie), gdy momenty - co niektóre - są. Na przykład, gdy czytam niektóre doniesienia na temat zabójstwa Borysa Niemcowa, czytam doniesienia z Ukrainy Wschodniej i przysłuchuję się uważnie, co ma do powiedzenia mój ukochany minister Ławrow. Kiedy z jednej strony słucham dywagacji o tym, czy sprzedawać czy nie sprzedawać broni na Ukrainę czy sankcje to jednak przejdą czy może jednak nie trzeba za bardzo nic robić, a z drugiej słyszę, co mają do powiedzenia Ukraińcy na temat codzienności w Kijowie czy Doniecku. O wzroście cen żywności i opłat za prąd czy gaz, o tym że niczego nie da się załatwić, nic nie jest pewne a ktoś znajomy zginął.....ale oni dają radę. Że jest źle, ale mimo zwątpienia, frustracji, biedy, niebezpieczeństwa - innej drogi nie ma.
" Success is never final. Failure is never fatal. It is courage to continue that counts".
"Touching the void" uczy, że to prawda. Wbrew naturze. Wbrew wszystkiemu. Pokonując cynizm. Pokonując strach. Osiągając niemożliwe.
Oby.
Na litość boską - oby.
Na litość boską - oby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz