To, co ja kocham w naszym pięknym kraju to oprócz doskonałości języka, w którym, jak w żadnym innym mogę pływać godzinami, mimo niejedokrotnie nie najlepszej techniki, poza humorem a la Raczkowski czy Bareja, czy przezabawnym kretynizmem "paczaizmu", poza reportażami Hugo-Badera i chopinowskimi krajobrazami, ( co by też tak z grubej rurki, rzewnie było) to, co ja kocham szczerze to są alternatywy.
Myślenie alternatywami, mówiąc konkretnie.
Nader często w myśleniu alternatywami występuję rzeczownik "śmierć". Coś albo śmierć. Nic poza tym.
Ojczyzna albo śmierć.
Nicea albo śmierć.
Teraz przy okazji Euro 2012 po zremisowaniu meczu z Grecją pojawiło się hasło (najnowsza okładka "Wprost") Rosja albo śmierć.
Nic więcej, Rosja albo śmierć.
Sztandar podniesion, poczucie humoru relegowane z krwioobiegu, zero ironii.
Byłoby to zabawne gdyby to hasło wymyślił Antoni Macierewicz, fakt.
Ale niestety, nawet tego nie.
I ja się pytam, gdzież ach gdzież, zgubiło się to myślenie i czucie wszystkich wielbicieli Stanisława Barei, których - sądząc po deklaracjach - jest w Polsce około 150 milionów, którzy zapewne zasiadają na eurotrybunach, na eurokanapach, z europiwem i eurokiebłasą, by eurokomentować i euro-się-emocjonować że Alternatywy to są 4?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz