Bracia.
Bliźniacy.
Nazwisko na K.
Jedno skojarzenie.
A tu - niespodzianka.
Nie o tych.
Chodzi o innych bliźniaków.
Na K.
Bracia są dziennikarzami.
Związanymi z tytułami o których już była mowa na blogu.
Jeden z braci był łaskaw wyrazić ostatnio opinię, która niestety ma się nijak do państwa o ustroju demokratycznym w którym - podobno - dba się o prawa człowieka a tolerancja jest wartością może nie najwyższą, bo najwyższą jest patriotyzm (rzecz jasna), ale jednak w cenie.
Brat K. wyraził opinię, iż osoby, które żyją w pojedynkę lub nawet nie w pojedynkę, ale w konkubinacie (konkubinat na stos!) powinny płacić wyższe podatki.Bykowe funkcjonujące w Polskiej Republice Ludowej zostało zniesione w latach 70-tych a było płacone przez kawalerów powyżej 30-tego roku życia, którzy nie mieli dzieci. Redaktor K. emocjonalnie zauważył, ze system podatkowy w Polsce to "wielki skandal", który hołubi ludzi" nieprzydatnych społecznie" żyjących w sposób "egoistyczny".Redaktor K. zupełnie nie zwrócił uwagi nie tylko na takie drobne szczegóły, jak wolny wybór, nie tylko na to, że niektórzy chcieliby, ale ich na to nie stać albo sytuacja osobista temu nie sprzyja, ale także na problemy niepłodności. Czy postulowałby także przywrócenie podatku osobom, którym dzieci umarły - to (może i lepiej) niech pozostanie zagadką. Redaktor K.raczej nie wziął pod uwagę faktu, że to nie wpłynie na kwestię demografii w Polsce, a jeśli już ma wpłynąć to są , zdaje się, lepsze sposoby, by ułatwić i pomóc ludziom, którzy już mają albo chcą i mogą mieć dzieci.
Myślę, ze jak już gramy tę nieco faszyzującą grę durnych argumentów to może w rytm "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu" i zastanówmy się jak zaimplementować na polski grunt raz jeszcze (tradycja!) inne znaczenia "bykowego". W XVI mianem tym określano opłatę właścicielowi byka za krycie krów a także datek pasterzowi za odchowanie krowy. Wszystko tak by można jakoś z tych krów na ludzi przenieść. Tradycja, rodzina, demografia.
Tym bardziej, że ponoć w XIX wieku "bykowym" była też nazywana kara za, którą należało wnieść za posiadanie nieślubnego dziecka.
Żeby była pełna jasność: wszystko to byłoby równie błędne jak tytuł magazynu, w którym pracują bracia K.
Uważam RZE to naprawdę za dużo.
wtorek, 14 czerwca 2011
niedziela, 12 czerwca 2011
O tym, że especially for you.
Niedzielne popołudnie sprzyja nie tylko rozleniwieniu.
Nie tylko melancholii.
Sprzyja lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.
Otóż nie trzeba wstawać ledwo, ledwo z irytacją o 6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.
Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.
Nie tylko melancholii.
Sprzyja lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.
Otóż nie trzeba wstawać ledwo, ledwo z irytacją o 6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.
Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.
czwartek, 9 czerwca 2011
O tym, bez czego można.
Można bez grosika?
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och, to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.
A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?
Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?
To wszystko wzięło się z jednej rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.
Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"
Otóż nie, do jasnej cholery.
Nie można.
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och, to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.
A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?
Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?
To wszystko wzięło się z jednej rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.
Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"
Otóż nie, do jasnej cholery.
Nie można.
sobota, 14 maja 2011
O tym, że urok nie jest aż tak dyskretny.
Nie tak dawno,11 stycznia tego roku, jeden z fanaberyjnych postów głosił (cytując badania i statystyki), że poziom czytelnictwa w Polsce jest coraz niższy. Leci na łeb, na szyję, mówiąc krótko, dosadnie i z iście polskim umiłowaniem do frazeologizmów.Szukano przyczyn w internecie, rozwoju technologicznym, lenistwie. Fanaberium blog, jak zawsze nad wyraz błyskotliwie bredził coś o podsłuchanych rozmowach i przytaczał anegdotki, które niczym literatura parenetyczna, miały pokazywać wzorce zachowań i być wyjaśnieniem zjawisk..Z tym, że raczej nie po to by je opiewać, ale w końcu pareneza też ulega zmianie.Wszystkie te domniemane przyczyny są na wskroś błędne. Bo wyjaśnienie, ujęte w poniższej przypowiastce jest proste.
Jak drut.
Korzystanie z komunikacji publicznej bywa irytujące, jak wiadomo, bo czekanie, bo tłok, bo korek.Jednak komunikacyjna aktywność łączy się także z rzeczą, o której często się zapomina, która jest niedoceniana a doceniana być powinna. Tą rzeczą jest aspekt edukacyjny przebywania w autobusie.Tudzież w tramwaju.I nie chodzi zupełnie o to, że można z apollińskiego tronu (pojedyńczego najlepiej, takiego w pierwszej części przegubowca) obserwować gawiedź.Nie,nie. Chodzi o to, że komunikacja miejska sprzyja wywiązywaniu się dyskusji, często niezwykle pouczających.Można więc podsłuchać jak to babkę na Wielkanoc upiec ("ja to kochana tylko masło, od tej margaryny to wątroba wszystkim wysiada"), można wiedzieć na jakie to Polacy cierpią choroby (na wszystkie) albo dowiedzieć się czegoś na temat kompleksu Edypa u młodych Polek ("ojciec mnie strasznie wkurwia, ale nie umiem mu powiedzieć, żeby spierdalał").
W swojej fanaberyjnej naiwności uważałam, że jak już mi wystarczy tej edukacji, bo to ile można się uczyć, poza tym - co tu dużo mówić- nie wszystkie kursy są dla mnie intelektualnie dostępne ( tu powinien być cytat z rozmowy dwóch chłopców o parametrach nowo zakupionego samochodu rodziców, ale niestety, nic z tego) więc jeśli mi tej edukacji dość to można włożyć słuchawki to uszu, wyciągnąć jakieś papiery i czytać. Lub też udawać, że się czyta. Ta druga opcja pojawiła się wtedy, kiedy się okazało,że komunikacyjni wykładowcy i ode mnie żądają aktywności, partycypacji, wysłuchania i opinii. Bo to od pytania o przystanek okazuje się, że córka z mężem się rozwodzi albo że za komuny było lepiej.
Metro wydawało się bezpieczne. Bo to szybko jedzie,w korku nie stoi, trasa zmienić się nie może(no jak się trasa zmieni to będzie to cud) na dodatek robi hałas i trudno o zagajenie, a łatwo o niezauważenie zagajenia. Przez przypadek.Ale była to zupełnie przedwczesna i naiwna ocena sytuacji. Metro bezpieczne pod tym względem nie jest.
W pewien poniedziałek jak zazwyczaj "Wprost" zostało zakupione, by wkroczyć do wagonu, zasiąść i przez 20 minut przeczytać, o co to Najsztub tym razem pyta.Nie pytał Najsztub, a Machała a pytanym był Aleksander Smolar. Mówił dużo o języku polskiej polityki i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, a także o tym, że program PiS-u to program wyłącznie "historii i zemsty". Niektóre fragmenty były wydrukowane grubą, czarną czcionką więc nie trzeba było się bardzo męczyć, aby czytać mi przez ramię. Bo po chwili stało się jasne, że czytanie przez ramię ma miejsce. Siedziała koło mnie dama, na oko 65- letnia, ubrana cała na - piękny swoją drogą- kolor chabrowy. Chabrowy płaszcz, chabrowa czapka, chabrowy szal.Wszystko chabrowe. Najpierw dyskretnie, potem coraz nachalniej próbowała zwrócić moją uwagę na siebie.
Chciałam bez przeszkód skończyć czytać wywiad. Jednak pukania w ramię, palcem wskazujacym jak obsesyjny dzięcioł, nie mogłam nie poczuć."Książka wyszła" - usłyszałam. " Jaka książka?-mój głos był grzeczny i podszyty strachem, że zaraz nastąpi, co rzeczywiście nastąpiło. "Jak to jaka, o Smoleńsku"- Ach - próbowałam nieumiejętnie zbagatelizować sprawę - teraz tyle tych książek" (A poziom czytelnictwa spada!!)-"Ale ta książka mówi prawdę" . Niestety, stało się. Padło, czego się obawiałam.Padła PRAWDA.
Popłynęła więc rozmowa, w zasadzie monolog przetykany moim bąkaniem i narastającą mieszanką poczucia groteski i irytacji. "Tak, proszę pani, to była bomba tam w tym samolocie, dokładnie taka jak zabiła Papałę. Na takie małe kawałeczki, by się rozbił? O takie małe, niech pani zobaczy, jak pokazuję.To był wybuch. Prezydenta się bali, to go zlikwidowali.Kto? No oni to zrobili, Niemcy, Ruscy, Żydzi i inni,ta władza teraz wrogowie narodu.Niech się Pani nie zaprzecza, to jest wszystko prawda, że chcą nas zniszczyć, Polskę zająć.Nie wierzy Pani?A ile Pani ma lat?Ach, to ty jesteś za młoda, żeby mieć jakiekolwiek opinie. W ogóle nie powinnaś zabierać głosu.Nic nie pamiętasz, PRL-u nie przeżyłaś. Jak będziesz w moim wieku to będziesz wiedziała, co masz myśleć. Pewnie z Uniwersytetu, co?No tak,wy to jesteście lewackie środowisko, ale to młodzi, nic nie wiedzą. A co to jest w ogóle za gazeta?Pewnie "Polityka", co?"Wprost"?Jeszcze gorzej, tam to już sami komuniści."
Pan siedzący na przeciwko zaśmiewał się do łez i bezgłośnie przekazał mi dobrą radę: ZAŁÓŻ SŁUCHAWKI.Pani monologowała jeszcze przez moment, ale była tak niezadowolona z braku zrozumienia, z lekką pogardą rzekła " no, nie widać tu co.."(swoją drogą - co?) odwróciła głowę i zatopiła się w rozmowie z kimś innym.Cała nasza dyskusja, muszę przyznać, była w miarę grzeczna, ale Chabrowa Pani widać nie spodziewała się grzeczności po mnie - takiej lewackiej komunistce z pretensjami do posiadania opinii mimo braku predyspozycji - na moje pożegnanie, wyraziła zdziwienie i zajęła się obgadywaniem mnie z panią zasiadającą po jej prawej stronie. (Pani czytała "Nasz dziennik" więc sądzę, że mogły się dogadać)Może się jednak mylę i wskazywaniem palcem w moim kierunku było po prostu pokazywaniem mojej przepięknej, czerwonej jak radziecki sztandar torebki.
To wszystko prowadzi do konkluzji związanej z poziomem czytelnictwa w Polsce. Otóż on nie spada, ludzie po prostu przestali się przyznawać.Ukrywają się. Czytelnicza konspira. Nie wiadomo, kto patrzy. Bo kto wie, co to może nas spotkać, jak publicznie będzie się czytało "Lolitę"? Hańba i rozpusta.Nabokov to zbok. Bernhard to wariat i hańbi własny naród. Bułkahow to w sumie poganin, Mann, ten smutny, ukryty gej też entuzjazmu nie wzbudzi. Niech wszyscy święci bronią czytać publicznie Czechowa: te trzy siostry co ciągle chciały do Moskwy? No, naprawdę, to już nawet nie wymaga komentarza. Jack Hugo-Bader też ciągle do byłych krajów Sojuzu jeździ. Szczygieł z tymi Czechami też jest podejrzany, w końcu kto normalny interesuje się takim ateistycznym narodem, natomiast Mickiewicza czy Słowackiego to czytać tak po prostu, publicznie nie wypada.Co to to nie. Można tak wymieniać i wymieniać i zawsze na kogoś znajdzie się haka.Wiec może lepiej się ukryć. Zupełnie jak u Bunuela w tej scenie z "Widma wolności". Zamieńmy kategorie.Zamieńmy struktury.
Czasami urok naszej polityczno-społecznej rzeczywistości, nie jest niestety na tyle dyskretny, by można było spokojnie podróżować metrem.A to, mimo że zabawne, staje się po prostu męczące.
Jak drut.
Korzystanie z komunikacji publicznej bywa irytujące, jak wiadomo, bo czekanie, bo tłok, bo korek.Jednak komunikacyjna aktywność łączy się także z rzeczą, o której często się zapomina, która jest niedoceniana a doceniana być powinna. Tą rzeczą jest aspekt edukacyjny przebywania w autobusie.Tudzież w tramwaju.I nie chodzi zupełnie o to, że można z apollińskiego tronu (pojedyńczego najlepiej, takiego w pierwszej części przegubowca) obserwować gawiedź.Nie,nie. Chodzi o to, że komunikacja miejska sprzyja wywiązywaniu się dyskusji, często niezwykle pouczających.Można więc podsłuchać jak to babkę na Wielkanoc upiec ("ja to kochana tylko masło, od tej margaryny to wątroba wszystkim wysiada"), można wiedzieć na jakie to Polacy cierpią choroby (na wszystkie) albo dowiedzieć się czegoś na temat kompleksu Edypa u młodych Polek ("ojciec mnie strasznie wkurwia, ale nie umiem mu powiedzieć, żeby spierdalał").
W swojej fanaberyjnej naiwności uważałam, że jak już mi wystarczy tej edukacji, bo to ile można się uczyć, poza tym - co tu dużo mówić- nie wszystkie kursy są dla mnie intelektualnie dostępne ( tu powinien być cytat z rozmowy dwóch chłopców o parametrach nowo zakupionego samochodu rodziców, ale niestety, nic z tego) więc jeśli mi tej edukacji dość to można włożyć słuchawki to uszu, wyciągnąć jakieś papiery i czytać. Lub też udawać, że się czyta. Ta druga opcja pojawiła się wtedy, kiedy się okazało,że komunikacyjni wykładowcy i ode mnie żądają aktywności, partycypacji, wysłuchania i opinii. Bo to od pytania o przystanek okazuje się, że córka z mężem się rozwodzi albo że za komuny było lepiej.
Metro wydawało się bezpieczne. Bo to szybko jedzie,w korku nie stoi, trasa zmienić się nie może(no jak się trasa zmieni to będzie to cud) na dodatek robi hałas i trudno o zagajenie, a łatwo o niezauważenie zagajenia. Przez przypadek.Ale była to zupełnie przedwczesna i naiwna ocena sytuacji. Metro bezpieczne pod tym względem nie jest.
W pewien poniedziałek jak zazwyczaj "Wprost" zostało zakupione, by wkroczyć do wagonu, zasiąść i przez 20 minut przeczytać, o co to Najsztub tym razem pyta.Nie pytał Najsztub, a Machała a pytanym był Aleksander Smolar. Mówił dużo o języku polskiej polityki i prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, a także o tym, że program PiS-u to program wyłącznie "historii i zemsty". Niektóre fragmenty były wydrukowane grubą, czarną czcionką więc nie trzeba było się bardzo męczyć, aby czytać mi przez ramię. Bo po chwili stało się jasne, że czytanie przez ramię ma miejsce. Siedziała koło mnie dama, na oko 65- letnia, ubrana cała na - piękny swoją drogą- kolor chabrowy. Chabrowy płaszcz, chabrowa czapka, chabrowy szal.Wszystko chabrowe. Najpierw dyskretnie, potem coraz nachalniej próbowała zwrócić moją uwagę na siebie.
Chciałam bez przeszkód skończyć czytać wywiad. Jednak pukania w ramię, palcem wskazujacym jak obsesyjny dzięcioł, nie mogłam nie poczuć."Książka wyszła" - usłyszałam. " Jaka książka?-mój głos był grzeczny i podszyty strachem, że zaraz nastąpi, co rzeczywiście nastąpiło. "Jak to jaka, o Smoleńsku"- Ach - próbowałam nieumiejętnie zbagatelizować sprawę - teraz tyle tych książek" (A poziom czytelnictwa spada!!)-"Ale ta książka mówi prawdę" . Niestety, stało się. Padło, czego się obawiałam.Padła PRAWDA.
Popłynęła więc rozmowa, w zasadzie monolog przetykany moim bąkaniem i narastającą mieszanką poczucia groteski i irytacji. "Tak, proszę pani, to była bomba tam w tym samolocie, dokładnie taka jak zabiła Papałę. Na takie małe kawałeczki, by się rozbił? O takie małe, niech pani zobaczy, jak pokazuję.To był wybuch. Prezydenta się bali, to go zlikwidowali.Kto? No oni to zrobili, Niemcy, Ruscy, Żydzi i inni,ta władza teraz wrogowie narodu.Niech się Pani nie zaprzecza, to jest wszystko prawda, że chcą nas zniszczyć, Polskę zająć.Nie wierzy Pani?A ile Pani ma lat?Ach, to ty jesteś za młoda, żeby mieć jakiekolwiek opinie. W ogóle nie powinnaś zabierać głosu.Nic nie pamiętasz, PRL-u nie przeżyłaś. Jak będziesz w moim wieku to będziesz wiedziała, co masz myśleć. Pewnie z Uniwersytetu, co?No tak,wy to jesteście lewackie środowisko, ale to młodzi, nic nie wiedzą. A co to jest w ogóle za gazeta?Pewnie "Polityka", co?"Wprost"?Jeszcze gorzej, tam to już sami komuniści."
Pan siedzący na przeciwko zaśmiewał się do łez i bezgłośnie przekazał mi dobrą radę: ZAŁÓŻ SŁUCHAWKI.Pani monologowała jeszcze przez moment, ale była tak niezadowolona z braku zrozumienia, z lekką pogardą rzekła " no, nie widać tu co.."(swoją drogą - co?) odwróciła głowę i zatopiła się w rozmowie z kimś innym.Cała nasza dyskusja, muszę przyznać, była w miarę grzeczna, ale Chabrowa Pani widać nie spodziewała się grzeczności po mnie - takiej lewackiej komunistce z pretensjami do posiadania opinii mimo braku predyspozycji - na moje pożegnanie, wyraziła zdziwienie i zajęła się obgadywaniem mnie z panią zasiadającą po jej prawej stronie. (Pani czytała "Nasz dziennik" więc sądzę, że mogły się dogadać)Może się jednak mylę i wskazywaniem palcem w moim kierunku było po prostu pokazywaniem mojej przepięknej, czerwonej jak radziecki sztandar torebki.
To wszystko prowadzi do konkluzji związanej z poziomem czytelnictwa w Polsce. Otóż on nie spada, ludzie po prostu przestali się przyznawać.Ukrywają się. Czytelnicza konspira. Nie wiadomo, kto patrzy. Bo kto wie, co to może nas spotkać, jak publicznie będzie się czytało "Lolitę"? Hańba i rozpusta.Nabokov to zbok. Bernhard to wariat i hańbi własny naród. Bułkahow to w sumie poganin, Mann, ten smutny, ukryty gej też entuzjazmu nie wzbudzi. Niech wszyscy święci bronią czytać publicznie Czechowa: te trzy siostry co ciągle chciały do Moskwy? No, naprawdę, to już nawet nie wymaga komentarza. Jack Hugo-Bader też ciągle do byłych krajów Sojuzu jeździ. Szczygieł z tymi Czechami też jest podejrzany, w końcu kto normalny interesuje się takim ateistycznym narodem, natomiast Mickiewicza czy Słowackiego to czytać tak po prostu, publicznie nie wypada.Co to to nie. Można tak wymieniać i wymieniać i zawsze na kogoś znajdzie się haka.Wiec może lepiej się ukryć. Zupełnie jak u Bunuela w tej scenie z "Widma wolności". Zamieńmy kategorie.Zamieńmy struktury.
Czasami urok naszej polityczno-społecznej rzeczywistości, nie jest niestety na tyle dyskretny, by można było spokojnie podróżować metrem.A to, mimo że zabawne, staje się po prostu męczące.
czwartek, 17 marca 2011
O tym, że petitio principii.
Posłankę Beatę Kempę z Prawa i Sprawiedliwości to ja szczerze podziwiam za tak wiele rzeczy, że aż trudno wyliczyć. Za to, że posłanka Kempa ma w sobie te niewyczerpalne pokłady fochów na każdego o każdej sejmowej porze dnia i politycznej nocy.Za to, że posłanka Kempa tak naprawdę zupełnie nie potrzebuje rozmówcy podczas jakiejkolwiek rozmowy, gdyż ona załatwia zarówno pytania, jak i odpowiedzi, opinie, oświadczenia obu stron.Za to w końcu, że posłanka Kempa to naprawdę wie zazwyczaj lepiej. Ale przede wszystkim ujmujący jest w posłance Kempie Beacie talent oratorski. Pewna taka nieznośna lekkość bytowania w wysublimowanych strukturach języka polskiego (niestety nie wiem jak sobie radzi w innych językach) i absolutnie miażdżący dla przeciwnika talent erystyczny. Warto jednak podkreślić, że zazwyczaj lepiej wychodzi jej filipika niż pean, chociażby dlatego, że filipiki mają wielu adresatów a pean zarezerwowany jest zazwyczaj dla jednej. Niech takim delikatnym niedopowiedzeniem zostanie dla kogo.
Jednak najbardziej podziwiam posłankę Kempę, kiedy to wpada w erystyczną ekstazę, używając wszystkich schopenhauerowskich chwytów na raz. Kiedy jej mowa rozwija się, argumenty galopują, aż do eksplozji, która ma się nijak do sprawy jednak przytłacza ją triumfalnym kategorycznym ostatecznie do granic możliwości wyolbrzymionym wnioskiem.
Doskonałym przykładem może być ostatnia wypowiedź posłanki Kempy Beaty dotycząca liberalizacji ustawy antynarkotykowej, przede wszystkim o zgłoszonej przez posła Marka Balickiego poprawce o doprecyzowaniu co oznacza „niewielka ilość” (w szczególności w odniesieniu do marihuany - rocznie ok. 30 tysięcy postępowań karnych w sprawach, gry posiadający miał gram czy dwa tej substancji ).Nowa ustawa między innymi ma dopuszczać posiadanie niewielkiej ilości narkotyku na własny użytek. Posłanka Kempa skomentowała:
„To bardzo szkodliwa ustawa, absurdalny projekt, który służy dilerom, mafii narkotykowej, daje możliwość przerwy w odbywaniu kary - wylicza posłanka - To ustawa niechlujna. Naprawdę jestem nią przerażona. To tak jakby szło się totalnie na rękę dilerom i tym, którzy narkotyki zażywają. Na dobrą sprawę jest to legalizacja narkotyków”
Prześledźmy wywód posłanki K. Ustawa jest szkodliwa, bo służy dilerom. Służy dilerom, bo daje możliwość przerwy w odbywaniu kary. Posłanka jest nią przerażona, bo tak naprawdę to legalizacja narkotyków. Jednym słowem jest to ustawa całkowicie legalizująca narkotyki.
Myślę, że aby dojść do takiej wprawy we wnioskowaniu trzeba poćwiczyć. A więc:
Tsunami i trzęsienia ziemi są niesłychanie szkodliwe. I przerażające. Japonia dotknęło przekoszmarne trzęsienie ziemi właśnie teraz, w 2011 roku w roku ostatniego roku rządów koalicji Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Na dobrą sprawę trzęsienie ziemi w Japonii jest winą Platformy Obywatelskiej.
Czy dobrze?
środa, 16 marca 2011
"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.6
Niebezpieczna Przyjaciółka z dawnych lat była postacią o której się w domu nie mówiło. A jak się coś ukrywa wiadomo, że wszystkich korci by wiedzieć. Ojciec z Matką mieli na ten temat różne opinie obie objawiające się w zdaniach współrzędnie złożonych wynikowych.Matka: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat pojechała do Holandii toteż dostała świra.” Ojciec: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat miała nierówno pod sufitem więc pojechała do Holandii.” W tych dwóch zdaniach kryje się cały fenomen myślowy rodziców. Matka wolała zwalić winę na dziwne zachowanie Przyjaciółki mimo antagonizmu i niezrozumienia - na przyczynę inną niż jej psychika. Uszkodzona psychika Przyjaciółki oznaczałaby bowiem, że Matka - sama ostoja adekwatności prosto z podręczników savoir-vivre’u - przez lata obcowała się z osobą chorą psychicznie, a tego Matka by nie zniosła, bo szczyciła się swoja normalnością i spostrzegawczością. Normalni ludzi nie zachowują się tak jak niebezpieczna Przyjaciółka - normalni ludzie zachowuje się tak jak ona sama - oto mniej więcej schemat myślowy Matki. Więc, aby wytłumaczyć sobie to niecodzienne zachowanie, Matka musiała znaleźć przyczynę - tą przyczyna była holenderska Sodoma i Gomora, w której prostytucja jest zalegalizowana i trawka jest palona w większych ilościach niż węgiel w elektrociepłowniach.
Schemat myślowy ojca był zgoła inny. Ojciec zawsze uważał, że matkowe przyjaciółki są nieco niezrównoważone, bo – między Bogiem a prawdą - Matka też nie wydawała mu się (szczególnie z biegiem lat) specjalnie normalna. Nic wiec dziwnego, że niebezpieczna Przyjaciółka miała nierówno pod sufitem. Gdyby nie miała - nie byłaby przyjaciółką Matki. Oczywiście nie mógłby tego powiedzieć głośno. Holandia wydawała mu się idealny miejscem dla kogoś takiego niebardzo tego tam. Bo wieści o holenderskich ślubach gejowskich to było dla Ojca za dużo. Jeszcze para to para choć z obrzydzeniem, konkubinat od biedy, bo w końcu niech się rejestrują, ale ślub? Nie, tego Ojciec nie potrafił zaakceptować. Ani tym bardziej o tym mówić. Bo o takich rzeczach to się nie mówi. Po prostu. Każdy to wie.
Tak czy śmak, mimo odmiennych racji Matka z Ojcem konserwatyści do bólu ukrywali przyczyny niebezpieczeństwa Przyjaciółki migając się od wyjaśnień i robiąc przerażone miny, kiedy wymsknęło im się przypadkiem ostrzeżenie „nie rób tak, bo skończysz jak niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat” czy „nie zachowuj się jak niebezpieczna Przyjaciółka” tudzież mroczny sarkazm „Ty już jesteś prawie taka/taki jak ONA”.
Matka raz do roku wychodziła „na spotkanie”, uprzednio idąc do fryzjera i na manicure, malując się nie tylko szminką (co było objawem podług niej ekstrawaganckim, bo nie lubiła się makijażować, i szła taka elegancka „do miasta” na widzenie z Przyjaciółką przyjeżdżającą do ojczyzny. Jednak parę lat temu Matka złamała sobie nogę. Spotkanie było umówione, a tu klops. Chcąc-niechcąc ( bardziej niechcąc niż chcąc) Matka z Ojcem postanowili zaprosić przyjaciółkę sprzed lat do domu. Na kolację. I - tym bardziej niechcąc niż chcąc- postanowili wyjawić wszystkim jej tajemniczą przeszłość. Motywy wyjawiania nie są specjalnie jasne. Z jednej strony mogło chodzić o zwykłą uczciwości, że niby jak już ta ma przyjść do domu, gdzie parę pokoleń mieszka, to tak jakoś głupio prawdę zatajać.
Głupio i niehonorowo.
Niehonorowo i podstępnie.
Tak jakby cichymi sprzymierzeńcami Przyjaciółki niebezpiecznej sprzed lat byli.
A nie byli.
Zupełnie nie.
Drugi powód był nieco mniej szlachetny. Otóż Matka z Ojcem, każde na swój sposób, bało się dwóch rzeczy. Że ktoś popełni przy owej kolacji tak zwanego faux pasa i zada pytanie niedelikatne i niestosowne. Krótko mówiąc walnie jak kulą w plot. Z czego wynika rzecz druga. Jeśli walnie jak kulą w płot, to się Przyjaciółka zorientuje, że nikt nic nie wie i Bóg raczy wiedzieć jak zareaguje. Pół biedy jak się obrazi, ale jeszcze - nie daj Boże - będzie chciała wyjaśniać, prostować, zagajać - a z tego mogą być kłopoty.
O tym się nie mówi. Po prostu.
Więc Matka z Ojcem postanowili uprzedzić taki rozwój wypadków. Może doprawdy lepiej by było, gdyby nie uprzedzali. Tak czy owak Matka z Ojcem rzekli, że oto nadchodzi persona nie to, że non grata, ale nieco nonszalancka.
Nieco egzaltowana. Nieco zwariowana.
Z która to przed laty Matka w przyjaźni była. W prawdziwej przyjaźni. Czystej i pięknej, bo przyjaźń jest ważna.I nadal jest. Bo prawdziwy przyjaciel to skarb. Więc..hmm….tak.
Więc przyjdzie persona, która rożne rzeczy robiła w życiu, różne doświadczenia miała, ale nie trzeba się dziwić, bo to niekulturalnie. Pytań nie zadawać, bo wypytywać nie wypada . Potakiwać.
Nie zdenerwować.
Po herbacie i wyborze ciast szybko iść do swoich sypialni. Wszyscy. Siusiu paciorek i spaś. Doprawdy nic nie mogło wzniecić ogólnego zaciekawienia niż te cedzone z męka przez Matkę i ze zniechęceniem przez Ojca wyjaśnienia i rozkazy. Wszystkie pytania doprecyzujące przeszły bez odpowiedzi. Pozostało tylko czekać, aż persona zawita i cokolwiek się wyjaśni.
Nadeszła chwila puknięcia do drzwi, dzwonka, rejwachu.
Nadeszło dziwum.
poniedziałek, 7 marca 2011
O tym, że uważam.
"Fałszywa polędwica" to kolejny świetny tekst Mariusza Szczygła w którym tym razem przybliżona zostaje sylwetka najwybitniejszego Czecha wszechczasów Jary Cimrmana.Wynalazł rzeczy tak wiele, że ludzkie ucho nie słyszało, ludzkie oko nie widziało. Czesi z niego są dumni i bladzi co powoduje, że chcą go wybierać w konkursie na najwybitniejszego rodaka.
Jednym z dokonań Jary jest wynalezienie rymu absolutnego. Rym absolutny objawia się przez powtórzenie słowa ( co działa znakomicie nie tylko na melodię, ale na wymowę dzieła) jak w cytowanym przez Mariusza Szczygła fragmencie Cimrmanowej opery:
"Kochałem dziewczę piękne/ Oczy miała bardzo piękne/ Włosy miała bardzo jasne/ Co dla ludzi było jasne/ Kiedy rano się obudziła/ Wtedy się już obudziła."
Drugim, wartym odnotowania wynalazkiem Jary jest niesłychanie mnie urzekająca idea zdjęcia, na którym absolutnie nic nie widać.
Wszystko to zostało przeczytane przy okazji czekania z niecierpliwością na pojawienie się nowego tygodnika "Uważam, RZE.Inaczej pisane". Tygodnik był wielce tajemniczy, co było marketingowym sukcesem, biorąc pod uwagę to, że w kilku kioskach nieopodal w ogóle magazyn się nie pojawił, a w niektórych pojawił się w egzemplarzach 10, od razu wykupionych. Marketingowy sukces jest w tym, że gawiedź przychodziła, by kupić.Jak nie było to szukała dalej i nabierała ciekawości.Mówiła innym.Inni tez nabierali ciekawości. Albo przynajmniej zwracali baczniejszą uwagę.I kupowali, jeśli nadarzyła się okazja. Jak pisząca te słowa.Oddając cesarzowi co cesarskie muszę przyznać, że termin "marketingowy sukces" nie był terminem ukutym w tym przypadku przeze mnie. Był ukuty przez właścicielkę kiosku, niesłychanie, zdaje się, poirytowaną faktem, że ciągle musi mówić "NIE MA".Może jej to przypomniało jakieś inne czasy.
Jednak w końcu się udało. Tygodnik w trzecim tygodniu od początku ukazywania się leżał już grzecznie na półce, można było wydać 1,90 (cena promocyjna) i w końcu zasiąść do lektury. "Uważam, RZE" jest wydawany przez Presspublicę (spółki wydającej również "Rzeczpospolitą"; w 49% należącą do Skarbu Państwa).Redaktorem naczelnym jest Paweł Lisicki ( naczelny "Rzeczpospolitej").
Strona tytułowa nie wzbudziła mojego entuzjazmu.(Jednak po okładce jeszcze nie oceniajmy).
Biało-czerwono-czarny rysunek pokazujący postać starszego mężczyzny w płaszczu postawionym niczym u Szpiega z Krainy Deszczowców w kreskówce o Baltazarze Gąbce, a za nim wrak. Samolotu. Tutuł, ku zaskoczeniu brzmiał "Szpieg w Smoleńsku". Tekst zajmował strony od 8 do 12, a domniemanym szpiegiem okazał się ambasador tytularny w Moskwie, który był współpracownikiem wywiadu PRL o kryptonimie "Orsom".Było on jedną z osób przygotowujących wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. I na tym koniec sprawy wizyty.Wszystko wielce tajemnicze, podejrzane i podłe.Być może prawdziwe. Ale czy na pewno tekst w 90 % poświęcony tajnemu współpracownikowi wywiadu PRL trzeba koniecznie łączyć z katastrofą 10 kwietnia? I czy na pewno trzeba ten tekst ozdobić zdjęciem Jarosława Kaczyńskiego i brata Marii Kaczyńskiej z chwili kiedy przyjechali na miejsce katastrofy.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych.
Idźmy jednak dalej.Od strony 13 do 15 mamy wywiad braci Karnowskich z Pawłem Kowalem w którym możemy przeczytać błyskotliwą odpowiedź na jakże merytoryczne do posła PJN pytanie "dlaczego zgiął Lech Kaczyński i 95 innych osób?", która brzmi "Czasem myślę, że może Pan Bóg miał coś do powiedzenia narodowi polskiemu". Kolejne pytanie brzmi: " Jak po Smoleńsku się jednać? Czołówka jednej ze stron nie żyje, a druga po tej tragedii przejęła wszystko".
Odpowiedzi już nie przytoczę, bo zastanawia mnie czy użycie wyrażenia "przejąć wszystko" w odniesieniu do demokratycznie przeprowadzonych wyborów jest na pewno adekwatne czy to po prostu zwykła głupota.
Warty opisu jest także obrazek satyryczny, który widnieje na stronie 5. Zdjęcie Angeli Merkel i Donalda Tuska ze szczytu Grupy Wyszehradzkiej jest skomentowane prze dorysowaną postać Władimira Putina "Przecież ustaliliśmy wszystko na próbach, a oni się nadal gubią.Ech, wystarczy im dać trochę swobody..."
Tekst poświęcony kontaktom Niemiec i Polski w osobach Angeli Merkel i Donalda Tuska zatytułowany "Ciche dni Angeli i Donalda" zawiera interesujące spostrzeżenia, nie tylko te w których delikatnie sugeruje się uległość Polski wobec Niemiec. Jednak fakt nazywania niemieckiej kanclerz Miss Europy powoduje, że w końcu czym prędzej gazetę chce się zamknąć.
Wzrok jeszcze pada na wywiad z Antonim Dudkiem "Platforma skazana na Tuska" w którym to zdjęcie Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka jest podpisane ciętym jak brzytwa, uzasadnionym w tekście chyba tylko znakami interpunkcyjnymi, bo nie merytoryką i faktami komentarzem "Tusk całkowicie kontroluje Pawlaka. Ale robi to w taki sposób, że Pawlak nie ma poczucia, że jest kontrolowany".
Tygodnik "Uważam RZE. Inaczej pisane" był reklamowany jako "nowe, uczciwe spojrzenie na polskie sprawy". Jak pisze redaktor Rafał A. Ziemkiewicz we wstępniaku miał być inaczej pisany "to znaczy przede wszystkim inaczej niż wszyscy inni" i "tworzymy nowy tygodnik, aby mieć nieco więcej oddechu,nieco więcej dystansu i refleksji".
Otóż zupełnie nie. To zostało jak na razie niezrealizowane. Nadzieja na to, że pojawi się nowy interesujący tygodnik, wypełniony treścią, a nie manipulatorskim bełkotem była niewielka już po ogłoszeniu kto w tym tygodniku będzie publikował teksty (między innymi redaktorzy: Semka, Ziemkiewicz, Karnowscy, Janke). Jakaś jednak była. W końcu mogę się często nie zgadzać, mogę mieć inny pogląd, ale i tak będę czytać.Trzeba wiedzieć, co się krytykuje. A inny punkt widzenia jest zawsze konieczny, wskazany i często interesujący. Postawmy na pluralizm medialny, tak - jak najbardziej.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Jednakże po przeczytaniu tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
Widać w tym wszystkim jakąś inspirację Jarą Cimrmanem, która byłaby chwalebna, bo w końcu Jara Cimrman to postać całkowicie fikcyjna i na tym polega cała zabawa, ale w sytuacji pełnej sieriozności "Uważam, RZE" jest całkowicie smutna. Zainspirowanie się wymyślonym czeskim wynalazcą widoczne jest w opisywaniu tego samego przez to samo, szukanie rymu absolutnego przez nieustanne powtarzanie tych samych rymów i publikowanie obrazów na których absolutnie nic nie widać.
Bo znowu Smoleńsk, szpieg i tajni agenci.Bo znowu kondominium, uległość i zagrożenie.
Bo znowu spisek, honor i krew i ojczyzna wzywa.
Och, och, bardzo, bardzo nowe, prawda?
Naprawdę pełne dystansu.
Jakiż wydech.
"Uważam RZE.Inaczej pisane" jest pisane dokładnie tak samo jak było pisane wiele rzeczy wcześniej.W "Gazecie Polskiej" na przykład. Tylko nieco obszerniej, może nieco mniej agresywnie, lepiej językowo, trochę subtelniej.I w wymieszaniu z interesującymi działami jak "życie i nauka" (tekst o Majach
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
w numerze 3 naprawdę ciekawy).
Jednak pisane z tą samą pozytywistyczną tendencyjnością.
Jednostronnością.
Niechęcią.
I, przede wszystkim - czego żal najbardziej- zapatrzeniem w przeszłość, brakiem zajmowania się faktami, manipulacją.Dyskretnym podważaniem i poddawaniem w wątpliwość reguł demokracji, niestosowanie ich lub stosowanie ich wybiórczo.
I dlatego wydawanie takiego tygodnika jest błędem.
A biorąc pod uwagę ten pseudowyrafinowany tytuł - błędem nie tylko ortograficznym.
PS.Link do tekstu Mariusza Szczygła tutaj.
Przyjemnej lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)