piątek, 27 marca 2015

Bracia Marx czyli do i z dnia 26.03


            Nie rozumiem jak można narzekać na metro. Jest szybkie, sprytne i jedzie - jak dla mnie- gdzie trzeba.

Do:
O ile niekiedy zdarza mi się przeklinać pewną telefonię komórkową, za to, że w metrze nie ma zasięgu, to znacznie częściej zdarza mi się przeklinać inną, za to, że ten zasięg ma. Dzisiaj na przykład: jedna baba stała nade mną i gadała wszystkie dziewięć stacji. "Stała nade mną" w tym wypadku oznacza, że mnie przewyższała o jakieś 15 centymetrów, wydawała się być wzrostu Pałacu Kultury. Lubię PKiN więc to komplement. Jednak wolałabym, żeby była dalej. Nie dało się uciec, bo tłok był niemiłosierny, a chłop z rowerem nie ułatwiał manewru. "Gadała" to też nie jest odpowiednie słowo. Ona po prostu reagowała na to, co mówi do niej ktoś w telefonie typu ajfon. Nadmienię z przykrością, że głos należał to tego rzadkiego okazu sopranu rejestrowanego głównie przez nietoperze. A reagowała  w 90 %  tak:

a) maaasakra (funkcja ekspresywna)
b)masakra!..( funkcja impresywna)
c)masssakra.....(funkcja fatyczna)

Po pierwszej stacji byłam pewna, że wszyscy słyszeli, że masakra.Co potwierdził krótki wzrokowy rekonesans. Po drugiej stacji sprawdziłam swoje tętno. Wzrosło nieco.
Po czterech stacjach byłam pewna, że znowu spadł samolot.
Po piątej, że cała rodzina biedaczki w nim była.
Po szóstej, że sama  w nim jestem.
Chłop z rowerem miał  poczucie humoru i umierał ze śmiechu. Umierał na tyle skutecznie, że nie zauważył jak wyprowadza rower i jednym pięknym pociągnięciem przejechał kołami po mojej stopie. Kierownicą dostał ktoś inny, dzięki niebiesiom.
Potem pociąg stał, mnie bolała stopa,  a niedoszła biedaczka się ożywiła językowo  i rzekła była więcej, a rzekła co następuje: "no to musisz zmienić sobie kosmetyczkę, ja jestem zadowolona z mojej i nie jest droga".
Co za ulga.

Z:
"A maś jedzionko"? - zapytało dziecię płci żeńskiej. " Mam"- rzekła.
" A cio maś"?
" Mam bułeczkę z masełkiem, bananka i jogurcik"
" To jogurcik!" - rzekło dziecię uradowane nad wyraz.
Byłam bardzo zadowolona z faktu, że dziecię ma zaplanowaną, zdrową kolację, kiedy się okazało, że kolacyjka odbędzie się natychmiast. Zaczęła grzebać w czymś, co wydawało mi się plecakiem, a było - zdaje się - przenośną lodówką. Jogurcik wyjęty, łyżeczka oblizana w ramach umycia a dziecię szczęśliwe zabrało się do zdzierania wieczka. Zdarło bardzo ładnie, równiutko. " Ziobać!" - powiedziało dumnie. Ziobaciłam, choć to nie do mnie było skierowane. Piękna koordynacja ręka - oko. A cóż się stało po 3 sekundach? Jogurcik z rączynki dziecięcia  prosto na mnie się  w całej swej okazałości się wyjebał.

Nie cały.
Fakt. Tak, troszkę, troszeczkę, ale zasięg miał jak telefonia komórkowa, co ją czasem przeklinam. Jogurcik na czarnym ładnie wygląda, trzeba przyznać, na żółtym też nieźle, choć - jaka szkoda - mniej wyeksponowany.
"No, przepraszam,  nic się nie stało" - rzekła pojednawczo do mnie, po czym zwróciła się do dziecięcia:" Ile razy mówiłam, że masz uważać?! Jakbyś wylała na siebie to bym musiała prać!".
Dziecię w chlip i łkanie.
Na pocieszenie dostało bananka. Żeby było zabawniej - część bananka wylądowało na podłodze, a część na kolankach.Nie moich. (Choć, przyznaję, lepiej byłoby dla tego posta, żeby wylądowało na moich). Nie, nie powstrzymałam parsknięcia śmiechem. O tyle niefortunnie, że chłop, który skosztował bananka butem typu converse  posłał mi spojrzenie niewróżące rozpoczęcia wiekopomnej przyjaźni, bo najwyraźniej myślał, że to z niego. (Jakby żył w świecie amerykańskiej burleski.) Nie z niego. Dziecię po prostu  zakrzyknęło dramatycznym łkaniem: "mój banaaaaanek!".
Rzekła z przykładną surowością kostycznej dziewiętnastowiecznianki: "  no zobaczymy co babcia powie, jak cię taką brudną zobaczy."

Moim zdaniem gdyby babcia miała choć odrobinę przyzwoitości, to by powiedziała: " masakra."


         Nie rozumiem jak można narzekać na metro. Metro jest szybkie, sprytne i jedzie - jak dla mnie- gdzie trzeba. I jak się okazuje - mówi prawdę. Jak od rana zapowiada, że masakra  - to masakra będzie.


czwartek, 12 marca 2015

o tym, ile można.

No więc już nikt w "Faktach" przez Kamila D. więcej skrzywdzony nie będzie. 

Nie dlatego parafrazuję byłego ministra Zbigniewa Z i jego słynną (i haniebną, co tu dużo mówić) wypowiedź dotycząca pewnego lekarza, by dowalić Kamilowi Durczokowi.
Parafrazuję dlatego, że cała sprawa z Kamilem D jest  - co tu dużo mówić - ohydna. Na równi ze sprawą Ziobro.
Nie dlatego, że biedny pan Kamilek oskarżon niesłusznie. Pewnie słusznie. Chłopa niespecjalnie lubię, wygląda  na  buca i dziennikarz  z niego -w moim skromnym przekonaniu  - średni, ale to nie powód, żeby mu wchodzić z butami w jego białe proszki. Mówię poważnie. Co Kamil Durczok robi sobie prywatnie - jego sprawa.Dla jednych buc (dla mnie), dla niektórych nie (prawda, T? ;) - kwestia gustu  i prywatnych opinii ( jak niniejszy post). Jednak insynuacje "Wprost" są obrzydliwe, cała ta gierka jest obrzydliwa. Te megalomańskie argumenty, że " to dziennikarz, który codziennie mówi kilkunastu milionom Polaków jak żyć"  ( wypisz, wymaluj ambicje "Wprost") to dowcip przedni, bo jakoś nie przypominam sobie, żeby biały dym poleciał z TVN, kiedy namaszczali Kamila Durczoka na szefa "Faktów" na telewizyjnym konklawe. Obrzydliwe to wszystko nie tyle w stosunku do Kamila D (też, biorąc pod uwagę niektóre zdjęcia i sugestie opublikowane we "Wprost"), ale przede wszystkim do osób, które moga być pokrzywdzone w tym i innym przypadku. Bo wychodzi na to, że samo oskarżenie o mobbing czy molestowanie seksualne to   za mało. Trzeba przywalić z grubej rury insynuacyjnej, wszystko utaplać w gównie, zoofilii, kokainie, przez co  odwrócić uwagę od prawdziwego i głównego tematu, który powinien zacząć ważną dyskusję publiczną na ten temat. Bo nie mówi się  o problemie molestowania tylko o tym, czy "Wprost" obrzydliwe czy nie, i jak bardzo Kamil D. ma złamane życie. Od razu pojawia się tu i ówdzie mój ukochany, jakże empatyczny argument " no... to chyba trochę przesada...nikogo przecież nie zabił". No brawo. Relatywizm wiecznie żywy.Wspaniale poprowadzony temat, który prowadzi do takich wniosków.

Złamane życie Kamil Durczok  pewnie i  ma. Na razie. Mówiąc szczerze dziennikarsko-celebrycka przyszłość Kamila Durczoka średnio mnie  interesuje. Trochę to wszystko przykre, trochę smutne a przede wszystkim skandaliczne na wielu poziomach. A samo zachowanie szefa "Faktów" to tylko jeden poziom tego skandalu.
Interesuje mnie  bardziej to, co z tego wszystkiego wynika. "Wprost " zapewne triumfuje. Wyciągnęli na światło dzienne i proszę. Mieli pewnie rację, jak ostatnie wydarzenia pokazują. Koniec Durczoka w TVN. Fanfary. Kurtyna. Standing ovation. 
To może porozmawiamy o sposobie, w jaki ten temat pojawił się w dyskusji publicznej? O poziomie dziennikarstwa w tygodnikach i nie tylko. O tych insynuacjach, okładeczkach, proszeczkach?  O tych bezustannie "anonimowych źródłach"? O tych zdjęciach maili i gadżetów?

Może porozmawiamy o standardach w pracy? Bo jakoś nie zauważyłam, żeby ktokolwiek się doczepił do tego, że sam zainteresowany w rozmowie z Dominiką Wielowieyską ewidentnie wyuczony przez jakiegoś speca od wizerunku i prawnika od gwiazd stwierdzał, że "świadomie nikogo nie skrzywdził" oraz " ma przecież choleryczny charakter", "środowisko jest "specyficzne", a praca "intensywna".   A co to znaczy tak naprawdę? Że wybuchnie raz na jakiś czas, bo każdy ma prawo mieć zły dzień i "nikt nie jest święty" czy wyzywa notorycznie podwładnych od ćwoków i debili, upokarza ich i gnębi? Gdzie jest granica? 

 Bo ja  obawiam się, że to drugie i granicy nie ma.  Obawiam się, że to standard a jak ktoś mruknie, że niebardzo zachwycon to albo jest mięczakiem bez poczucia humoru, albo durną pindą z botoksem w mózgu. Zdarza się,oczywiście, i tak.  Ale co z tego? I tu jeszcze jedno:obawiam się, że jest problem strukturalny.   Gdyby  standard był wysoki, to by Kamil D. nie był szefem kilkudziesięcioosobowego zespołu.  Gdyby standard był wysoki, to  po kolejnej akcji w stylu "pognębię se stażystów albo pomolestuję koleżanki, bo jestem pół-bogiem,pół-durczokiem"(jeśli takie sytuacje miała miejsce, piszę stricte teoretycznie)  wyleciałby z roboty.Albo przynajmniej zapłaciłby jakaś karę, pokrzywdzeni mieliby pomoc i opiekę, takie zachowanie byłoby naznaczone - jeśli nie publicznie to przynajmniej w organizacji - by to się nie powtarzało. Gdyby standard był wysoki i procedury klarowne pracownicy hurtem zgłaszaliby wpadki i traumy, a obawiam się, że albo mogli zgłaszać i się srodze zawieść widząc reakcję albo bać się powiedzenia czegokolwiek....Bo jedna sprawa to uważać, że pan Kamil D. potrafi coś tam wydziennikarzować. Druga - czy jest w stanie być szefem.

Więc może porozmawiamy o tym, czy rzeczywiście chwalony za komisje, badania, "szybką reakcję", etc czyli kompletnie przyparty do muru TVN zasługuje na tego typu opinie. Bo jak na razie  to ja widzę, że jest chwalony za to, że w ogóle zareagował, zwołał komisje, jakieś odszkodowania dał i zamilkł. W końcu nie zamiótł sprawy pod dywan. Brawo. Kolejna owacja na stojąco.  Nic tylko brać przykład garściami, stawiać za wzór (co usłyszałam i przeczytałam) innym firmom i instytucjom. Najpierw z białych proszków "Wprost" trzeba brać przykład,  z niszczenia  przez nich ważnego tematu społecznego oraz używania obrzydliwych insynuacji, a  teraz  z TVN z ich pseudo sprawiedliwością, zerem tolerancji dla mobbingu....  kiedy zabrali się za to w sytuacji kryzysu wizerunku.A mieli, na litość boską, inny wybór?

Jeśli to mają być standardy, to ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego czepiamy się kolejnej gwiazdulki z  TVN,  dziennikarki od kultury, Anny Wendzikowskiej za to, że w rozmowie z Sigourney Weaver zrobiła wielkie i puste oczy usłyszawszy pytanie, czy wie kim był Jerzy Grotowski.
Ripley wiedziała i była lekko zdziwiona, że można siedzieć w tym fachu i  nie wiedzieć.

Można, jak widać.
Dużo można.

Prawda?






czwartek, 5 marca 2015

Co powiedział Winston Ch.

(po długiej przerwie.....ze specjalną dedykacją dla siebie samej )

   Podobno świat książki dzieli się na te, które warto przeczytać i na te, których nie warto czytać. Kwestia doboru pozostaje tajemnicą. Niby są jakieś wytyczne, kryteria, ale w sumie nikt ich nie widział. Reklama, którą ostatnio usłyszałam w radio, miękkim  męskim głosem szepcząca mi prosto w bębenek uszny (nie, nie melodramatyzuje zbytnio...było prosto w bębenek, miałam słuchawki....) o genialnym bestselerze, " następcy ptaków ciernistych krzewów", może nie kierowała się tymi samymi kryteriami co Maria Janion, ale w końcu...kto to wie?

Ten podział na warto/nie warto  jest, moim zdaniem, niepełny. Są jeszcze takie książki, o których mówi się, że trzeba je czytać, bo albo nam szkoła nakazuje, albo "wypada". Szkoła nakazuje czytać nie wiedzieć czemu " Ludzi bezdomnych", do których to z lubością się wraca przy okazji  tematów egzaminów maturalnych. Wypada  znać wszystkie siedem tomów "W poszukiwaniu straconego czasu" przeczytanych, rzecz jasna, w oryginale. Istnieje też kategoria "najbardziej wkurwiających książek" i tu   prym wiodło, wiedzie i wieść będzie po wsze czasy "Wymazywanie" Thomasa Bernharda, co zresztą też świadczy o  jego doskonałości, przyznaję z pełnym nienawiści zachwytem. Są książki - fanaberie, do których należą zbiory reportaży Mariusza Szczygła, książki-brutale czyli ostatnia "Ślepnąc od świateł" Jakuba Żulczyka czy też książki antykoncepcyjne w stylu " Piątego dziecka" Doris Lessing.

Ale są takie książki, dla każdego pewnie inne, które  coś otwierają, jakieś nowe światy, nowe zainteresowania, nową myśl... gdzieś nas prowadzą, dotykają czegoś,co w nas rezonuje na długo po skończeniu   czytania ostatniego zdania. Piszę to  w przeddzień tragedii na Broad Peak, gdzie dwa lata temu zginęło dwóch polskich himalaistów.  Wtedy nie zainteresowałam się tym za bardzo. Ot, poszli , zginęli...zazwyczaj prędzej czy później idą i  giną. Himalaiści. Takie maja zajęcie, które kończy się albo jakaś liną przetartą, albo lawiną, albo zamarznięciem na wysokości, na której nie przeżyłabym pewnie 5 minut. Tak jest i koniec. Jednak książka Jacka Hugo-Badera " Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" zagrała we mnie na tyle, że obsesyjnie zabrałam się do czytania i oglądania na ten temat wszystkiego, co było możliwe. Najpierw à propos samej historii zimowej wyprawy na Broad Peak, potem o samej wspinaczce i himalaizmie. Teraz po prawie 3 miesiącach, kiedy mój entuzjazm nieco opadł, muszę powiedzieć jedno. Jest to fascynujące.  Piotr Pustelnik, zdobywca wszystkich ośmiotysięczników na pytanie po co się wspinać, rzekł był zwięźle, że tym, którzy to rozumieją, nie trzeba tłumaczyć, a ci, którym trzeba tłumaczyć i tak nie zrozumieją. Chyba w tym coś jest, chyba w książce Badera jest to samo. Ponieważ mnie nie trzeba było za bardzo tłumaczyć zabrałam się do dalszych eksploracji z czystej ciekawości ( w końcu co Fanaberia, to fanaberia...). Natrafiłam na film. Film nazywa się " Touching the void" i jest paradokumentem. Historia z 1985 roku, jest zapisem wydarzeń z Peru, gdzie dwóch młodych  brytyjskich wspinaczy przeżyło wyprawę, której przeżyć, jako żywo nie powinno. Złamana  noga, próba pomocy, odcięta przez kolegę lina (który już nie mógł jej utrzymać), mordercza walka o przetrwanie, schodzenie z lodowca na tyłku, w samotności, ciemności, koszmarnym bólu, odwodnieniu i braku pewności czy jeszcze na kolejny metr starczy siły to zapis fantastycznej, niesamowitej, niemalże chorej  determinacji, na którą patrzyłam  z mieszanką przerażenia, niedowierzania i podziwu. Oraz, przyznaję,  delikatnej ironii wynikającej z  niechętnej konstatacji, że może jest w tym jakaś manipulacja, albo robię się płytko melodramatyczna. Trudno. 

Przyszło mi wtedy do głowy zdanie wypowiedziane przez pewnego brytyjskiego polityka. Cytat ten   pojawia się  w mojej głowie (jakże melodramatycznie),  gdy momenty -  co niektóre -  są. Na przykład, gdy czytam niektóre doniesienia na temat   zabójstwa Borysa Niemcowa, czytam doniesienia z Ukrainy Wschodniej i przysłuchuję się uważnie, co ma do powiedzenia mój ukochany minister Ławrow. Kiedy z jednej strony słucham dywagacji o tym, czy sprzedawać czy nie sprzedawać broni na Ukrainę czy sankcje to jednak przejdą czy może jednak nie trzeba za bardzo nic robić, a z drugiej słyszę, co mają do powiedzenia Ukraińcy na temat codzienności w Kijowie czy Doniecku. O  wzroście cen żywności i opłat za prąd czy gaz, o tym że niczego nie da się załatwić, nic nie jest pewne a ktoś znajomy zginął.....ale oni dają radę. Że jest źle, ale mimo zwątpienia, frustracji, biedy, niebezpieczeństwa - innej drogi nie ma.
" Success is never final. Failure is never fatal. It is courage to continue that counts".

"Touching the void" uczy, że to prawda. Wbrew naturze. Wbrew wszystkiemu. Pokonując cynizm. Pokonując strach. Osiągając niemożliwe.

Oby.
Na litość boską - oby.


sobota, 9 czerwca 2012

Fanaberia albo śmierć

        To, co ja kocham w naszym pięknym kraju to oprócz doskonałości języka, w którym, jak w żadnym innym mogę pływać godzinami, mimo niejedokrotnie nie najlepszej techniki, poza humorem a la Raczkowski czy Bareja, czy  przezabawnym kretynizmem "paczaizmu", poza reportażami Hugo-Badera i chopinowskimi krajobrazami, ( co by też tak z grubej rurki, rzewnie było) to, co ja kocham szczerze to są alternatywy.
Myślenie alternatywami, mówiąc konkretnie.
Nader często w myśleniu alternatywami występuję rzeczownik "śmierć". Coś albo śmierć. Nic poza tym.
Ojczyzna albo śmierć.
Nicea albo śmierć.
Teraz przy okazji Euro 2012 po zremisowaniu meczu z Grecją pojawiło się hasło (najnowsza okładka "Wprost") Rosja albo śmierć.
Nic więcej, Rosja albo śmierć.
Sztandar podniesion, poczucie humoru relegowane z krwioobiegu, zero ironii.


Byłoby to zabawne gdyby to hasło wymyślił Antoni Macierewicz, fakt.
Ale niestety, nawet tego nie.

I ja się pytam, gdzież ach gdzież, zgubiło się to  myślenie i czucie wszystkich wielbicieli Stanisława Barei, których -  sądząc po deklaracjach -  jest w Polsce około 150 milionów, którzy zapewne zasiadają na eurotrybunach, na eurokanapach, z europiwem i eurokiebłasą, by eurokomentować i   euro-się-emocjonować że Alternatywy to są 4?


czwartek, 7 czerwca 2012

o specjaliście w swojej dziedzinie

Są tacy ludzie, których obecność sprawia mi przyjemność.Nawet wielką.
Są tacy ludzie, których nieobecność sprawia mi nieprzyjemność. Niestety.
Są tacy ludzie, których zbyt bliska obecność sprawia mi nieprzyjemnosć.
Są tacy ludzie......
...jasne, co dalej, prawda?  Można wymieniać i tworzyć warianty.
Te same warianty można tworzyć przy okazji każdej innej kategorii: są takie książki, których czytanie....są takie filmy.........

Szymon Hołownia napisał felieton. Nie to, żeby to było jakoś wyjątkowe, pisuje felietony co tydzień do "Newsweeka". Styl redaktora Hołowni można nazwać oświeceniowo-świątobliwym. Redaktor Hołownia jest godnym następcą ministra Gowina, w swoim świeckim biskupstwie w swojej chęci do trzymania sztandaru wiary, honoru, miłości i sensu cierpienia ponad głowami grzeszników,w swoim wywyższającym się, lecz przykrytym skromnością tonie pouczenia, którym odmawia innym inności a łatwo ich ocenia.

Redaktor Hołownia skrytykował białostockie Juwenalia za " kilka tysięcy afirmujących rzeczywistość kontra kilkadziesiąt tysięcy przez tę afirmację udręczonych" , skrytykował  warszawski protest taksówkarzy, bo "grupka, paraliżuje rzesze realizacją swoich praw" a przede wszystkim zadeklarował swój sceptycyzm dotyczący Euro 2012, powrównując je do tortu z biało-czerwonym lukrem, który "nie ma ma pierwszego i drugiego piętra, o parterze nie wspominając" ( gdyby ktoś miał problem z konstrukcją tej wybitnej metafory chodzi o to,  powtarzając za Krzysztofem K, że "niczego nie będzie"). Ogólnie Euro niczego nie zbuduje, wszystko się skończy dzień po tym jak polska drużyna odpadnie, wszystko to szczuczne i nadęte a Polacy są dość beznadziejni i hołta pije piwo, paraliżuje miasto, protestuje, manifestuje albo się cieszy a  wszyscy "rozdarci między zbiorowym orgazmem a samotnym udręczeniem, względnie vice versa" .

Redaktor Hołownia może sobie myśleć,  mówić i pisać co chce i bardzo dobrze. Jego prawo.Dokładnie tak: jego prawo. Tych protestujących, cieszących się  i pijących też. Tak właśnie jest.
Nie umieram ze szczęścia z powodu hałasu juwenalianego, Euro psuje mi szyki, a strefa kibica to mnie tylko irytuje, bo powoduje stratę mojego czasu poprzez wydłużenie nieplanowanego joggingu po mieście w godzinach szczytu. Ale jednak jogging to jogging- jakaś zaleta z tej strefy kibica jednak jest. Dokładnie tak jak w przypadku Juwenaliów, sraliów i czy  innych protestów - jakieś zalety i korzyści z tego są. Jakbym się nie zapierała - z Euro też.Choć, mówiąc szczerze nie ma chyba rzeczy, która interesowałaby mniej niż piłka nożna.
Chciażby pierwsza lepsza korzyść:  redaktor Hołownia ma o czym pisać i dostanie zapewne za  to wynagrodzenie.

To wszystko nie byłoby napisane, bo jest oczywiste gdyby nie jedna rzecz. Jedna jedyna i podstawowa. Redaktor Hołownia może mieć nawet nieco racji, ale całkowicie nie zgadzam się z jego metodologią, której wybiórczość i stronniczość przekreśla merytorykę tej wypowiedzi .Redaktor Hołownia zupełnie nie wspomniał o innych eventach, które w tym kraju, w tym mieście, też się zdarzają, a już w dniu w którym to piszę, są po prostu na porządku dziennym. Których obecność także często bywa lukrowanym tortem i fałszywką. Msze, procesje, pochody z biskupami na czele. Dzwony bijące od rana.  Śpiewy i lamenty. Jeśli już poruszamy taki temat, może należałoby być uczciwym i wpisać  to na listę spraw, które powodują, że kilkaset osób przeszkadza kilku tysiącom? Może wyzwać od hołot, w  podtekście od egoistów i ludzi niepotrafiących koegzystować z innymi? I sięgnąć  sokolim  wzrokiem w te rejony, które powinny opiewaną wspólnotę i szacunek budować a nader często z tego się nie wywiązują, ba nader często wywołują niesmak, kłótnię, niechęć, czasem nienawiść?I o tych może,  co grzecznie biorą udział w procesji potem leją żonę,męża czy dzieci?  Jakaś nader celna metafora o zbiorowym orgazmie czy może, może o indywidualnej  impotencji, byłaby na miejscu? Jakieś echo pielgrzymek papieskich, które   często  miały coś wspólnego z instynktem stadnym i  powierzchownością ? No chociażby z  kremóweczką?
 Czy analizujemy rzeczywistość, bo martwimy się o kondycję społeczeństwa czy dowalamy tylko wybiórczo, co niektórym ludziom i zjawiskom?


Jeśli, redaktorze Hołownio, przeszkadza ci protest, manifa czy juwenalia. Jeśli zadeklarowany skrajny indywidualizm nie pozwala ci tego znieść - nie lamentuj, że to wspólnoty nie buduje, że zryw to powierzchowny, choć efektowny.  Nie zawracaj ludziom głowy swoim defetyzmem i arogancją. Poczekaj aż minie, nie marudź, nie projektuj.Po prostu  nie idź, nie patrz, wyłącz, wyjedź, zamknij okno.
Tak jak ja robię to w związku z  procesją Bożego Ciała.
Różnica między nami jest taka, ze mi nie przychodzi do głowy, żeby zamykając okno przed śpiewem bożociałowym natychmiast pomyśleć o śpiewających:   " hołota"  A umówmy się - i taka tam jest.Jak wszędzie.
 Są takie felietony, których lektura powoduje  u mnie poczucie lekkiego niesmaku.
Pisuje je redaktor Hołownia.
Dobrze się jest w czymś specjalizować, czyż nie?

wtorek, 5 czerwca 2012

tym razem bez tytułu

Bawiłam się barbie.
To nie jest rzewne wspomnienie dzieciństwa.
Teraz bawiłam się barbie.
Nie, nie. Nie, że infantylizm wtórny.
Zabawa z dzieckiem, ot co.
Stanęłam na wysokości zadania.
Przynajmniej się starałam.
Bawiłam się więc Barbie Świecącą Syrenką oraz Barbie Magiczną Wróżką. Na pytanie czym się różnią uzyskałam spojrzenie świadczące o tym, że niezbyt jestem inteligentna: "No przecież to jest syrenka a to jest wróżka". Ale co one robią?- pytałam ( co by wyjść z  twarzą i pokazać, że jednak taka durna nie jestem).
" A co mają robić, nic." (nie wyszłam z twarzą).
Są inne barbie?
Dowiedziałam się, że są i taka naj,naj,najbardziej super to jest Barbie Kwiatowa.
Żeby było jasne. Barbie Kwiatowa też nic nie robi i nie ma nic charakterystycznego. Jest dokładnie taka sama jak pozostałe.Może cycki miała brzydsze od tej magicznej wróżki, ale to nie dziwne skoro tamta jest magiczna to sobie może wyczarować, co chce.
To już moje domniemanie, nie dziecka.   

Ogólnie to te barbie były ohydne.Estetyczny skandal.  Jak słowo daję, nic brzydszego nie widziałam, a widziałam tego dnia stado grubych gołębi. Najbardziej mnie jednak zastanowiło, że te barbie są  wyspecjalizowane w totalnych absurdach, bo już nie, że barbie-bizneswomen z mikrokomóreczką  w zestawie dokupionym za niewielkie 29,99 czy barbie-tancerka, w złotych sandałkach, w paczce -gratis. Nie, teraz, jest barbie-syrenka, barbie-księżniczka  czy mini barbie-świecąca syrenka.
ŚWIECĄCA SYRENKA.
Pewnie pochodzi z  Fukushimy, biedaczka.

Natchnęło mnie do wymyślenia  barbie bardziej  wyspecjalizowanych, barbie hardcorowych, bo jeśli  już może istnieć zarówno nazwa "barbie-świecąca syrenka" jak i jej desygnat, to już może istnieć wszystko.
Na przykład barbie-narkomanka.Taka, co ma w zestawie strzykawki,igły, biały proszek, lusterko i tycikartę kredytową. Barbie-ofiara przemocy domowej, z setem doklejanych żelowych siniaków w zestawie. Barbie- żałobniczka natomiast, miałaby czarną woalkę, a w secie byłaby trumienka i znicz.Barbie byłaby ubrana w czarną sukienkę a w wersji zaawansowanej sukienka miałaby tren.
Wersja zaawansowana nazywałaby się tak jak powinno nazywać się całe zjawisko pod nazwą "barbie".
 "Barbie  - Tragedia". 

sobota, 2 czerwca 2012

o tym, że nie ma to jak relatywizm.

        Dużo podsłuchanych rozmów musi w końcu zaowocować dykteryjką. Bo nie ma to jak wygłaszanie nie swoich opinii, tylko z lekką wyniosłością wytykanie innych palcem.W zasadzie postem.



               Chłopak był naprawdę hipsterowaty., Znoszone trampki, kurtka lekko wytarta, iphone najnowszy i markowa torba. Zasiadł niedbale pod  oknem i zaczął konferencję telefoniczną. Ucho wytężyłam przy zaskakującym  jak na to, gdzie się znajdowaliśmy stwierdzeniu "bo  co do za sens dzwonić z autobusu, skoro nic nie słychać". Oto najwyraźniej kolejny dowód wyższości warszawskich tramwajów nad autobusami. Tramwaj jest niesłychanie cichobieżny,szczególnie ten stary żelaźniak którym jechaliśmy,co tobałam się ,że rozpadnie się w drobny mak na zakrętach; natomiast autobus to rakieta kosmiczna.Różnica , że ho ho. Tak więc porzuciłam te nudne artykuły, które miały mnie zabawić w tramwajowej podróży  i oddałam się mojej podsłuchalniczej fanaberyjce:

             "Słuchaj, no tak wdziałam się z nią. Nie, no było ok, ale bez przesady. Co? Tak, teraz dzwoni. Nie, nie ja. Ona dzwoni. Ja? ..Oszalałaś? ....Przecież nie odbieram. A ona dzwoni. A ja nie dobieram. Nie,nie gadaliśmy po. Po co? Przedwczoraj nawet spotkałem ją na ulicy, chciałem wyminąć, ale mnie zauważyła, musiałem pogadać, ale krótko, niech se nie myśli, nie, hahaha. Co? No może, może. Dzięki, dam se radę z laską. Może się z nią umówię, jak w niedzielę nie będę mieć nic do roboty, ale teraz gadać z nią nie będę, pierdolę. A Ty co?... Jak to?.... Dlaczego? O, stara, daj spokój, nie ma co się przejmować.Ale było źle? I co?.... Nie zadzwonił? A mail? Też nie?.... Co za  fiut..... A ty co? ...Nie odebrał ani razu?? ...To jakiś frajer straszny....Daj se z nim spokój spokój."

Jaka szkoda, że wyszedł z tego tramwaju, bo już, już chciałam się rzucić do oświadczyn.

piątek, 27 kwietnia 2012

O tym, kto przegrał.

         Najlepsze czasy to nie są. Nie,nie mówię o Jarosławie Kaczyńskim. Nie mówię o franku szwajcarskim. Nie mówię nawet o tym, że Marszałkowska zostanie zamknięta na 4 i pół miesiąca, a to to jest prawdziwy dramat.
     Mówię o tym, że na moim bloku, jakże pięknie niedawno odnowionym pojawił się nowy wspaniały napis. Nie mogę powiedzieć , że to graffiti, bo fakt, że ktoś ma spray koloru zielono- sraczkowato-fluorescencyjnego nie znaczy, że jest grafficiarzem. Ale ambicja jest.Jak wiadomo ambicja może często prowadzić na manowce. W tym wypadku grafficiarz in spe był nie tylko ambitny, ale i zaangażowany. Przecudnej urody wyglądał właśnie tak:


        Anders Breivik też jest ambitny i zaangażowany. Tak bardzo, że wie jak wykorzystać swoje 30 minut dane mu w procesie.I wie, że niezależnie co powie i tak będzie wszędzie.Bo media, wszystkie media to powtórzą, będą to transmitować, internet będzie huczał od komentarzy i - przede wszystkim- cytatów.Może i z dopiskiem"morderca" czy " psychol", ale manifest zostanie. W zasięgu ręki każdego. Długo nie trzeba było czekać. Nawet na małym  bloku w Polsce pojawił się napis. Czy to ku przestrodze, czy ku pamięci - bez znaczenia. Napis powstał. Jest. Znaczy.

     Najlepsze czasy to nie są. W imię tego Tomasz Lis mógłby sobie darować zwiększanie nakładów "Newsweeka" poprzez publikowanie tej okładki z Macierewiczem jako talibem. (mimo że we wstępniaku jest zatrwożony "mową nienawiści") A Ewa Stankiewicz  powinna użyć nieco mózgu zanim wygłosi  (wypisze) kolejną odezwę  w "Gazecie Polskiej" dotyczącą konieczności bojkotu gazety ( i reklamodawców, co za kuriozum) prowadzonej przez Lisa, bo jest tworzona według"hitlerowskich wzorców"

Bo może i jednej i drugiej stronie, jako przedstawicielom mediów powinna dać do myślenia  sprawa i proces Andersa Breivika. I fakt, że w końcowym rozrachunku - to nie on przegrał.
Niezależnie od wyroku sądu.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

o tym, że najważniejsze jest to, co jest ważne.

         To jakże błyskotliwe zdanie Fanaberium usłyszało o 4 rano w kuchni (niewłasnej), w mieście (obcym) i w stanie nieco zmęczonym. Zdanie odnosiło się do spraw, które wykraczają poza możliwości poznawczo-intelektualno-zmysłowe Fanaberium, gdyż było podsumowaniem nieznoszącej sprzeciwu prelekcji  dotyczącej sztuki, nauki i życia w jednym. Fanaberium z wrodzoną sobie prostotą postanowiło przekuć tę przecudnie złotą myśl na własną modłę i wyciągnąć  z kuchennego wykładu wniosek, że najgłupsze jest to, co jest głupie.

Przez ostatnie 2 miesiące Fanaberium milczało, gdyż  nie miało absolutnie nic do powiedzenia a nie chciało się tym za bardzo chwalić. Nadszedł czas, by coś tutaj napisać. A powód znalazł się sam.

       W kieleckim teatrze. im Żeromskiego, odbyła się premiera spektaklu "Jądro ciemności". Fakt, że powstał na podstawie prozy Conrada wcale nie jest najważniejszy. (choć - tak, tak kuchenny prelegencie - nadal ważny). Najważniejszy fakt jest taki, że jest to spektakl w którym w końcu o coś chodzi. O coś, co wykracza poza obsesyjne analizowanie ja, ja, ja, tylko ja. Fanaberium na teatrze się za bardzo nie zna. Tak piąte przez dziesiąte. Coś słyszało, coś widziało. Bardzo często wychodziło z lekka zażenowane, zdziwione, znudzone i zirytowane z progów teatrów. Może nie zrozumiało, to możliwe. Jednak tu, za pomocą prostych zabiegów ekipa  zrobiła spektakl może nie wybitny, może nie wiekopomny, ale taki, który pozostawia widza z pewnym dyskomfortem, wątpliwością, niewygodą.Zmusza do postawienia pewnych pytań, no może nie  Pytań, pisanych przez największe na świecie P o to czy najważniejsze jest to, co jest ważne. Ale pytań o to, co ja tak naprawdę wiem o tym, co się dzieje obok mnie. Czy jakkolwiek czuję się za to odpowiedzialny? Czy nagły palący wstyd za to, że jestem zamknięty w swoich traumach, uważam je za najważniejsze na świecie, kompletnie nie widzę tego, że powoduję je sam, że dla innych jestem chodzącym spustoszeniem,bo wydaje mi się, że jestem lepszy, bielszy, bardziej predystynowany,  świat należy do mnie i mogę za nic nie brać odpowiedzialności, czy ten wstyd każe mi umyć ręce od wszystkiego, zaklaskać, powiedzieć: "jakie to okropne masakry w tej Afryce były, a fe!" wziąć płaszczyk wykrochmalony, torebeczkę top trendy, przypudrować nosek, poprawić krawacik,  wyjść z teatru,pogadać o tym, co jest niby najważniejsze i  zapomnieć,   czy może przekuje się w coś innego?
No może nie w to, żeby  od razu w Sudanie gołymi ręcami studnie w wioskach kopać. To zostawmy Georgowi Clooneyowi i promocji jego następnego filmu. Może na przykład w to, żeby zainteresować się czymś innym poza własną, białą, europejską (polską) dupą siedzącą jednym pośladkiem na  historii mamy Madzi  a drugim na nieustannym bełkocie związanym z katastrofą smoleńską, która chce mieć w gazecie  kolejną historyjkę po to, by móc się nią następnego dnia -  pardonnez le mot- podetrzeć.

Bo taka rzeczywistość, jak powiedział Allen, jest naprawdę nie do zniesienia.




wtorek, 14 lutego 2012

"lepiej się udławić kością, niż mieć gacha z niemożnością"

..żeby nie było: tytuł jest cytatem.
Z Szymborskiej, a jakże.
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Wszyscy teraz albo recytują z patosem Szymborską i znają się na poezji, albo śpiewają "I will always love you" i znają się na muzyce.
Ciekawe czy redaktorzy z "Uważam RZE" też sobie podśpiewują.
"Bitter - sweet memories..."
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Nie mogłam się powstrzymać.

Sprawy wymagające opisania są trzy.
Pierwsza jest taka, że fanaberium zmienia, może na chwilę, może na dłużej, może na zawsze, tytułowanie. Formuła " o tym, że" nie przyniosła takiej satysfakcji jak, nie przymierzając, otwarcie Stadionu "OTO JESTEM" Narodowego.
Pytam się absolutnie wprost: co za kompletny kretyn wymyślił to "oto jestem? Do czego  to ma być nawiązanie? "Ecce homo"? -  Stadion Narodowy?

Tak więc formuła  się wyczerpała.
Formuła będzie nowa.

Ecce formuła.
Oto jestem.

Formuła w postaci lepieja.
Lepiej jest gatunkiem wymyślonym przez Wisławę Szymborską a nazwanym, bodajże, przez Michała Rusinka.
Wolnym rozwinięciem powiedzenia "lepszy rydz niż nic". Przykład w tytule.
Nazwa - chyba jasna.


Ecce lepiej.

Fanaberium prosi o pomysły na lepieje-tytuły.
Dobry lepiej ulepić łatwo nie jest, fakt.

Druga sprawa to wyjaśnienie, że do redakcji nadeszły tysiące milionów odpowiedzi i propozycji na zadane poprzednio pytanio-prośbę.
W stosownym czasie redakcja się odniesie.


Po trzecie i najdłuższe.
Nie to, że ja byłam kiedykolwiek piewczynią talentów i boskości Tomasza Lisa.
Nie-e.
Jednak parę wstępniaków miał dobrych. Kilka - świetnych.Mimo notorycznych sugestii, że jest platformianym sługusem potrafił kilkakrotnie krytykować i ukłuć rząd mocno.
To fajne.
"Wprost" za jego czasów się zmieniło - moim zdaniem - na lepsze. Tu można polemizować i ostro się pokłócić, wiem.Jednak moim zdaniem - na lepsze.
Złościło mnie  o wiele  mniej i  rzadziej niż zanim Tomasz Lis został jego redaktorem naczelnym.
Mimo tego Tomasz Lis, niestety, wykazuje się czasami komentarzami tyle rzuconymi jak kulą w płot, ile po prostu dość miałkimi i zupełnie niepasującymi do osoby o tej pozycji, opinii, ambicjach i możliwościach.
Ten pseudodowcip ostatnio w Poranku u Jacka Żakowskiego dotyczący wieku emerytalnego kobiet
("wszyscy wiemy, że najlepsza liczba to nie 67 a 69") był krótko mówiąc żałosny. I rzecz jasna, to miał być dowcip, a nie luźna uwaga będąca głosem w merytorycznej dyskusji w Poranku. Gdyby nie szczera konsternacja Tomasza Wołka, udawana konsternacja Jacka Żakowskiego i, jak zwykle pełne, zadumy milczenie profesora Wiesława Władyki, Tomasz Lis władowałby się bardziej.
A tak to się wyplątał.
Ale - no cóż - użyję przestarzałej kategorii - nie przystoi. Jako żywo.
Jednak, mimo wszystko, Tomasza Lisa  jako redaktora naczelnego "Wprost" widzieć  chciałam nadal.

A tu- phi.
Ni ma.

"Wprost" ma nowego naczelnego a my, zdaje się, inną jakość pisma.
Miejmy nadzieję, że wkrótce lepszą niż prezentowany w nowym numerze tekst o Zbigniewie Lwie Starowiczu, który nie mówi nic o niczym, a wsadzać go do działu "Społeczeństwo" jest jakimś szalonym nieporozumieniem. Powinien nazywać się "Parenetyka"(pareneza - pouczenie, głównie propagujące jakieś wzorce zachowań)   lub- jeszcze lepiej- "Hagiografia" czyli - jeśli ktoś nie pamięta lekcji literatury- tak zwane żywotopisarstwo świętych. Wtedy by oddawał to, co opisane w artykule.

Żywo świętego seksuologa, co jest tak żywotny dzięki zajmowaniu się seksem czy to naukowo, czy dla przyjemności, że spędza przynajmniej dwa razy w roku wakacje z przyjaciółmi w egzotycznych miejscach, świetnie wychowuje dzieci, zawsze wszędzie jest pierwszy, nigdy nie podnosi głosu, jest dobrym katolikiem (lub przynajmniej był) a jak leczył homoseksualistów elektrowstrząsami, to przeczuwał, że to nie przyniesie rezultatu więc jak 1973 WHO skreśliła homoseksualizm z listy chorób "nie było to dla Lwa -Starowicza zaskoczeniem".
No po prostu nie było!Zupełnie!

Brawo, brawo, brawo.

Ecce homo!

poniedziałek, 6 lutego 2012

O niczym.

           Fanaberium drżało z niepokoju, że zostanie zamknięte lub też pociągnięte do odpowiedzialności za to czy tamto. Toteż zamilkło dyskretnie.
Lista tematów na które chciało się wypowiedzieć jest jednak niekrótka, niedługa  - w sam raz. Uzbierało się.
A wybór trudny.
Czytelnicy więc są proszeni o podjęcie tej decyzji drogą głosowania i argumentacji,  który to z poniższych tematów lub też z tematów całkowicie innych Fanaberium powinno rozwinąć/ wyrazić swoją kompletnie pozbawioną większego znaczenia  opinię/ napisać rozprawkę szkolną, ku uciesze  i zadumie   własnej, a także - miejmy nadzieję - Fanaberium-czytelników.

1)Kondycja psychosomatyczna ministra Sikorskiego po wyrażonym przez niego postulacie zburzenia Pałacu Kultury.

2) Skwaru nie ma.

3)Lepieje  okolicznościowe ku czci ACTA. (Kto nie wie co to "lepiej" niech se lepiej wygugli)

4)Przyznanie narody Fanaberium  dziennikarzowi /prezenterowi za najbardziej natchnione wykonanie na antenie telewizyjnej lub radiowej wiersza Wisławy Szymborskiej "Kot w pustym mieszkaniu" w ramach komentarza do śmierci Autorki owego.

5) 12 seriali na 12 miesięcy czyli podsumowanie roku 2011 z horoskopem na rok 2012.

6)Fanaberium zaczęło raczkować czyli blog obchodził pierwsze urodziny.

7) ?

Na odpowiedzi czekamy do 12 lutego, do godziny 12.12 a za wszystkie będziemy wdzięczni.

Z poważaniem,

Redakcja

wtorek, 20 grudnia 2011

O tym, że "?"

Listopad przeszedł a po nim smętny grudzień.
Żarówka 25-watowa wydaje się jaśnieć oślepiającym blaskiem niczym Zbigniew Ziobro na firmamencie Solidarnej Polski, bo słońce wydaje się być nie w nastroju.
Trochę poświeciło, ale raczej dla podrażnienia niż rozluźnienia.
Ciemność i chmurność.
Tony  czekolady i kilogramy wyrzutów sumienia, którym przyobiecano spalenie w zupełnie niedalekiej, aczkolwiek nieokreślonej dokładnie przyszłości.Bo nagle normalny dystans na siłownię wydaje się być nie kilkusetmetrowy a świetlnokilometrowy.
Mało śmiechu w śmiechu,  mało entuzjazmu w entuzjazmie,  już nie mówiąc o energii w energii i cukru w cukrze.
A tu żadna Marysia nie posprząta i nie nagotuje.
Koniec bliski.

Jednak zamiast pogrążać się w radioheadowskim "how to disappear completely" albo - jeszcze lepiej - w "no surprises" można zastanowić się nad tym, co był rzekł 20 - kilku letni młodzian w tramwaju zwanym piętnaście. Młodzian żalił się drugiemu, że jest niezrozumiany, że "stary ja naprawdę nie wiem, o co biega".

Sprawa była tak skomplikowana, jak przysłowiowy drut albo też inna rzecz, co może być prosta.
Panna lat mniej więcej tyle, co wyżej wymieniony, wysłała wiadomość do niego, która zawierała pytanie "hejka jak tam?"
Młodzian, kiedy już wiadomość zauważył  i miał czas, odpisał, że "spoko".
I tyle.
Spoko.
"Bo przecież jest spoko - co miałem innego napisać".
Jednak panna widać nie była zadowolona z konwersacji, gdyż jak wynikało z dalszej relacji "potem ciągle miała pretensje, że się nią nie interesuję i wysyłała jakieś dziwne smsy cały dzień a ja nie wiedziałem co mam zrobić i nie odpisałem nic".

Bo są pytania, które znaczą coś innego niż znaczą.(Partner wykonuje podobny zawód?- dowiedzmy się więcej o życiu prywatnym pracownika(cy), tak mimochodem)
Które nie wiadomo, co mogą znaczyć. (Co robisz teraz?- jeśli nic to wynajdziemy ci coś)
Które znaczą więcej niż znaczą. (Byłeś/byłaś sam/a? - spotyka się z kimś innym??!!!!)
Albo zgoła mniej. ( Fanaberium nie partycypuje w strukturze, gdzie się chce wiedzieć mniej;brak przykładu)
I   - co gorsza - nie wiadomo, po co są zadane.(Widzę, że rozmawiasz przez telefon?- eeeeee?)
I o co w nich chodzi. (życzy pani pół kilo czy 50 deko?- stupor)
I - co jeszcze gorsze- świadczą o kompletnej ignorancji pytającego.

"Ten Stan Wojenny, co jakiś generał tam był, to w XIX wieku, co?"

Spoko.

czwartek, 24 listopada 2011

O tym, gdzie jest centrum.

Są wyjaśnienia tak uniwersalne, że działają niemal we wszystkich sytuacjach.Czy to twarzą w twarz, czy też mailem w mail można się jakoś wymigać od kontaktu, wyjaśnić niedyspozycję lub poślizg w czasie.

Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)

Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.

Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.

Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?

Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.


Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50-  nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"

I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.

poniedziałek, 21 listopada 2011

O tym, że ...

Tak więc, proszę państwa, witamy w trwającej od dawna epoce niedopowiedzenia.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.

A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.

Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz,  że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).

Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A  może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może  jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że  .......... albo może...........

 Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau  (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.



 I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w  wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.

Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w  smugę cienia.

Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku  PiS-owski wielokropek poległ.

poniedziałek, 7 listopada 2011

O tym, że studium psychologii popularnej.

No więc nie będzie skarg na ortopedów.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.

Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny  los.

Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.

Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie  ósemki są po to, żeby je usunąć".

No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.

Mój stomatolog jest łysy.

wtorek, 1 listopada 2011

O tym, że fanaberium się zirytowało o 2 :07 w nocy.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam "Dziennik".
Wzrok oglądających był nieprzenikniony, czasami patrzyli się na siebie i nic nie mówili.
Potem przyszło zrozumienie i uzus semiotyczny.To było "znaczące spojrzenie" lub też "wątpiący wzrok".
Na przemian.
Pogrzeby Andropowa i Czernienki.
Jak przez mgłę.
Babcia oglądała relacje telewizyjne patrząc na płaczące tłumy żałobników mówiła coś o głupich.
Nieładnie tak mówić przecież.
Potem okazało się, że w tym właśnie zdaniu Babcia miała wiele racji.

Fanaberium nie śpi (bo wyspane) tylko czyta. I przeczytało sobie trochę artykułów i dysput. Miało w tej kwestii głosu nie zabierać, ale jednak się zirytowało.

Kazimiera Szczuka (współ)napisała "Duża książkę o aborcji", która została skazana na banicję tak bardzo, że sprzedaż wzrosła.Ale ja nie o chwytach marketingowych
Ja natomiast o tym,  że w proteście związanym z pojawieniem się książki na rynku ileś setek internautów podpisało petycję, by owej sprzedaży   w ogóle zakazać, gdyż "propaguje aborcję wśród młodzieży".
I tak już pozostało powielane przez kolejne teksty, kolejne portale, kolejne dyskusje. "Propaguje aborcję wśród młodzieży".
Jak można propagować aborcję wśród młodzieży to ja naprawdę nie wiem. Jakieś seppuku gremialne wśród tych cudów natury - kilkunastoletnich chodzących płodów?
Bo miejmy nadzieję, że nie chodzi o to, że młodzież po przeczytaniu jednej książki, w której jest mowa czym aborcja jest, która wyjaśnia zagadnienia, która po prostu dostarcza wiedzy na temat  między innymi człowieczej seksualności i której nie ma obowiązku czytać, pójdzie hurtem sprawdzać ot, tak sobie phi phi, jak to jest aborcję mieć.
Przeprowadzić.
Zrobić.
(Czasownika "dokonać" fanaberium nie użyje, bo to kalka językowa z "dokonać zbrodni" i zdaje się, że z tym się ma kojarzyć -  co jest kolejną językową manipulacją.)
Jeśli o to w  "propagowaniu" chodzi, to trzeba  by było się zastanowić czy inne dziedziny i zagadnienia nie propagują wśród tej durnej pozbawionej mózgu, wychowania, kontekstu młodzieży podejrzanych odruchów i zachowań.
Chemia to na przykład propaguje narkotyki.Na początku kwas i zasada a potem  to już alkaloid.
I tylko czekać jak se upichcą kokainkę w melinie garażowej pod nieobecność rodziców.
WF propaguje agresję, tego tłumaczyć nie trzeba.
A nade wszystko literatura. Jak się ich nauczy czytać to już koniec.
Porażka.
Nie wiadomo co przeczytają, co pomyślą i jakie wnioski wyciągną.
Nie można do tego dopuścić.
Prosta to droga do katastrofy i to nie takiej, co prowadzi czwórkami do nieba.
Generalnie edukacja propaguje więc jakiś koszmar, wiedza prowadzi do myślenia, myślenie zaś do wiedzy a to jest błędne koło.
Przestańmy.
Wtedy będzie łatwiej wszystkim wpierać to czy tamto, myśleć za nich i podejmować decyzje.Naprawdę -  trzeba zaprotestować.



Babcia miała rację.
Głupich nie sieją tylko się sami rodzą.

Widać nikt nie rozpropagował wśród nich aborcji.

niedziela, 30 października 2011

O tym, że czas zimowy.

I didn't have time to write a short letter, so I wrote a long one instead.
(Mark Twain)

Fanaberium odkrywa krótką formę.
Nie ma opisywanek, introdukcji i punktów kulminacyjnych z katastrofą w tle, by przejść gdzieś w piątym akapicie do kolejnego sedna, a w ósmy zabrać się za 10-zdaniową pointę.

Sposób wyrażenia opinii na temat przyszedł mi do głowy, gdy wychodziłam dziś z metra.
Ulotki.
Brać czy nie brać?

Moja niegdysiejsza rozmowa z S. nie rozwiała wątpliwości, tylko utwierdziła mnie w problemie.
I S. i ja zgadzaliśmy się, że wzięcie ulotki, to poparcie rynku pracy, przeciwdziałanie bezrobociu. Pani/pan od ulotek ma pracę a wykonuje ją -  być może utrzymuje -  dzięki temu, ze ja ulotkę wezmę.Nie wzięcie - ekologiczny protest, bo i tak to się potem wyrzuci do kosza (oby, a nie na ulicę lub wsadzi do kieszeni, by zapomnieć, a  potem pięknie uprać z czarnymi rzeczami), kolejne drzewo padnie, a my   à la Michael Jackson w teledysku odbijamy sobie symbolicznie  kolana na ubitej ziemi, z odezwą "what about us".

S. mnie poparł, dorzucił swoje i byliśmy bardzo zadowoleni z wielominutowej dyskusji, błyskotliwości, wzajemnego poparcia i rozintelektualnienia, gdy przyszła H. i na zadane pytanie zdumiona powiedziała zwięźle: nie, ja nie biorę tej ulotki. Nie dlatego, że to czy tamto.
Ja po prostu tej ulotki nie potrzebuję.


Lapidarność stylu, ot co.

Oby równie lapidarny był okres jesienno-zimowy.
Bo H. powiedziała słusznie.
Ja tego po prostu nie potrzebuję.

piątek, 14 października 2011

O tym, że tym razem krótko.





            Egzemplifikacja tej tezy przyszła do mnie sama. A w zasadzie usiadła obok mnie w metrze i perorowała o filmie "Bitwa Warszawska 1920" Jerzego Hoffmana.
Perorowała o tym, efekty są "jedyne w swoim rodzaju, a  Natasza Urbańska  "naprawdę świetnie " zagrała i jest to film, który każdy Polak powinien zobaczyć.
Ale okazało się, że efekty i Natasza, to nie jedyny powód  ciągnięcia do kina każdego Polaka. Tym powodem jest to, że:  "film w końcu   prawdziwie pokazuje, jakie te Ruskie to hołota i spsienie.
Bo to cała prawda w tym filmie, bo to film historyczny. Oni też - przemówienie szło  głośno przez cały wagon -  taki film zrobili ostatnio historyczny, ten "1612", co  pokazywał jak Polacy mieli wojnę z Ruskimi i zajęli Moskwę. Pewnie, że zajęli, bo  się należało, ale na pewno się tak nie zachowywali, jak Ruscy w filmie pokazali. Polacy się tak nie zachowują i mieli prawo Ruskich zaatakować  więc po co takie  kłamliwe filmy  robić i jeszcze mówić, że są oparte na faktach."

To oczywiste.

środa, 12 października 2011

O tym, że wybory językowe.

               Wybory były, tu wygrali, tam przegrali, referendum, która strona Warszawy bierze Budę, a która Peszt na pewno niedługo się odbędzie. No i Waldemar Pawlak jak zwykle w formie, bo nie pitolił o miłości i przegranej drużynie ani nie kazał nikomu niczego przysięgać w dziwnych gestach tylko wyrzucił z siebie, iż było cholernie ciężko.
I tyle.
Nie ma to jak szorstkość i zwięzłość strażaka.


  Teraz wyszło na jaw, że te wybory są specjalne.Dzięki szczeremu jak dziecko Januszowi P., który pokazuje, że rozwój zaprawdę nie ma granic - od Ozonu z "zakazem pedałowania" na okładce do największej nadziei lewicy legalizującej związki partnerskie - Sodoma i Gomora weszła do Sejmu. Marek Jurek jest przerażon. W Tok Fm słychać było głos, że to są w nowym parlamencie są " dziwne, nieznane osoby z marginesu społecznego". Nieznane, ale wiadomo, że z marginesu i że dziwne.Nikt nie zaczął jeszcze pracować, że tak fanaberium delikatnie wspomni.Ani przerazić się nie było czym, ani zachwycić.

Ale to też wyzwanie dla języka polskiego.
Tu tyle nowych dziwów się narobiło, że polski mainstream nie ma słów.
Gdzieś tam opłotkami się bąkało, jedni zręczniej inni mniej zręcznie, ale "jedynki" w Wyborczej to raczej nie miało zbyt często. Teraz jednak wejdzie to do języka codziennego polityki  i to jest wielka fanaberia jak co niektore media  wiją się w karkołomnych hołubcach językowych.Określeniach, wyjaśnieniach i naklejaniu etykietek.
 Już, już ad remuję.

Po pierwsze: Murzyn wrócił.
Poseł John Godson z Łodzi, który, co tu dużo mówić,dla niektórych wszedł do Sejmu tylnymi drzwiami (na skutek rezygnacji z mandatu innego posła, Hanny Zdanowskiej) teraz uzyskał reelekcję.I teraz jak tu o tym pisać. Egzotyka posła nakazuje podkreślić jego pochodzenie, ale jakby się nie starali to za każdym razem fuck up. Jedni, że Murzyn w sejmie. Inni , że Afroamerykanin (Afroamerykanie, moi kochani dziennikarze, to są osoby mieszkające w Ameryce, głównie w Stanach a poseł Godson pochodzi z Nigerii) inni  jednak, muszę to przyznać,  starają się być delikatniejsi i mówią "czarnoskóry parlamentarzysta".   Czekam aż Artur"koniec-cywilizacji -białego -człowieka" Górski zacznie  nazwać się "białoskórym" posłem, aby na pewno się odróżnić.

Po drugie: Gej w natarciu.
Geje"weszły" do Parlamentu. W postaci Roberta Biedronia zniszczą "polską rodzinę" (każdą) w przeciągu chwili.Do zaprzysiężenia nie będzie już czego zbierać.Czy geje weszły dopiero teraz można polemizować zapewne, ale nie wypada.
Chodzi o to, że do Sejmu wszedł "otwarty" gej. Czy to Wyborcza czy Rzeczpospolita - ta formuła obowiązuje. Pierwszy otwarty gej. Co kreuje podwójną zadumę. Otwarty na co? Otwarty, że tak łatwo nawiązuje kontakty?Otwarty na nowe wrażenia? Czy co niby? A jeśli chodzi,o to, że się otwarcie przyznaje do tego, że jest orientacji homoseksualnej to zastanawia mnie też ten liczebnik.
Pierwszy otwarty gej.
Czy skoro otwarty jest pierwszy to jacyś zamknięci (i w sobie i/ albo w ujawnieniu się) też byli, ha?
No nie wracajmy już, który polityk którego z mężem  do siebie zapraszał na pojednanie.


Po trzecie: Feministka u bram.
Wanda Nowicka też ma to do siebie, że jest "otwartą" feministką. U niej (uważam RZE głównie w mediach prawicowych) pojawia się także przymiotnik "główna".Kazimiera Szczuka zdetronizowana. Powinna popełnić harakiri na Manifie. Zresztą wszyscy powinni, bo mord idzie aborcyjny. Fala.Rejtanem my powinni wszyscy. Natychmiast.
Ta pewność  apokaliptyczna spowodowała, że Wanda Nowicka "główna feministka"  już sprawiła  cud, gdyż także dzięki jej pojawieniu się w parlamencie Tomasz Terlikowski pokochał Platformę Obywatelską.
Cud!
Teraz Platforma już nie jest be, już można namawiać, "odezwy" pisać, "wzywać" i  "jednoczyć" przeciwko. 
Otwartej Feministce (aborcja, aborcja, aborcja!!!) i Otwartemu Gejowi (adopcja dzieci, adopcja dzieci, adopcja dzieci!!!)
 Wyżej wymienieni, nawet nie zostali jeszcze zaprzysiężeni i niczego nie zrobili ani niespecjalnie się wypowiedzieli, że tak fanaberium  raz jeszcze delikatnie wspomni.

Dominik Zdort  ("Rzeczpospolita")w obliczu Palikotów docenił SLD. Dramatyczny apel drugiego dnia po wyborach -  "Konieczny jest opór wobec zapateryzacji !!!! -  w obliczu 60 mandatów, które dzierży w nowym parlamencie ta podwójna teraz niby-lewica -  to jest jednak kabaret.
Pominę zadumę, że dotychczas jako Zapatero opisywany był Napieralski Grzegorz, bo zarówno to porównanie, jak i sam opisywany odchodzą w  zasłużone zapomnienie.Skupię się na zapateryzacji AD 2011: konieczny jest więc opór, jako żywo.
Ruch oporu i tajne konserwatywne komplety.

Ale żeby tego było mało - to:

Po czwarte: Transeksualistka z  Krakowa.
Anna Grodzka, która przeszła operację zmiany płci (i wszyscy o tym KONIECZNIE muszą wiedzieć poinformowani przez samą zainteresowaną i media) wprowadza kompletne zamieszanie. Aby wybić jeszcze koniecznie fakt, ze transseksualistka (czy transeksualista?, które panie dziennikarzu, bo z używaniem tego też bywa różnie) jest jedyną transpłciową parlamenarzystką na świecie (skąd oni to wiedzą, że tak obwieszczają?) która to w Sejmie RP (Rzeczpospolitej Polskiej a nie Ruchu Palikota) zasiadać będzie  trzeba na dodatek koniecznie wpaść w lekkie faux pas, że nawet konserwatywny, z lekka patyną pokryty Kraków dał się skusić.
Kraków taki konserwatywny, że aż transseks w Sejmie, głoszą media niemalże w tej formie(pseudo)haiku.
Niektórzy już zadeklarowali (od wyborów mija godzin 48), że będą "tego wszystkiego" unikać i wzywają, że trzeba to jak Samoobronę w 2001 traktować.
Izolująco.
Po 2005 roku ta izolacja , jak wiadomo wyglądała  przez owych, co wzywają nieco inaczej. 



Brak mi pointy, naprawdę.
Mogę coś nabredzić o histeriach, uprzedzeniach i lapsusach językowych.
Ale  wrócę raz jeszcze do mistrza ciętej riposty premiera Pawlaka:
 "Można się z tego śmiać, ale, proszę państwa, to się dzieje naprawdę"

niedziela, 18 września 2011

O tym, że życie na podsłuchu.

Bywa tak, że trzeba czekać. Niestety. Długo i żmudnie.
A tu ani kartki w około do przeczytania, słuchawek nie ma, komórka na wyczerpaniu, jest tłok, jest duszno, ogólny brak wszystkiego i nic nie wiadomo. 
Co zrobić wtedy?
Tak, winnam.
Podsłuchuję.
Gdy toczy się konwersacja w zasięgu mojego ucha, odruchowo wychwytuję najpierw pojedyncze słowa, potem zdania, składam je w całość, kto zacz, gdzie i skąd.Po co, można zapytać, To nieładnie - skomentować można. Po co- to proste. Zawsze się można czegoś nauczyć,jeśli nie to zabawić no i przestać tak czekać i czekać. Co do drugiej uwagi, że nieładnie - cóż można rzec?  - Phi.
Najlepszym miejscem do podsłuchiwania jest miejsce ciche. Wtedy nie trzeba zastygać, wysilać się, niecierpliwić.Można szybo ocenić sytuację czy to interesujące czy nie, dać sobie spokój albo iść w to dalej. Godne polecenia są wszelakie poczekalnie. Przoduje w tym korytarz przed gabinetami lekarskimi, lecz ostrzegam- jest to  pułapka. Rozkwita tam bowiem targowisko medycznej bolesności. Licytacja na lekarstwa, aukcja chorób, istne allegro przypadłości. Małym pocieszeniem mogą być rady dotyczące "łykania magnesów" lub też reminiscencje z wnętrza "rezonu magnetycznego."
Komunikacja miejska jest także cudowną podsłuchiwalnią. Metro najmniej, bo szumi, uwaga drzwi się zamykają,  następna stacja Politechnika - głos  wieści dystyngowanie . Same przeszkody w kontinuum podsłuchiwawczym. Natomiast tramwaj niskopodłogowy to jest istny wypas.Cicho jedzie, nie wydaje dźwięków, klimę ma więc nikt nie sapie, dycha i narzeka na zimno-ciepło.
W środę czytałam teksty o hasłach wyborczych. Sztaby od niedawna prezentowały, promowały i wyjaśniały. Eksperci analizowali, chwalili, ganili. Sztabowcy dwoili się, by wyśmiać konkurencję.  Czy  obiecanki - cacanki "Zróbmy więcej " to odniesienie do  pustego "Polacy zasługują na więcej" a czy "Polacy zasługują na więcej" to plagiat niegdysiejszej kampanii LPR "Polska zasługuje na więcej" i co na to wszystko Grzegorz "Jutro bez obaw"Napieralski  z "Jestem w polityce nie dla pieniędzy" Palikot.Osobno, rzecz jasna.

Czytałam w tramwaju i już nieco mnie to znudziło szczególnie, kiedy doszłam  do hasła ludowców.  Wychwyciłam głosy.Zniecierpliwione, podkłócone, szorstkie.Dwoje dwudziesto(paro?)latków przeżywało swoje problemy miłosne. To znaczy ja sądziłam, że są to problemy li tylko problemy miłosne.To było ciekawsze. W końcu "Człowiek jest najważniejszy"  (PSL).Złożyłam papiery.  Był jakiś "on" i było dramatyczne "dlaczego?!" z zawieszeniem głosu i trzykropkami.  Melodramat, chusteczka, płacz. I już, już chciałam zrezygnować kiedy padło : -"Gdybym wiedziała, że tak pomyślisz,to bym tego nie zrobiła" . - "Gdybyś tego nie zrobiła, to bym tego nie pomyślał".
Ładne.
Poniekąd logiczne.
A potem padło: "Jak możemy być razem skoro nie tylko chcesz na niego głosować, ale w moje urodziny pracować w jakimś tam sztabie"?

Polityka miłości przybrała ciekawy kształt.

Podsłuchiwanie może kończyć się także klęską.
Bo pozostaje pytanie na tle dzwoniących w uszach haseł wyborczych:  który to sztab?!