niedziela, 13 lutego 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.5

Dla Dawida
(30 stycznia 2005 roku)


Ojca biegnącego można było zapamiętać jeszcze w jednej sytuacji: kiedy to ratował siostrzeńcowi żony życie. Siostrzeniec żony  - czyli inaczej dla młodszego pokolenia Brat Cioteczny - miał wtedy jakieś 8-9 lat, był chudy jak szczapa i kolegował się tylko z dziewczynkami. W okresie dojrzewania jego fascynacja kobiecymi ciuszkami, szminkami make-upami, a nade wszystko -  pończochami,  przeraziła  Siostrę Matki, Matkę i  resztę rodziny do tego stopnia, że postanowili oddać go do męskiej szkoły z internatem  - co  nie tylko nie zmieniło jego fascynacji, ale dało nieograniczone możliwości współżycia seksualnego i ugruntowało jego homoseksualizm na dobrych parę lat, dopóki nie odkrył heteroseksualnej strony swej natury objawionej w pewnej filigranowej brunetce, która zostawiła go po dwóch latach szczęścia z dwójką swoich (i Pan Bóg raczy wiedzieć czyich jeszcze) dzieci, a sama uciekła z kochankiem do Australii.  Zanim jeszcze do tego doszło Brat Cioteczny grał w gumę z koleżankami z ulicy. Był jedynym chłopcem pośród całej gromadki i bardzo dobrze z tym się czuł.  Na ulicy przy której stał dom rodzinny i na której grali w gumę, zamieszkiwał ktoś, kto jest ważką postacią tej opowieści i  kto już podówczas wszystkich fascynował. A był to niejaki Jamal O’Brien - ani chybi Murzyn.  Pod koniec lat 80-tych w Polsce czarnego człowieka nieczęsto się widziało, a tu taka gratka na ulicy obok zamieszkuje. To  wzbudzało sensację. Afroamerykanin Jamal był studentem miłym i uprzejmym na zaczepki nie reagował, a z dzieciakami szybko się zaprzyjaźnił, bo nie krzyczał za wybite kasztanami szyby (widać niegłupi był i szybko zrozumiał ze chodzi im tylko o wywabienie jego głowy z wnętrza pokoju - jak z magicznego pudelka - okazanie olśniewająco białych zębisk i okrzyku „what’s the fuck”. Kiedy zaprzestał wynurzania się, dzieciaki -  znudzone niepowodzeniem -  przestały rzucać kasztanem) wiec został zaakceptowany. Raczej później niż wcześniej, ale bądź co bądź wtopił się w obraz ulicy.
 Dzień kiedy Brat Cioteczny grał w gumę obfitował w jeszcze jedna ważną scenę. Zebrana przed telewizorem rodzina dyskutując nad różnymi sprawami tego świata, zeszła na temat niezbyt popularny i w zasadzie  nieczęsto poruszany, a z braku informacji  wzięty z półki since fiction. Tym tematem była choroba i to nie byle jaka. Było to Aids. Coś każdy piąte przez dziesiąte słyszał: że to atakuje, ale nie wiadomo co, że przenosi się przez sexy -  jak mówiła Babka, nie przez sexy tylko przez prezerwatywę -  jak twierdził Dziadek Drugi, nie przez prezerwatywy tylko bez prezerwatywy – „wujku źle usłyszałeś!” -  krzyczała Siostra Matki, „ty już o prezerwatywach nie myśl” ripostowała Babka Pierwsza. Matka próbowała wyjawić tajemnicę pochodzenia Aids, ale nikt jej nie słuchał, bo trwała zacięta dyskusja nad rasistowskim stwierdzeniem Ojca, któremu przerwano koszmarną wypowiedź o czarnuchach, co chorobę przenoszą. W końcu stanęło na tym, że choroba idzie z Afryki od małp i murzynów, co spotkało się z przeciwem bardziej oświeconej części rodziny, ale dalszej części już dzieciaki nie usłyszały, bo zostały brutalnie wyproszone z  domu by świeżego powietrza się nałykać - jak twierdziła Babka. Grali więc w gumę i wszystko było w porządeczku, dopóki nie przyszedł Murzyn z sąsiedztwa. Murzyn z sąsiedztwa -  nazwany rzecz jasna Bambo, bo jakżeby inaczej -  szedł ulicą zaczytany, Ciotecznego Brata nie zauważył i wpadł na niego, a ten wylądował z hukiem na bruku. Murzyn z sąsiedztwa pomógł mu wstać, pogładził go po głowie, zapytał się czy okej, potem  jeszcze raz go pogładził po buzi, dał mu gumę do żucia i sobie poszedł. A w duszy Ciotecznego Brata coś zakiełkowało. Coś na kształt niepokoju. Proces myślowy przebiegał następująco: skoro Bambo jest czarny, skoro czarni pochodzą z Afryki, skoro z Afryki idzie zaraza o której cała rodzina rozprawiała, skoro zaraza przechodzi przez dotyk jak twierdził Mąż Siostry Matki  -  to on w rzeczy samej już jest trupem. Mąż Siostry Matki powiedział dokładnie  że można się zarazić przez „dotyk -  rozumiecie, co mam na myśli”, ale Cioteczny ośmioletni Brat uważał, ze wie co Mąż Siostry Matki ma na myśli. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest umierający. Że koniec z nim. Koniec z nim, z graniem w gumę z podbieraniem szminek i zakładaniem pończoch, koniec ze zbieraniem nalepek z Limahlem i z  Whitney Houston dla dziewczyn, żeby w zamian za to pozwoliły mu się ubrać w sukienkę, koniec z jedzeniem krówek, które były zakazane, bo wchodziły w zęby  i robiły dziury. Koniec ze szkołą, której nagle zrobiło mu się trochę żal i koniec z prezentami pod choinkę, które przynosił świetnie przebrany za Mikołaja i uszminkowany Dziadek. Podzielił się tym strasznym odkryciem ze wszystkimi gumograczami, a ci nabożnie podzielili jego strach. Nie pozostało nic innego jak powiadomić rodziców o rychlej śmierci ich syna. Jednak postanowił podjąć jeszcze jedna próbę wyplenienia z siebie świństwa. Pomysł poddała mu jedna z gumograczek, ta Mała Z Lokami, co jej ojciec był właścicielem pobliskiej restauracji „Haneczka”, w której to ostatnio zainstalowali wielkie machiny - zmywarki do naczyń. W takiej oto zmywarce postanowił się Cioteczny Brat wyparzyć - bo wiadomo było nie od dziś, że wszystko co wyparzone, było czyste, tak zawsze mówiła Babka Pierwsza. Niewiele myśląc cala zgraja -  prócz protestującej Małej Z Lokami, która twierdziła, że wyparzenie będzie bolesne  i niebezpieczne (bo pamiętała własne poparzenie ukropem i przestrogi -  swej  matki,  że wrzątku trzeba unikać) - wkradała się do „Haneczki” by przygotować  kąpiel. Kłótnia między dzieciakami trwała dość długo, bo jedni byli za tym by Brat Cioteczny się wykąpał, bo lepiej się trochę poparzyć, ale zarazę wyplenić. Drudzy zaś byli  za tym by ta niewidoczną  – a jak niewidoczna to może nieistniejącą -  zarazę zostawić i nie cierpieć poprzez poparzenia.. Jeszcze inni mieli teorię, że zmywarka jest niebezpieczna, bo choć wypleni zarazę, to można się w niej utopić jak się nie umie pływać, w końcu tam jest woda. Prawda jest oczywiście taka ze  kąpiel w 300 stopniach  nie tylko świetnie wypleniłaby z Ciotecznego Brata domniemany brud idący z Afryki, ale wywabiłaby cala skórę i większość wnętrzności. Powiadomiony przez zapłakaną Małą Z Loczkami  od tym Ojciec, biegł drugi raz w życiu, by Ciotecznego Brata ocalić, co mu się udało w ostatniej chwili: kiedy ten już rozebrany do naga podnosił nogę, by usytuować ją w ukropie.

sobota, 12 lutego 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.4

Rewanż odbył się z zaskoczenia i był dowodem dla Matki, że jednak „istnieje sprawiedliwość na tym świecie”. Kto widział weterynarza bez kota? Bo kotów bez weterynarza to u nas jest dużo, jednak weterynarz bez kota może być rozpatrywany tylko w teorii, szczególnie jeśli weterynarz jest kobietą. Jednym słowem nasza Ciotka czyli Siostra weterynarz też z biegiem lat weszła w posiadanie kota. Rasowego. Rosyjskiego niebieskiego. Śliczny, gładki, czysty i schludny. Siostra kochała kota bardzo  i nazwała go Calineczka  - co było najgłupszym pomysłem od momentu kiedy pradziadek, który z utęsknieniem wypatrywał syna a urodziła mu się siódma córka, wmawiał we wsi wszystkim przez trzy lata, że to jednak chłopak i dziedzic kwitnącej gospodarki. Ale wyszła prawda to na jaw, kiedy mała Franka sikała za stodołą w kucki. Sąsiad podejrzał, pomyślał, że to diabeł wcielony – bo teraz to każdy chłop na wsi może być powiadomion, że sikanie męskie w kucki to albo transwestycja albo fanaberia à la mode. Jednak wtedy sąsiad powiadomion nie był i  pobiegł  do księdza, żeby egzorcyzmy odprawił i chłopca na dobrą, normalną drogę sikania nawrócił. Ciotka nie musiała niczego przed nikim udawać, bo fakt ze Calineczka jest jednak Calineczkiem wyszedł na jaw szybko. W końcu Ciotka weterynarz. Imię jednak zostało.  Rosyjski niebieski Calineczka  miał w domu prawa jakich nie miałby nawet jedyny i niedoszły syn pradziadka. Mógł robić, co chciał i gdzie chciał. Mógł drapać i syczeć, mógł kłaki roznosić, mógł wreszcie  ze złośliwości iście z carskich szpicli odziedziczonej, sikać gościom na nogi.  Siostra Matki trwała w przeświadczeniu, iż tak pięknego kota kastrować nie można. Bo jeszcze weźmie i utyje. Wiec carski niebieski rosyjski Calineczka, jak sikał -  a sikał często i ochoczo -  rozsiewał zapach jak każdy niewykastrowany kot, tak potworny, iż nikt przy zdrowym węchu nie mógł  wytrzymać. Może stąd – swoja droga - przypadłość  męża Siostry Matki posiadającego chroniczny katar, krzywa przegrodę nosowa (której nie chciał zoperować) i był absolutnie węchu pozbawiony.
 Calineczka jednak zdechł.  Zdechł , męża z krzywą przegrodą wtedy w kraju nie było, bo bawił na saksach w enerde, skąd przywoził rajstopy i buciki dla rodzinnych kilkulatków, a nikt innym prócz jego i Ojca nie mógł się zająć zdechlakiem. Siostra matki zadzwoniła z płaczem graniczącym z histerią, że „dziecko nie żyje” -  bo Ciotka o Calineczce per dziecko mówiła. Dziecko nie żyje i ryk. Tyle wypłakała. Matka - mimo ze dokładnie wiedziała, że Siostra podówczas  dziecka  ludzkiego nie miała - zdenerwowała się nie na żarty, ale w końcu wydobyła od niej informacje ze chodzi o Calineczkę i, że kopnął on był w kalendarz. I już w tym monecie była zadowolona ze sprawiedliwości losu. Jednak to, co się zdarzyło później przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
          Siostra Matki w spazmach przyjechała do domu, na rękach niosła Calineczkę kompletnie zdechłego . Matka jak to Matka, z odrazą na ścierwo się patrząca zupełnie nie przypadła Siostrze do gustu więc pierwsza awantura poszła szybko jak z bicza strzelił.  Natomiast Ojciec jak to Ojciec wyrwany od klawiatury pianina mający jeszcze w uchu dźwięki walca h-moll, wykonał polecenie Matki wypowiedziane przez zęby i uległ błaganiom Ciotki   o pomoc, byleby tylko mieć spokój przenajświętszy w tonacji h. Swoją drogą dla ojca nie było decyzji, którą mógłby podjąć sam. Po prostu taka decyzja nie istniała. Z kolei dla Matki nie istniała decyzja, która mogłaby być przez nią nie podjęta. Uzupełniali się znakomicie. Co do decyzji Matki i swej uległości, Ojciec tym razem był nieprzekonany, wręcz wyrzucał sobie brak buntu. Jednak bunt oznaczał zwiększenie histerii Siostry Matki, a to jawiło się jako koszmar więc Ojciec uległ. Uległ, co nie znaczy, że nie widział rosnących niedogodności.
         Siostra Matki zażądała mianowicie trumny dla Calineczki. Rozkaz histeryczki o wyraźnie rozmazanym makijażu, z trupem kota na rekach i mamrotaniem „dziecko, moje dziecko” na ustach  był dla ojca może niewygodny, ale nie był takim głupcem, aby się sprzeciwiać. Co to to nie. Życie mu jeszcze mile było, a walc h moll nie do końca rozczytany. Poza tym ojciec zawsze należał do psotników zza winkla, lubił sobie poobserwować faux pasy gawiedzi robiącej z siebie durniów. Miał niejasne przeczucie, że tym razem on sam będzie ową gawiedzią i jakieś niejasne cytaty o śmiechu  z samego siebie błąkały mu się po głowie, ale został brutalnie wyrwany z gierki literackiej więc chcąc-niechcąc udał się do ciemnej komórki. Wygrzebał tam siekierę, dłuto i młotek i z paru desek jakiejś pozostałości po krześle i stole niefortunną trumienkę zbił. Niestety pomyliłby się ten, który sądził, że Siostra Matki na tym poprzestanie. Siostra Matki taksówkę zawezwała, Calineczkę do trumny włożyła, jego zabaweczki w plastikowej torbie z domu przywiezione do ręki wzięła, Ojca pogoniła obwieszczając mu przy wsiadaniu do auta, że nad Wisłę w celu pogrzebowym jadą. Ojciec zachodził w głowę, czemu Calineczka nie może być pochowany w ogródku, doszedł jednak do wniosku, że nie chciałby widzieć miny swojej żony, kiedy dla ścierwa kota ryje szpadlem dół między lawendową grządką,  szklarnią pomidorową a ogródkiem skalnym. Pojechali więc nad Wisłę. Siostra Matki w taksówce znowu się rozkleiła płacząc „dziecko….. moje dziecko….” zabaweczki kota oglądała, wszystkie grzechotki, piszczałki i pluszaki głaskała. Ojciec siedział niewzruszony z trumną na kolanach zastanawiając się czym wykopie ten dół, bo zapomniał szpadla. Jednak w pewnej chwili zauważył, że taksówkarz, co i raz zerka w lusterko, z coraz to większym niepokojem patrzy się na trumienkę,  na zabawki, na spazmująca Siostrę Matki. Ojciec się zaniepokoił. Żeby załagodzić  sytuację  tonem informacyjno-poufno uspokajającym zwrócił się do kierowcy: ”kot nam zdechł”. Ale w tym momencie Siostra Matki słysząc te jakże tragiczne słowa zachłysnęła się i ryknęła z podwójną mocą:  ”och moje dziecko, moje dziecko” Taksówkarz ani chybi doznał pełnego stuporu. Spiął się i migiem nad Wisłę ich zabrał odjeżdżając z miejsca aż się kurzyło. Po kilku minutach grzebania ręką i mogą w ziemi między krzakami  i słuchania ryków Siostry Matki ojciec się po prostu wkurwił. Wkurwił się tak, że bez słowa zaciągnął Siostrę Matki na most, taksówkę złapał i bez zbędnych ceregieli obiecując zakopanie, położenie wiązanki i ustawienie krzyżyka, odesłał ją do domu.   Uczynił jednak  przyuważenie, ze nadchodzi milicja, a z milicją przerażony taksówkarz od pełnego stuporu, co ich wiózł, pokazuje miejsce, rozmiary trumienki, puka się palcem po głowie krzyczy „dziecko dziecko” a milicjanci z patrolu miejskiego  zaintrygowani opowieścią i pałając chęcią uczynienia wielkiego odkrycia, (co dawało możliwość otrzymania medalu,  wyróżnienia a także nadziei na szybsze otrzymanie telefonu w domu), ochoczo zabierają się do przeszukiwania krzaków. Ojciec wiec niewiele myśląc kota z trumny wyciągnął,  w krzaki wrzucił, trumienkę połamał,  zabawki  do na wpół wykopanego dołu wpakował nie troszcząc się o jego zasypanie, a sam uciekł. Był to chyba jedyny raz kiedy Ojciec biegał.

czwartek, 3 lutego 2011

O tym, że niespodziewanie nawiązuję do Olivera Stone'a.

                Ze względu na położenie bloku, usytuowanie chodnika, wyjścia/wejścia trajektorie naszych lotów często się przecinały.Konfiguracja była zazwyczaj podobna. Ja wracałam spokojnie do  domu, on wypadał na spacer.Nie mogliśmy się widzieć, bo zazwyczaj wejście/wyjście było zasłonięte krzewami.Tak więc wpadaliśmy na siebie niespodziewanie, bez przygotowania i bez szczególnej radości.U mnie objawiało się to drżeniem kolan i zamianą w słup soli, u niego ślinotokiem, wyszczerzonymi zębiskami oraz koszmarnym ujadaniem. Byłam wdzięcznym obiektem do obszczekania, bo strach emanował ze mnie jak promieniowanie z ziemi czarnobylskiej więc łatwo było ze mną wygrać. On z kolei był  doskonałą wymówką dla mojej wrodzonej niechęci do większości, aczkolwiek nie wszystkich, psów.Gdy się nie przepada za psami i wyrazi to głośno ludzie uważają cię za nieczułego potwora.Bo przecież pieski są takie sweet.Lepiej nie lubić dziecka  to powoduje tylko skojarzenie z ekstrawagancją, niedojrzałością i egoizmem. Natomiast nielubienie więcej niż jednego zwierzęcego gatunku, w szczególności piesków, powoduje, że stajesz się - co tu dużo mówić- natural born killer w porównaniu do wrażliwców dostrzegających człowieka w psie.
Jednak nie miało to    nic wspólnego z nagłym zniknięciem wyżej wymienionego.Podobno "stary już był", jak usłyszałam.
Niech mu ziemia lekką będzie, biedaczyna.
Już żadnego rzucania się nagłego na  mnie (w ramach oczywiście przeuroczej zabawy, jak mi tłumaczono), żadnego skowytu i żadnych fekaliów pod blokiem.

Moja ulga była jednak całkowicie przedwczesna.
Właściciel bowiem otarł łezki po stracie i zakupił był nic innego jak rottweilera. Dla  tych wszystkich, którzy wiedzą coś na temat psów, moje wyjaśnienie co to rottweiler będzie i tak niepotrzebne. Dla reszty wystarczy napisać, że to czworonożny, agresywny koszmar, który może cię zjeść do ostatniej kosteczki jak zjedzono bohatera "Pachnidła".Tylko tego to zjedzono z miłości. Rottweiler zje, bo to w sumie dobra rozrywka.
I tak to właśnie pewnego pięknego wieczora już, już prawie byłam na swoim piętrze kiedy zobaczyłam, na półpiętrze nade mną, damę. Dama zapewne miała wyplakatowany choć jeden pokój zdjęciami Beaty Tyszkiewicz, bo tak właśnie była ustylizowana.Blond lok, czerwień ust, czerń i apaszka..Brakowało papierosa, w fifce najlepiej.Ważyła owa dama jakieś 42 w porywach do 43 kilogramów i dzierżyła w dłoni trzy smycze.Na końcu każdej z nich dyndał rottweiler.Mojego przyjaciela najlepszego to ja rozpoznałam natychmiast.Pozostałe dwa były po prostu jak kiepski żart.Półpiętro jest małe więc nie miałam za bardzo gdzie się schować. Echo narastającego pomruku wydobywającego się z rottweilerowskich trzewi i błysk kłów powodowały chęć natychmiastowego zniknięcia.Przykleiłam się do ściany i udawałam, że mnie nie ma.Dama jednak wydała z siebie głos: "Proszę się nie obawiać kolację już jedliśmy".
Nie wszczęłam awanturki, nie padłam ze śmiechu.Po prostu nie oddychałam przez kolejną minutę (dopóki nie usłyszałam trzasku zamykających się na dole drzwi) w obawie, ze jednak mają ochotę na deserek.
Pierwszą rzeczą jaka się stała po moim kolejnym wyjściu z domu było wejście w pozostałości owej kolacji.

         Na Bemowie na wiosnę tego roku ruszyła akcja "Liczy się kupa". W tekście na gazeta.pl opisującym inwencję czytamy:
"W końcu władze dzielnicy sięgnęły po metodę ostateczną: "Masz zbierać kupy i masz to udowodnić". O co chodzi? O to, że każdy właściciel psa został zobowiązany do skrupulatnego zbierania odchodów swojego pupila i przekazywania ich w specjalnie utworzonych punktach zwanych Punktami s-kupu, tyle że zamiast pieniędzy za zdane kupy właściciel psa otrzyma podpis i pieczątkę w specjalnej Książeczce Czystości. Jeśli okaże się, że właściciel psa odda mniej psich odchodów niż jest zobowiązany, poniesie kary finansowe."

Niestety tekst ukazał się 1 kwietnia co, z perspektywy czasu, redukuje poziom śmieszności i  absurdu.
Jednak coś w tym jest.

           Więc, mój drogi właścicielu psa, jeśli mieszkasz w mieście, w bloku i wychodzisz ze swoim ulubieńcem na spacer trzymaj go,do diabła, mocno na smyczy.
I w kagańcu.
Reaguj, jeśli wygląda na to, że się chce bawić swoimi kłami w mojej szyi.
Nie zostawiaj biedaczyny na całe dnie samego w domu by wył do nieprzytomności.
Sprzątaj jego kupy.
Jeśli nie interesuje cię, że to ohydne, nieestetyczne i brudzi to może zainteresuje cie fakt, że takie pozostałości mogą być też niezdrowe dla twojego przecudnego pieska.Co to nosem w to zaryje i zarazi się tym czy tamtym.
Jeśli to też cię nie interesuje to widzę w tym szansę.
Skoro nie obchodzi cię nawet dobro twojego własnego zwierzęcia, które jest dowodem na twoją wrażliwość i dobroć zostań natural born killer.
Będzie dla wszystkich lepiej.

niedziela, 30 stycznia 2011

O tym, że luty też minie.

(dla J.K.)          

                   Wyjście nazywa się D8. Zazwyczaj. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się D 76. Wtedy trzeba iść o mniej więcej 7 minut dłużej do wyjścia. Można też jechać. Z obu wyjść D prowadzą do hali głównej ruchome chodniki, które wprowadzają element lemowskiej rzeczywistości, w której człowiek nawet chodzić nie musi, bo robi to za niego maszyna. Cały czas towarzyszy nam ciepły urywany kobiecy głos nakłaniający do  rozważnego stawiania kroków „Mind your step,….mind your step….”. Ten monotonnie powtarzany komunikat pozostanie w głowie na długo. Niesprawdzani przez nikogo, nie denerwujemy się o cudem zgubione paszporty czy dowody osobiste. Żadnego zielonomundurowego strażnika na horyzoncie nie widać. Bezszelestnie otwierające się bramki z napisem UE CITIZENS po raz kolejny uświadamiają, jak bardzo skurczyła się Europa, jak wszędzie jest blisko. Odbieramy bagaże, ostatnie, które jeździły po rampie. Wychodzimy, kierując się znaną drogą między śmigłami i sklepami, na podziemny peron dworcowy. „No tak…gdyby w Warszawie o tym pomyśleli…Gdyby budując Dworzec Centralny wzięli pod uwagę…a wiesz, że……” Silna gestykulacja podczas rozmowy przyciąga wzrok mężczyzny. Wysoki, chudy blondyn jak wielu mieszkańców tego kraju.  „Was ist das?”- zagaduje, pokazując na zwinięty rulon w ortalionowym pokrowcu. Zamiast wyjaśnić, że to mata do jogi, bardziej interesuje mnie dlaczego zaczął do nas mówić po niemiecku. „ Bo nie znam waszego języka” – brzmiała szybka odpowiedź. „A nasz język to…?” – „Bułgarski”- stwierdza z niezachwianą pewnością siebie. Nie ma czasu, by umierać ze śmiechu, pociąg nadjeżdża, zbieramy bagaże. Kierunek Centraal Station. Tam przesiadamy się w autobus numer 22. Jako  świadomi panujących tu zwyczajów bywalcy mamy kupione bilety czasowe w postaci plastikowej kart. Karty uaktywania się przy wejściu pod bacznym okiem kierowcy, dezaktywuje przy wyjściu,gdy już nikt nie patrzy. Dziwne, jako żywo. Czy żaden tutejszy nie wpadł na pomysł, że można dezaktywować szybciej i mniej płacić? Drzwi zamykają się, pojazd jest prawie pusty. Przez duże szyby patrzę na miasto. Jest spokojne, ciche. Dopiero wstaje słońce. Jest bardzo wcześnie rano. Promienie odbijają się w wodzie i w oknach kamienic. Ptaki  drepczą po balustradach mostów. Kierowca zerka w lusterko na nasze bagaże i uprzejmie pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Z dumą, bezbłędnie i z koszmarnym akcentem wymawiam  długą nazwę ulicy i w tym samym momencie, przez szybę widzę docelowy przystanek. Na nim – dwie postaci. Wysiadamy. Radość, krzyk powitania.
Uśmiechamy się do siebie.
Wszystko zostało za nami.


wtorek, 25 stycznia 2011

O tym, czemu służy fejsbukowa inicjatywa.

          Na Facebooku powstała kolejna inicjatywa. Tym razem jest to "Dzień bez Smoleńska" .W odezwie czytamy między innymi:" Celem tej inicjatywy jest WYTCHNIENIE, pokazanie, że w Polsce powinno być miejsce również dla ludzi, którzy chcą żyć w spokoju, bez ciągłej żałoby i awantury.
Choćby przez jeden dzień….."


 Inicjatywa zebrała, jak na razie ponad 80.000 osób, które pragną wytchnienia choćby przez jeden dzień i "wezmą  udział" oraz pewnie, lekką ręką, drugie tyle, co po prostu "lubi to".Choćby przez jeden dzień to lubi. Ot, tak sobie, dla fanaberii.Daruję sobie melancholijne wielokropki.

      Gdzie jak gdzie, ale w tym właśnie miejscu fanaberię się rozumie i popiera. Bo absurdalne, zabawne, bo czemu nie.Jednak w przypadku "Dnia bez Smoleńska" Fanaberium blog inicjatywy tej nie popiera.Nie lubi.
I właśnie wyjaśnia dlaczego.

     Nieznośną tendencję to bezustannego tworzenia "dnia bez czegoś" tudzież "dnia z czymś"  można zaobserwować już od dawna.Dzień walki z rakiem, dzień bez papierosa, dzień walki z otyłością, dzień bez telefonu komórkowego etc etc. Zapewne ma  uświadamiać społeczeństwo, że profilaktyka raka jest istotna, palenie zabija, tycie jest nie tylko nieestetyczne, ale i  niezdrowe, a komóreczkę to trzeba wyłączać, bo nie zastąpi  nam ona  prawdziwej więzi międzyludzkiej.

Wszyscy tak przez jeden dzień trąbią o czym należy, cytologiczne wozy do centrów handlowych są podstawiane, a jak zapalisz w dzień bez papierosa to nawet niektórzy współpalacze popatrzą na ciebie krzywo.
I nawet  bardzo dobrze.Niech  jeżdżą, niech trąbią, niech uświadamiają.Brawo, brawo, brawo.Wszyscy jesteśmy tacy uświadomieni i chcemy uświadamiać innych.

Przez jeden dzień.
Mając nadzieję, że potem to się jakoś załatwi samo.
Bo problem polega na tym, że tak jest tylko przez chwilę.I koniec.Niewiele się zmienia. Pospolite ruszenie szybko się wypala. Potem cisza.

       "Dzień walki z", "dzień bez" lub "dzień z"  niczego nie zastępują,  niewiele zmieniają. Dają fałszywe złudzenie zajmowania się jakimś problemem.Jak typowy polski zryw narodowy trwają zazwyczaj krótko i prowadzą do klęski. Może do moralnego zwycięstwa, bo intencje chwalebne, ale rezultaty?
Jeśli choć jedna osoba, była w owym dniu walk z rakiem zdiagnozowana to chwała za to. Ale czy to naprawdę  o to chodzi, by walczyć tylko tego dnia czy  raczej żeby zmieniać rzeczywistość trwale i  żeby - w tym wypadku -  ludzie  poddawali się badaniom kontrolnym i mieli do nich dostęp?
Żeby to nie był zryw.Żeby to była normalność.

       Dlatego "Dzień bez Smoleńska" jest tak naprawdę inicjatywą niefortunną.Inicjatywa, aby "choć przez jeden dzień" żyć spokojnie, bez żałoby i awantury  tak naprawdę wpisuje się w cały nieracjonalny dyskurs panujący w  Polsce od 10 kwietnia 2010 roku.
Po pierwsze dlatego, że jest inicjatywą dyktowaną tymi samymi emocjami co całe zjawisko do którego stara się zdystansować. (Pomijam ewentualny kpiarski aspekt sprawy, bo inicjatorzy zarzekają się, że tak nie jest,że chodzi im tylko o "wytchnienie")
Po drugie dlatego, że wpisuje się tak naprawdę w dyskusję o Smoleńsku. "Dzień bez", "czy dzień" z - co to za różnica?Cały przecież czas odnosimy się do jednego.
Po trzecie dlatego, że ambicja aby tak było przez "JEDEN DZIEŃ" jest naprawdę miałka i taki postulat niczego nie wnosi do publicznej dyskusji. Nie chodzi przecież o to, by zapomnieć o tym na jeden dzień, a potem wrócić na stare śmieci.
Chodzi o to, aby powoli, racjonalnie zmienić poziom i rodzaj debaty publicznej, zwrócić dyskusję na inne tory, podejmować inne tematy w inny sposób, co może zaowocować zmianami.

A fejsbukowa inicjatywa wcale, moim zdaniem, temu nie służy.

czwartek, 20 stycznia 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.3

  (żeby B.B.  miała co czytać)        

        A oto i Miss Zdania Podrzędnego W Języku Obcym. Jak sama nazwa wskazuje Miss jest miss. To znaczy mogłaby nią być. Długa, chuda, piersi małe, biodra wąskie, włosy rudoczerwone, w nieładzie loków. Miss pracuje w tiwi i żeby wyglądać jeszcze chudziej chodzi opalona na kolor marchewkowopodobny cały okrąglutki roczek.Bo w tiwi to lepiej wygląda a na dzień można zrobić tynk jasnego makijażu.I jest git.
           Ale rzecz nie w tym do końca jak miss wygląda. Rzecz w tym, że Miss bywa. Bo bywa. Bywać wypada. Nie tylko wypada a trzeba. A jak trzeba bywać to wychodzi na to, że imperatywem kategorycznym,  najkategoryczniejszym    jest  zostawienie po sobie wizytówki w umyśle każdego uczestnika niczym bodźca podprogowego. Ta wizytówka musi być impulsem, który przy następnym spotkaniu spowoduje, że dana osoba  nie tylko rozpozna  Miss, ale i z katalogu mózgownicy wydobędzie jakąś pozytywną i oryginalną wiadomość o niej, taki wypasiony dizajn w umyśle na temat każdego. Miss na przykład tak kocha języki obce, że zdanie podrzędne buduje w innym języku, a w każdym  z nich posługuje się wyrafinowanym słownictwem. Studiowała przecież języki wytrwale już od żłobka -  a dlaczego studiowała właśnie to?  Bo studiowanie języka oznacza „pokonywanie tej wieży Babel” (podkreślona znajomość frazeologii i mitologii chrześcijańskiej)    „ciekawość świata” (taka jestem dziecięco urocza) granicząca z „choroba umysłowa generacji X” (fascynacja psychologią społeczną)  rozwija  „umiejętność i talenta” (bo jestem najlepsza) prowadzące – być może(bo jednak skromna)  w przyszłości do Nobla -  nie chodzi o nagrody tylko o „własny rozwój i poczucie kobiecej wartości” (jajniki na barykady).To właśnie zdaje się mówić Miss zdania podrzędnego wypowiadając się w którymś  z języków  na forumie.        

        Chociaż nie… nie wypowiedziałaby tego  na forumie. Na forumie Miss słucha łapczywie. Słucha co kto mówi i do kogo. Tu przytaknie, tam pośle uśmiech, jeszcze gdzie indziej postara się znacząco westchnąć. Miss jest doskonała w konwersacjach. A konwersacja jest wtedy kiedy to w tych potwornych czasach  kultury obrazkowej rozmawia się sam na sam. No ewentualnie we trójkę. Wtedy się wyraża zasłyszane opinie, zaczytane zdania, zawidziane spostrzeżenia,  przytoczy nie swoją anegdotkę.  Wtedy tez można się uśmiechać, można tez wymienić się kartami wizytowymi i z tym poczuciem dobrze spełnionego obowiązku towarzyskiego można wyjść. Miss lubi konwersacje, bo są one naprawdę fascynujące i dużo mówiące o ludzkich umysłach, a także powodują to, że  w niewielkim  gronie można nie tylko świetnie wypaść, nie tylko dobrze wyśledzić kto  i co, ale przede wszystkim można być dobrze zapamiętanym.Nawiązać kontakt i zrobić wrażenie - oto dewiza Miss.

Ale w pewnym momencie trzeba czegoś dokonać. Tudzież trzeba mówić, ze się dokonuje. I tak Miss dzięki swoim licznym talentom językowym i wyobraźni postanowiła zadziałać charytatywnie. Gdyż charytatywnie działać  wypada, nie tylko wypada, ale wręcz trzeba. Wiec chcąc stworzyć kompilację eklektyczną, a zarazem działać charytatywnie -  a wiadomo ze najlepiej się działa charytatywnie na rzecz dzieci  - i do tego wszystkiego jeszcze włączyć i wykorzystać pokłady swego zmysłu estetycznego i ironii Miss, krótko mówiąc, postawiła na krasnale. Krasnal jak krasnal, taki posążek do ogrodu, pomalowane ohydnie szkaradzieństwo, istny potwór, który to niepodzielnie króluje na granicy zachodniej. Polska wieś tez chlubi się posiadaniem krasnoluda w ogródkach, co jest znakiem luksusu, fantazji i poczucia estetyki. Miss postanowiła jednak zrobić reklamę przez wyśmianie i kicz. Wiadomo, że nic tak nie robi kariery jak ironia, ironia dobrze opakowana jest w stanie zrobić kolosalną karierę na przedmiocie swego wyśmiania, bo nie o przedmiot chodzi ni o analizy tylko o klarowny przekaz gotówki. A tak mimochodem to można sobie coś wypromować, czemu nie. Plan Miss był taki: nakłonić parę sław, swojskich chłopów i  równych babek, co to się mogą śmiać ze swego wizerunku publicznego i maja do siebie opiewany dystans, nakłonić ich więc do zrobienia odlewu ich twarzy, by posłużyć się nimi do stworzenia jedynego swojego rodzaju krasnoluda z twarzą kogoś znanego. Na przykład krasnolud z twarzą najpiękniejszego polskiego aktora, najseksowniejszej prezenterki pogody, tudzież najznakomitszego fryzjera lub najlepszego manikiurzysty. No i oczywiście projektanta mody. (Zaznajomienie się w dzisiejszych czasach z projektantem mody jest towarzyskim wymogiem.) I ten właśnie jedyny w swoim rodzaju krasnolud- który to poza twarzą znanego człowieka również będzie oryginalny, bo zaprojektuje go w całości Miss dając upust swej fantazji i ironii i znajomości języków obcych,  taki krasnolud o którego potworności każdy wie, tym razem posłuży   szeroko pojętemu charytatywnemu interesowi. Na aukcji się go wystawi, pieniądze zbierze z przeznaczeniem na dzieci chore bądź samotne a same krasnoludy nie trafią wcale do rak płacących za to grube czeki bogaczy o miękkim sercu, co to -  to nie. One trafia do ogródków przedszkolnych, by je ozdabiać i czyni dzieciom radość, natomiast zdjęcia krasnoludków wraz ze pierwowzorami będą wisieć tu i tam, by budzić śmieszek w warszawiakach i pokazywać przyjezdnym ileż tu figlarnych pomysłów się rodzi. Oczywiście przysporzy do Miss wielu fanów, wywiadów i zdjęć oraz nowych, koniecznie markowych ciuchów.
Ale to całkiem mimochodem.
Ot, co.

niedziela, 16 stycznia 2011

O tym, że PJN.

To jest człowiek, który jest w stanie zrobić wszystko.

W 2008 roku jednym strzałem   powalił rozwścieczonego tygrysa. Uratował dzięki temu ekipę telewizyjna i swoich współpracowników. Tygrys zapadł w natychmiastowy sen, a On go  czule pocałował na pożegnanie, i rzekł „daswidanja”.

W 2009 roku pod baczną obserwacją kamer państwowej telewizji rosyjskiej, nadawał na żywo swoją relację z dna jeziora Bajkał.  Zdecydowany i skupiony, w błękitnym jak jego oczy kombinezonie płetwonurka, w miniaturowej łodzi podwodnej Mir-1, opowiadał o swoich wrażeniach z głębokości 1400 metrów pod powierzchnią wody.


W grudniu 2010 roku na koncercie charytatywnym w Sankt Petersburgu, organizowanym na rzecz chorych dzieci, odśpiewał zachwyconej publiczności jeden ze standardów Louisa Armstronga. Sharon Stone, Monica Belluci z Vincentem Casselem czy Goldie Hawn z Kurtem Russelem stali jak urzeczeni, klaskali w rytm, pokazując przy tym  znak V, jeden z ulubionych gestów Lecha Wałęsy.

W corocznym spotkaniu z młodymi, na  pytanie kiedy Michaił Chodorkowski wyjdzie na wolność, odpowiedział, ze miejsce złodzieja jest w więzieniu. Następnego dnia, w drugim procesie byłego ministra i szefa Jukosu zapadł wyrok skazujący.

W 2000 roku nie przerwał wakacji, kiedy zatonął okręt podwodny  „Kursk” ze 118 marynarzami na pokładzie.


Według niektórych komentatorów i opinii publicznej 7 października 2006 roku dostał nietypowy prezent: ciało Anny Politkowskiej, niezależnej dziennikarki krytykującej politykę Kremla zostało znaleziono w windzie w bloku jej  mieszkania.Wcześniej wielokrotnie grożono jej śmiercią.


Kilka dni temu został opublikowany raport MAK dotyczący katastrofy w Smoleńsku. Winę wg raportu- o, niespodzianko!- całkowicie ponosi strona polska. Jarosław "Prezes Jest Nieomylny" Kaczyński w pierwszych, krytycznych  słowach odnoszących się do raportu,  stwierdził, że „gdyby był premierem nie doszłoby w ogóle do tej katastrofy”. Nie dopuściłby, przewidziałby, zapobiegł, cofnął czas, rozproszył mgłę, wyszkolił pilotów tu i kontrolerów tam. Sam, jeden, jedyny.
No i  pewnie by nie doszło do katastrofy gdyby był premierem.
Rosji.

Bo premier Rosji może zrobić absolutnie wszystko. 
Premier Jest Najdoskonalszy.

Może jest to jakiś pomysł dla Jarosława Kaczyńskiego, by wystartować nie w wyborach parlamentarnych w Polsce,a  w wyborach do Dumy w 2011 roku. Dobrze by było jedynie, gdyby startował z listy klubu "Polska Jest Najważniejsza". Byłaby to prawdziwa konkurencja dla partii „Jedna Rosja” z której wywodzi się teraźniejszy rosyjski premier. PJN to  ciekawa propozycja dla Rosjan i  Kremla, aby stawiać nagle na pierwszym miejscu interesy i sposób myślenia Polski, a dla Polski, by  nie zajmować się tymi bzdurnymi problemami gospodarczymi, tą  nic nieznaczącą reformą służby zdrowia czy nudną modernizacją PKP  tylko skupić całą energię na  szukaniu rewanżu  i sprawiedliwego moralnego zwycięstwa nad  odwiecznym, wschodnim ciemiężcą.