niedziela, 9 stycznia 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz. 2

( z dedykacją dla K.T.)

Nietrudno było się domyśleć, że napięcie było także między Matką a jej młodszym rodzeństwem. Z analizy psychologicznej by wynikało zupełnie jasno, że Matka zazdrości młodszym, że to ona była porzucona a nie oni, że to może ją mniej kochali i ona była ta brzydsza, ta głupsza, że miała poczucie winy, że była obciążona, że miała przekierowanie tego lub owego w jedną albo w drugą, że przyczyny traumy dzieciństwa teoretycznie niepokalanego pozostawiły trwałe ślady w dorosłości chmurnej w postaci  moczenia nocnego lub niekontrolowanych wybuchów agresji. Nic z tego.
Matka  była stabilna jak spiż i żadnej tego typu traumie z dzieciństwa nie hołdowała. Sprawiała  jedynie  wrażenie osoby, która się głęboko wstydzi za wygibasy życiowe swej matki i tego właśnie nie może jej wybaczyć podług zasady:  „co ludzie powiedzą”. Bo  Matka na takie rzeczy i święte zdanie ”tego się nie robi” była bardzo czuła. Co do rodzeństwa miała do nich uraz zachowany nawet nie z lat dziecinnych,  ile z wczesnej młodości. Poszło o kota. Kiedy Matka była już mężatką, ale jeszcze bezdzietną, hodowała kota. Kota – mimo ogólnej niechęci do zwierząt- kochała bardzo mocno a to dlatego że uratowała mu pewnego wieczora życie.(Matka lubiła najbardziej to, co było dowodem na jej szlachetny charakter i okazją, by ludzie ”mówili dobrze”)  Sąsiad z parteru w bloku gdzie mieszkała Matka  miał psa. Pies był wielki, groźny,  szczekliwy i oczywiście kochał biegać za wszystkim co się rusza i co było mniejsze od niego. Czy to był dwulatek, kot czy gołąb nie robiło mu w zasadzie różnicy. Niejaką różnicę robiło właścicielowi, bo rzucania się  z koszmarnym ujadaniem na dwulatka niebardzo  można było wytłumaczyć jako chęć zabawy -  a kogo jak kogo, ale  świeżo upieczonych mamuś właściciel chciał unikać. Jednak gdy chodziło o kota czy wróbla właścicielowi z parteru było wszystko jedno co z nimi Fernando, w skrócie Ferduś  - bo  jako żywo tak go zwano  – zrobi. Jednak Matce nie było wszystko jedno. Nie to żeby kochała zwierzątka, zupełnie nie. Matce jawiło się to w głowie jako prosty łańcuch zależności: jeśli kundel wypada jak dziki z klatki schodowej i z ujadaniem rzuca się na pierwszego lepszego napotkanego ptaszka to jeśli kiedyś napotka ją, zrobi to samo. Wiec Matka będąc świadkiem polowania Ferdusia na koteczka zrobiła karczemną awanturę, koteczka z solidarności i szlachetnego charakteru zabrała i tak u niej został. Ojciec go zastał, kiedy się przeprowadził, ale akurat Ojcu to niewiele w życiu przeszkadzało,  w już w szczególności wytresowany  do sikania niemal na komendę kot. Ale pewnego pięknego dnia kot zachorował. Miał do tego pełne prawo, bo był już nie pierwszej młodości,  ale Matka się przeraziła i zawezwała Siostrę -  wówczas już absolwentkę wydziału weterynarii odbywającą praktyki w ośrodku weterynaryjnym dla dużych zwierząt. Siostra czasu nie miała, bo krowy i konie całkowicie wypełniały jej dzienny grafik więc nakazała Matce kota przyprowadzić. Jednak Matka była podówczas już w zaawansowanej, nieco zagrożonej ciąży, musiała leżeć i ani dudu nosa z lóżka nie wystawiać. Zadzwoniła więc do Braciszka, bimbającego sobie studenta wydziału prawa, aby  z i do przychodni zwierzęcej przetransportował koteczka. Braciszek przyszedł ziewając z nudów i kaca,  zabrał od niechcenia  i zawiózł, gdzie kazano. I tu zaczyna się dramat. I różnice zeznań. Matka uważa, że Braciszek z Siostrunią przez swoja karczemną nieuwagę i bimbanie sobie ze wszystkiego  zabili jej kota. Może nawet dla żartu, bo od dawna uważali, że kot już był za stary żeby cokolwiek  i do niczego się nie nadawał. Siostra z Bratem zarzekali się na rany Chrystusa ze nie zabili kota, a wypadek  był    strasznym zbiegiem okoliczności. Kiedy Matka przy każdej awanturze zaczynała się już już już ułagadzać Braciszek robił minę, którą nawet ślepy zaklasyfikowałby jako próbę nieuduszenia się ze śmiechu i podsumowywał „ale tak poza wszystkim to  było zabawne” .  Tu następowała burza z gradobiciem, krzyk, rejwach, sajgon meksyk, wszystkie tornada świata. Matka dostawała argument do ręki. Nie uznawała żadnych dwuznacznych sytuacji. Dla niej smutek był smutkiem, uśmiech uśmiechem. Żadnych mikstur. Nic. Dostawała więc argument świadczący o rzekomej podłocie rodzeństwa polegającej nie tylko na  zabiciu jej kota, ale także na wieloletnim wmawianiu jej, że zrobili to całkiem przypadkiem tylko po to, aby uzyskać podstępem jej wybaczenie. Zabicie kota odbyło się w sposób bardzo prosty. Siostra  po zbadaniu zwierzęcia powiedziała bimbającemu sobie Bratu: „idź do pokoju obok i tam leżą tabletki na spodeczku, wsadź kotu jedną i będzie dobrze” . Brat poszedł, wziął tabletkę, wsadził kotu a kot zdechł.  Jak się okazało  tabletka ta była podwójną dawką silnego  lekarstwa uspokajającego dla dorosłego, która leżała tam przygotowana do łyknięcia do popołudniowej kawy przez panią doktor Siostrę (która bardzo ciężko znosiła codzienne obcowanie z krowami). Brat zarzekał się ze innego spodeczka z lekarstwami nie było, Siostra zarzekała się, że był, a Matka zarzekała się, ze kot zostanie pomszczony.

1 komentarz: