piątek, 27 marca 2015

Bracia Marx czyli do i z dnia 26.03


            Nie rozumiem jak można narzekać na metro. Jest szybkie, sprytne i jedzie - jak dla mnie- gdzie trzeba.

Do:
O ile niekiedy zdarza mi się przeklinać pewną telefonię komórkową, za to, że w metrze nie ma zasięgu, to znacznie częściej zdarza mi się przeklinać inną, za to, że ten zasięg ma. Dzisiaj na przykład: jedna baba stała nade mną i gadała wszystkie dziewięć stacji. "Stała nade mną" w tym wypadku oznacza, że mnie przewyższała o jakieś 15 centymetrów, wydawała się być wzrostu Pałacu Kultury. Lubię PKiN więc to komplement. Jednak wolałabym, żeby była dalej. Nie dało się uciec, bo tłok był niemiłosierny, a chłop z rowerem nie ułatwiał manewru. "Gadała" to też nie jest odpowiednie słowo. Ona po prostu reagowała na to, co mówi do niej ktoś w telefonie typu ajfon. Nadmienię z przykrością, że głos należał to tego rzadkiego okazu sopranu rejestrowanego głównie przez nietoperze. A reagowała  w 90 %  tak:

a) maaasakra (funkcja ekspresywna)
b)masakra!..( funkcja impresywna)
c)masssakra.....(funkcja fatyczna)

Po pierwszej stacji byłam pewna, że wszyscy słyszeli, że masakra.Co potwierdził krótki wzrokowy rekonesans. Po drugiej stacji sprawdziłam swoje tętno. Wzrosło nieco.
Po czterech stacjach byłam pewna, że znowu spadł samolot.
Po piątej, że cała rodzina biedaczki w nim była.
Po szóstej, że sama  w nim jestem.
Chłop z rowerem miał  poczucie humoru i umierał ze śmiechu. Umierał na tyle skutecznie, że nie zauważył jak wyprowadza rower i jednym pięknym pociągnięciem przejechał kołami po mojej stopie. Kierownicą dostał ktoś inny, dzięki niebiesiom.
Potem pociąg stał, mnie bolała stopa,  a niedoszła biedaczka się ożywiła językowo  i rzekła była więcej, a rzekła co następuje: "no to musisz zmienić sobie kosmetyczkę, ja jestem zadowolona z mojej i nie jest droga".
Co za ulga.

Z:
"A maś jedzionko"? - zapytało dziecię płci żeńskiej. " Mam"- rzekła.
" A cio maś"?
" Mam bułeczkę z masełkiem, bananka i jogurcik"
" To jogurcik!" - rzekło dziecię uradowane nad wyraz.
Byłam bardzo zadowolona z faktu, że dziecię ma zaplanowaną, zdrową kolację, kiedy się okazało, że kolacyjka odbędzie się natychmiast. Zaczęła grzebać w czymś, co wydawało mi się plecakiem, a było - zdaje się - przenośną lodówką. Jogurcik wyjęty, łyżeczka oblizana w ramach umycia a dziecię szczęśliwe zabrało się do zdzierania wieczka. Zdarło bardzo ładnie, równiutko. " Ziobać!" - powiedziało dumnie. Ziobaciłam, choć to nie do mnie było skierowane. Piękna koordynacja ręka - oko. A cóż się stało po 3 sekundach? Jogurcik z rączynki dziecięcia  prosto na mnie się  w całej swej okazałości się wyjebał.

Nie cały.
Fakt. Tak, troszkę, troszeczkę, ale zasięg miał jak telefonia komórkowa, co ją czasem przeklinam. Jogurcik na czarnym ładnie wygląda, trzeba przyznać, na żółtym też nieźle, choć - jaka szkoda - mniej wyeksponowany.
"No, przepraszam,  nic się nie stało" - rzekła pojednawczo do mnie, po czym zwróciła się do dziecięcia:" Ile razy mówiłam, że masz uważać?! Jakbyś wylała na siebie to bym musiała prać!".
Dziecię w chlip i łkanie.
Na pocieszenie dostało bananka. Żeby było zabawniej - część bananka wylądowało na podłodze, a część na kolankach.Nie moich. (Choć, przyznaję, lepiej byłoby dla tego posta, żeby wylądowało na moich). Nie, nie powstrzymałam parsknięcia śmiechem. O tyle niefortunnie, że chłop, który skosztował bananka butem typu converse  posłał mi spojrzenie niewróżące rozpoczęcia wiekopomnej przyjaźni, bo najwyraźniej myślał, że to z niego. (Jakby żył w świecie amerykańskiej burleski.) Nie z niego. Dziecię po prostu  zakrzyknęło dramatycznym łkaniem: "mój banaaaaanek!".
Rzekła z przykładną surowością kostycznej dziewiętnastowiecznianki: "  no zobaczymy co babcia powie, jak cię taką brudną zobaczy."

Moim zdaniem gdyby babcia miała choć odrobinę przyzwoitości, to by powiedziała: " masakra."


         Nie rozumiem jak można narzekać na metro. Metro jest szybkie, sprytne i jedzie - jak dla mnie- gdzie trzeba. I jak się okazuje - mówi prawdę. Jak od rana zapowiada, że masakra  - to masakra będzie.


czwartek, 12 marca 2015

o tym, ile można.

No więc już nikt w "Faktach" przez Kamila D. więcej skrzywdzony nie będzie. 

Nie dlatego parafrazuję byłego ministra Zbigniewa Z i jego słynną (i haniebną, co tu dużo mówić) wypowiedź dotycząca pewnego lekarza, by dowalić Kamilowi Durczokowi.
Parafrazuję dlatego, że cała sprawa z Kamilem D jest  - co tu dużo mówić - ohydna. Na równi ze sprawą Ziobro.
Nie dlatego, że biedny pan Kamilek oskarżon niesłusznie. Pewnie słusznie. Chłopa niespecjalnie lubię, wygląda  na  buca i dziennikarz  z niego -w moim skromnym przekonaniu  - średni, ale to nie powód, żeby mu wchodzić z butami w jego białe proszki. Mówię poważnie. Co Kamil Durczok robi sobie prywatnie - jego sprawa.Dla jednych buc (dla mnie), dla niektórych nie (prawda, T? ;) - kwestia gustu  i prywatnych opinii ( jak niniejszy post). Jednak insynuacje "Wprost" są obrzydliwe, cała ta gierka jest obrzydliwa. Te megalomańskie argumenty, że " to dziennikarz, który codziennie mówi kilkunastu milionom Polaków jak żyć"  ( wypisz, wymaluj ambicje "Wprost") to dowcip przedni, bo jakoś nie przypominam sobie, żeby biały dym poleciał z TVN, kiedy namaszczali Kamila Durczoka na szefa "Faktów" na telewizyjnym konklawe. Obrzydliwe to wszystko nie tyle w stosunku do Kamila D (też, biorąc pod uwagę niektóre zdjęcia i sugestie opublikowane we "Wprost"), ale przede wszystkim do osób, które moga być pokrzywdzone w tym i innym przypadku. Bo wychodzi na to, że samo oskarżenie o mobbing czy molestowanie seksualne to   za mało. Trzeba przywalić z grubej rury insynuacyjnej, wszystko utaplać w gównie, zoofilii, kokainie, przez co  odwrócić uwagę od prawdziwego i głównego tematu, który powinien zacząć ważną dyskusję publiczną na ten temat. Bo nie mówi się  o problemie molestowania tylko o tym, czy "Wprost" obrzydliwe czy nie, i jak bardzo Kamil D. ma złamane życie. Od razu pojawia się tu i ówdzie mój ukochany, jakże empatyczny argument " no... to chyba trochę przesada...nikogo przecież nie zabił". No brawo. Relatywizm wiecznie żywy.Wspaniale poprowadzony temat, który prowadzi do takich wniosków.

Złamane życie Kamil Durczok  pewnie i  ma. Na razie. Mówiąc szczerze dziennikarsko-celebrycka przyszłość Kamila Durczoka średnio mnie  interesuje. Trochę to wszystko przykre, trochę smutne a przede wszystkim skandaliczne na wielu poziomach. A samo zachowanie szefa "Faktów" to tylko jeden poziom tego skandalu.
Interesuje mnie  bardziej to, co z tego wszystkiego wynika. "Wprost " zapewne triumfuje. Wyciągnęli na światło dzienne i proszę. Mieli pewnie rację, jak ostatnie wydarzenia pokazują. Koniec Durczoka w TVN. Fanfary. Kurtyna. Standing ovation. 
To może porozmawiamy o sposobie, w jaki ten temat pojawił się w dyskusji publicznej? O poziomie dziennikarstwa w tygodnikach i nie tylko. O tych insynuacjach, okładeczkach, proszeczkach?  O tych bezustannie "anonimowych źródłach"? O tych zdjęciach maili i gadżetów?

Może porozmawiamy o standardach w pracy? Bo jakoś nie zauważyłam, żeby ktokolwiek się doczepił do tego, że sam zainteresowany w rozmowie z Dominiką Wielowieyską ewidentnie wyuczony przez jakiegoś speca od wizerunku i prawnika od gwiazd stwierdzał, że "świadomie nikogo nie skrzywdził" oraz " ma przecież choleryczny charakter", "środowisko jest "specyficzne", a praca "intensywna".   A co to znaczy tak naprawdę? Że wybuchnie raz na jakiś czas, bo każdy ma prawo mieć zły dzień i "nikt nie jest święty" czy wyzywa notorycznie podwładnych od ćwoków i debili, upokarza ich i gnębi? Gdzie jest granica? 

 Bo ja  obawiam się, że to drugie i granicy nie ma.  Obawiam się, że to standard a jak ktoś mruknie, że niebardzo zachwycon to albo jest mięczakiem bez poczucia humoru, albo durną pindą z botoksem w mózgu. Zdarza się,oczywiście, i tak.  Ale co z tego? I tu jeszcze jedno:obawiam się, że jest problem strukturalny.   Gdyby  standard był wysoki, to by Kamil D. nie był szefem kilkudziesięcioosobowego zespołu.  Gdyby standard był wysoki, to  po kolejnej akcji w stylu "pognębię se stażystów albo pomolestuję koleżanki, bo jestem pół-bogiem,pół-durczokiem"(jeśli takie sytuacje miała miejsce, piszę stricte teoretycznie)  wyleciałby z roboty.Albo przynajmniej zapłaciłby jakaś karę, pokrzywdzeni mieliby pomoc i opiekę, takie zachowanie byłoby naznaczone - jeśli nie publicznie to przynajmniej w organizacji - by to się nie powtarzało. Gdyby standard był wysoki i procedury klarowne pracownicy hurtem zgłaszaliby wpadki i traumy, a obawiam się, że albo mogli zgłaszać i się srodze zawieść widząc reakcję albo bać się powiedzenia czegokolwiek....Bo jedna sprawa to uważać, że pan Kamil D. potrafi coś tam wydziennikarzować. Druga - czy jest w stanie być szefem.

Więc może porozmawiamy o tym, czy rzeczywiście chwalony za komisje, badania, "szybką reakcję", etc czyli kompletnie przyparty do muru TVN zasługuje na tego typu opinie. Bo jak na razie  to ja widzę, że jest chwalony za to, że w ogóle zareagował, zwołał komisje, jakieś odszkodowania dał i zamilkł. W końcu nie zamiótł sprawy pod dywan. Brawo. Kolejna owacja na stojąco.  Nic tylko brać przykład garściami, stawiać za wzór (co usłyszałam i przeczytałam) innym firmom i instytucjom. Najpierw z białych proszków "Wprost" trzeba brać przykład,  z niszczenia  przez nich ważnego tematu społecznego oraz używania obrzydliwych insynuacji, a  teraz  z TVN z ich pseudo sprawiedliwością, zerem tolerancji dla mobbingu....  kiedy zabrali się za to w sytuacji kryzysu wizerunku.A mieli, na litość boską, inny wybór?

Jeśli to mają być standardy, to ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego czepiamy się kolejnej gwiazdulki z  TVN,  dziennikarki od kultury, Anny Wendzikowskiej za to, że w rozmowie z Sigourney Weaver zrobiła wielkie i puste oczy usłyszawszy pytanie, czy wie kim był Jerzy Grotowski.
Ripley wiedziała i była lekko zdziwiona, że można siedzieć w tym fachu i  nie wiedzieć.

Można, jak widać.
Dużo można.

Prawda?






czwartek, 5 marca 2015

Co powiedział Winston Ch.

(po długiej przerwie.....ze specjalną dedykacją dla siebie samej )

   Podobno świat książki dzieli się na te, które warto przeczytać i na te, których nie warto czytać. Kwestia doboru pozostaje tajemnicą. Niby są jakieś wytyczne, kryteria, ale w sumie nikt ich nie widział. Reklama, którą ostatnio usłyszałam w radio, miękkim  męskim głosem szepcząca mi prosto w bębenek uszny (nie, nie melodramatyzuje zbytnio...było prosto w bębenek, miałam słuchawki....) o genialnym bestselerze, " następcy ptaków ciernistych krzewów", może nie kierowała się tymi samymi kryteriami co Maria Janion, ale w końcu...kto to wie?

Ten podział na warto/nie warto  jest, moim zdaniem, niepełny. Są jeszcze takie książki, o których mówi się, że trzeba je czytać, bo albo nam szkoła nakazuje, albo "wypada". Szkoła nakazuje czytać nie wiedzieć czemu " Ludzi bezdomnych", do których to z lubością się wraca przy okazji  tematów egzaminów maturalnych. Wypada  znać wszystkie siedem tomów "W poszukiwaniu straconego czasu" przeczytanych, rzecz jasna, w oryginale. Istnieje też kategoria "najbardziej wkurwiających książek" i tu   prym wiodło, wiedzie i wieść będzie po wsze czasy "Wymazywanie" Thomasa Bernharda, co zresztą też świadczy o  jego doskonałości, przyznaję z pełnym nienawiści zachwytem. Są książki - fanaberie, do których należą zbiory reportaży Mariusza Szczygła, książki-brutale czyli ostatnia "Ślepnąc od świateł" Jakuba Żulczyka czy też książki antykoncepcyjne w stylu " Piątego dziecka" Doris Lessing.

Ale są takie książki, dla każdego pewnie inne, które  coś otwierają, jakieś nowe światy, nowe zainteresowania, nową myśl... gdzieś nas prowadzą, dotykają czegoś,co w nas rezonuje na długo po skończeniu   czytania ostatniego zdania. Piszę to  w przeddzień tragedii na Broad Peak, gdzie dwa lata temu zginęło dwóch polskich himalaistów.  Wtedy nie zainteresowałam się tym za bardzo. Ot, poszli , zginęli...zazwyczaj prędzej czy później idą i  giną. Himalaiści. Takie maja zajęcie, które kończy się albo jakaś liną przetartą, albo lawiną, albo zamarznięciem na wysokości, na której nie przeżyłabym pewnie 5 minut. Tak jest i koniec. Jednak książka Jacka Hugo-Badera " Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" zagrała we mnie na tyle, że obsesyjnie zabrałam się do czytania i oglądania na ten temat wszystkiego, co było możliwe. Najpierw à propos samej historii zimowej wyprawy na Broad Peak, potem o samej wspinaczce i himalaizmie. Teraz po prawie 3 miesiącach, kiedy mój entuzjazm nieco opadł, muszę powiedzieć jedno. Jest to fascynujące.  Piotr Pustelnik, zdobywca wszystkich ośmiotysięczników na pytanie po co się wspinać, rzekł był zwięźle, że tym, którzy to rozumieją, nie trzeba tłumaczyć, a ci, którym trzeba tłumaczyć i tak nie zrozumieją. Chyba w tym coś jest, chyba w książce Badera jest to samo. Ponieważ mnie nie trzeba było za bardzo tłumaczyć zabrałam się do dalszych eksploracji z czystej ciekawości ( w końcu co Fanaberia, to fanaberia...). Natrafiłam na film. Film nazywa się " Touching the void" i jest paradokumentem. Historia z 1985 roku, jest zapisem wydarzeń z Peru, gdzie dwóch młodych  brytyjskich wspinaczy przeżyło wyprawę, której przeżyć, jako żywo nie powinno. Złamana  noga, próba pomocy, odcięta przez kolegę lina (który już nie mógł jej utrzymać), mordercza walka o przetrwanie, schodzenie z lodowca na tyłku, w samotności, ciemności, koszmarnym bólu, odwodnieniu i braku pewności czy jeszcze na kolejny metr starczy siły to zapis fantastycznej, niesamowitej, niemalże chorej  determinacji, na którą patrzyłam  z mieszanką przerażenia, niedowierzania i podziwu. Oraz, przyznaję,  delikatnej ironii wynikającej z  niechętnej konstatacji, że może jest w tym jakaś manipulacja, albo robię się płytko melodramatyczna. Trudno. 

Przyszło mi wtedy do głowy zdanie wypowiedziane przez pewnego brytyjskiego polityka. Cytat ten   pojawia się  w mojej głowie (jakże melodramatycznie),  gdy momenty -  co niektóre -  są. Na przykład, gdy czytam niektóre doniesienia na temat   zabójstwa Borysa Niemcowa, czytam doniesienia z Ukrainy Wschodniej i przysłuchuję się uważnie, co ma do powiedzenia mój ukochany minister Ławrow. Kiedy z jednej strony słucham dywagacji o tym, czy sprzedawać czy nie sprzedawać broni na Ukrainę czy sankcje to jednak przejdą czy może jednak nie trzeba za bardzo nic robić, a z drugiej słyszę, co mają do powiedzenia Ukraińcy na temat codzienności w Kijowie czy Doniecku. O  wzroście cen żywności i opłat za prąd czy gaz, o tym że niczego nie da się załatwić, nic nie jest pewne a ktoś znajomy zginął.....ale oni dają radę. Że jest źle, ale mimo zwątpienia, frustracji, biedy, niebezpieczeństwa - innej drogi nie ma.
" Success is never final. Failure is never fatal. It is courage to continue that counts".

"Touching the void" uczy, że to prawda. Wbrew naturze. Wbrew wszystkiemu. Pokonując cynizm. Pokonując strach. Osiągając niemożliwe.

Oby.
Na litość boską - oby.


sobota, 9 czerwca 2012

Fanaberia albo śmierć

        To, co ja kocham w naszym pięknym kraju to oprócz doskonałości języka, w którym, jak w żadnym innym mogę pływać godzinami, mimo niejedokrotnie nie najlepszej techniki, poza humorem a la Raczkowski czy Bareja, czy  przezabawnym kretynizmem "paczaizmu", poza reportażami Hugo-Badera i chopinowskimi krajobrazami, ( co by też tak z grubej rurki, rzewnie było) to, co ja kocham szczerze to są alternatywy.
Myślenie alternatywami, mówiąc konkretnie.
Nader często w myśleniu alternatywami występuję rzeczownik "śmierć". Coś albo śmierć. Nic poza tym.
Ojczyzna albo śmierć.
Nicea albo śmierć.
Teraz przy okazji Euro 2012 po zremisowaniu meczu z Grecją pojawiło się hasło (najnowsza okładka "Wprost") Rosja albo śmierć.
Nic więcej, Rosja albo śmierć.
Sztandar podniesion, poczucie humoru relegowane z krwioobiegu, zero ironii.


Byłoby to zabawne gdyby to hasło wymyślił Antoni Macierewicz, fakt.
Ale niestety, nawet tego nie.

I ja się pytam, gdzież ach gdzież, zgubiło się to  myślenie i czucie wszystkich wielbicieli Stanisława Barei, których -  sądząc po deklaracjach -  jest w Polsce około 150 milionów, którzy zapewne zasiadają na eurotrybunach, na eurokanapach, z europiwem i eurokiebłasą, by eurokomentować i   euro-się-emocjonować że Alternatywy to są 4?


czwartek, 7 czerwca 2012

o specjaliście w swojej dziedzinie

Są tacy ludzie, których obecność sprawia mi przyjemność.Nawet wielką.
Są tacy ludzie, których nieobecność sprawia mi nieprzyjemność. Niestety.
Są tacy ludzie, których zbyt bliska obecność sprawia mi nieprzyjemnosć.
Są tacy ludzie......
...jasne, co dalej, prawda?  Można wymieniać i tworzyć warianty.
Te same warianty można tworzyć przy okazji każdej innej kategorii: są takie książki, których czytanie....są takie filmy.........

Szymon Hołownia napisał felieton. Nie to, żeby to było jakoś wyjątkowe, pisuje felietony co tydzień do "Newsweeka". Styl redaktora Hołowni można nazwać oświeceniowo-świątobliwym. Redaktor Hołownia jest godnym następcą ministra Gowina, w swoim świeckim biskupstwie w swojej chęci do trzymania sztandaru wiary, honoru, miłości i sensu cierpienia ponad głowami grzeszników,w swoim wywyższającym się, lecz przykrytym skromnością tonie pouczenia, którym odmawia innym inności a łatwo ich ocenia.

Redaktor Hołownia skrytykował białostockie Juwenalia za " kilka tysięcy afirmujących rzeczywistość kontra kilkadziesiąt tysięcy przez tę afirmację udręczonych" , skrytykował  warszawski protest taksówkarzy, bo "grupka, paraliżuje rzesze realizacją swoich praw" a przede wszystkim zadeklarował swój sceptycyzm dotyczący Euro 2012, powrównując je do tortu z biało-czerwonym lukrem, który "nie ma ma pierwszego i drugiego piętra, o parterze nie wspominając" ( gdyby ktoś miał problem z konstrukcją tej wybitnej metafory chodzi o to,  powtarzając za Krzysztofem K, że "niczego nie będzie"). Ogólnie Euro niczego nie zbuduje, wszystko się skończy dzień po tym jak polska drużyna odpadnie, wszystko to szczuczne i nadęte a Polacy są dość beznadziejni i hołta pije piwo, paraliżuje miasto, protestuje, manifestuje albo się cieszy a  wszyscy "rozdarci między zbiorowym orgazmem a samotnym udręczeniem, względnie vice versa" .

Redaktor Hołownia może sobie myśleć,  mówić i pisać co chce i bardzo dobrze. Jego prawo.Dokładnie tak: jego prawo. Tych protestujących, cieszących się  i pijących też. Tak właśnie jest.
Nie umieram ze szczęścia z powodu hałasu juwenalianego, Euro psuje mi szyki, a strefa kibica to mnie tylko irytuje, bo powoduje stratę mojego czasu poprzez wydłużenie nieplanowanego joggingu po mieście w godzinach szczytu. Ale jednak jogging to jogging- jakaś zaleta z tej strefy kibica jednak jest. Dokładnie tak jak w przypadku Juwenaliów, sraliów i czy  innych protestów - jakieś zalety i korzyści z tego są. Jakbym się nie zapierała - z Euro też.Choć, mówiąc szczerze nie ma chyba rzeczy, która interesowałaby mniej niż piłka nożna.
Chciażby pierwsza lepsza korzyść:  redaktor Hołownia ma o czym pisać i dostanie zapewne za  to wynagrodzenie.

To wszystko nie byłoby napisane, bo jest oczywiste gdyby nie jedna rzecz. Jedna jedyna i podstawowa. Redaktor Hołownia może mieć nawet nieco racji, ale całkowicie nie zgadzam się z jego metodologią, której wybiórczość i stronniczość przekreśla merytorykę tej wypowiedzi .Redaktor Hołownia zupełnie nie wspomniał o innych eventach, które w tym kraju, w tym mieście, też się zdarzają, a już w dniu w którym to piszę, są po prostu na porządku dziennym. Których obecność także często bywa lukrowanym tortem i fałszywką. Msze, procesje, pochody z biskupami na czele. Dzwony bijące od rana.  Śpiewy i lamenty. Jeśli już poruszamy taki temat, może należałoby być uczciwym i wpisać  to na listę spraw, które powodują, że kilkaset osób przeszkadza kilku tysiącom? Może wyzwać od hołot, w  podtekście od egoistów i ludzi niepotrafiących koegzystować z innymi? I sięgnąć  sokolim  wzrokiem w te rejony, które powinny opiewaną wspólnotę i szacunek budować a nader często z tego się nie wywiązują, ba nader często wywołują niesmak, kłótnię, niechęć, czasem nienawiść?I o tych może,  co grzecznie biorą udział w procesji potem leją żonę,męża czy dzieci?  Jakaś nader celna metafora o zbiorowym orgazmie czy może, może o indywidualnej  impotencji, byłaby na miejscu? Jakieś echo pielgrzymek papieskich, które   często  miały coś wspólnego z instynktem stadnym i  powierzchownością ? No chociażby z  kremóweczką?
 Czy analizujemy rzeczywistość, bo martwimy się o kondycję społeczeństwa czy dowalamy tylko wybiórczo, co niektórym ludziom i zjawiskom?


Jeśli, redaktorze Hołownio, przeszkadza ci protest, manifa czy juwenalia. Jeśli zadeklarowany skrajny indywidualizm nie pozwala ci tego znieść - nie lamentuj, że to wspólnoty nie buduje, że zryw to powierzchowny, choć efektowny.  Nie zawracaj ludziom głowy swoim defetyzmem i arogancją. Poczekaj aż minie, nie marudź, nie projektuj.Po prostu  nie idź, nie patrz, wyłącz, wyjedź, zamknij okno.
Tak jak ja robię to w związku z  procesją Bożego Ciała.
Różnica między nami jest taka, ze mi nie przychodzi do głowy, żeby zamykając okno przed śpiewem bożociałowym natychmiast pomyśleć o śpiewających:   " hołota"  A umówmy się - i taka tam jest.Jak wszędzie.
 Są takie felietony, których lektura powoduje  u mnie poczucie lekkiego niesmaku.
Pisuje je redaktor Hołownia.
Dobrze się jest w czymś specjalizować, czyż nie?

wtorek, 5 czerwca 2012

tym razem bez tytułu

Bawiłam się barbie.
To nie jest rzewne wspomnienie dzieciństwa.
Teraz bawiłam się barbie.
Nie, nie. Nie, że infantylizm wtórny.
Zabawa z dzieckiem, ot co.
Stanęłam na wysokości zadania.
Przynajmniej się starałam.
Bawiłam się więc Barbie Świecącą Syrenką oraz Barbie Magiczną Wróżką. Na pytanie czym się różnią uzyskałam spojrzenie świadczące o tym, że niezbyt jestem inteligentna: "No przecież to jest syrenka a to jest wróżka". Ale co one robią?- pytałam ( co by wyjść z  twarzą i pokazać, że jednak taka durna nie jestem).
" A co mają robić, nic." (nie wyszłam z twarzą).
Są inne barbie?
Dowiedziałam się, że są i taka naj,naj,najbardziej super to jest Barbie Kwiatowa.
Żeby było jasne. Barbie Kwiatowa też nic nie robi i nie ma nic charakterystycznego. Jest dokładnie taka sama jak pozostałe.Może cycki miała brzydsze od tej magicznej wróżki, ale to nie dziwne skoro tamta jest magiczna to sobie może wyczarować, co chce.
To już moje domniemanie, nie dziecka.   

Ogólnie to te barbie były ohydne.Estetyczny skandal.  Jak słowo daję, nic brzydszego nie widziałam, a widziałam tego dnia stado grubych gołębi. Najbardziej mnie jednak zastanowiło, że te barbie są  wyspecjalizowane w totalnych absurdach, bo już nie, że barbie-bizneswomen z mikrokomóreczką  w zestawie dokupionym za niewielkie 29,99 czy barbie-tancerka, w złotych sandałkach, w paczce -gratis. Nie, teraz, jest barbie-syrenka, barbie-księżniczka  czy mini barbie-świecąca syrenka.
ŚWIECĄCA SYRENKA.
Pewnie pochodzi z  Fukushimy, biedaczka.

Natchnęło mnie do wymyślenia  barbie bardziej  wyspecjalizowanych, barbie hardcorowych, bo jeśli  już może istnieć zarówno nazwa "barbie-świecąca syrenka" jak i jej desygnat, to już może istnieć wszystko.
Na przykład barbie-narkomanka.Taka, co ma w zestawie strzykawki,igły, biały proszek, lusterko i tycikartę kredytową. Barbie-ofiara przemocy domowej, z setem doklejanych żelowych siniaków w zestawie. Barbie- żałobniczka natomiast, miałaby czarną woalkę, a w secie byłaby trumienka i znicz.Barbie byłaby ubrana w czarną sukienkę a w wersji zaawansowanej sukienka miałaby tren.
Wersja zaawansowana nazywałaby się tak jak powinno nazywać się całe zjawisko pod nazwą "barbie".
 "Barbie  - Tragedia". 

sobota, 2 czerwca 2012

o tym, że nie ma to jak relatywizm.

        Dużo podsłuchanych rozmów musi w końcu zaowocować dykteryjką. Bo nie ma to jak wygłaszanie nie swoich opinii, tylko z lekką wyniosłością wytykanie innych palcem.W zasadzie postem.



               Chłopak był naprawdę hipsterowaty., Znoszone trampki, kurtka lekko wytarta, iphone najnowszy i markowa torba. Zasiadł niedbale pod  oknem i zaczął konferencję telefoniczną. Ucho wytężyłam przy zaskakującym  jak na to, gdzie się znajdowaliśmy stwierdzeniu "bo  co do za sens dzwonić z autobusu, skoro nic nie słychać". Oto najwyraźniej kolejny dowód wyższości warszawskich tramwajów nad autobusami. Tramwaj jest niesłychanie cichobieżny,szczególnie ten stary żelaźniak którym jechaliśmy,co tobałam się ,że rozpadnie się w drobny mak na zakrętach; natomiast autobus to rakieta kosmiczna.Różnica , że ho ho. Tak więc porzuciłam te nudne artykuły, które miały mnie zabawić w tramwajowej podróży  i oddałam się mojej podsłuchalniczej fanaberyjce:

             "Słuchaj, no tak wdziałam się z nią. Nie, no było ok, ale bez przesady. Co? Tak, teraz dzwoni. Nie, nie ja. Ona dzwoni. Ja? ..Oszalałaś? ....Przecież nie odbieram. A ona dzwoni. A ja nie dobieram. Nie,nie gadaliśmy po. Po co? Przedwczoraj nawet spotkałem ją na ulicy, chciałem wyminąć, ale mnie zauważyła, musiałem pogadać, ale krótko, niech se nie myśli, nie, hahaha. Co? No może, może. Dzięki, dam se radę z laską. Może się z nią umówię, jak w niedzielę nie będę mieć nic do roboty, ale teraz gadać z nią nie będę, pierdolę. A Ty co?... Jak to?.... Dlaczego? O, stara, daj spokój, nie ma co się przejmować.Ale było źle? I co?.... Nie zadzwonił? A mail? Też nie?.... Co za  fiut..... A ty co? ...Nie odebrał ani razu?? ...To jakiś frajer straszny....Daj se z nim spokój spokój."

Jaka szkoda, że wyszedł z tego tramwaju, bo już, już chciałam się rzucić do oświadczyn.