niedziela, 30 października 2011

O tym, że czas zimowy.

I didn't have time to write a short letter, so I wrote a long one instead.
(Mark Twain)

Fanaberium odkrywa krótką formę.
Nie ma opisywanek, introdukcji i punktów kulminacyjnych z katastrofą w tle, by przejść gdzieś w piątym akapicie do kolejnego sedna, a w ósmy zabrać się za 10-zdaniową pointę.

Sposób wyrażenia opinii na temat przyszedł mi do głowy, gdy wychodziłam dziś z metra.
Ulotki.
Brać czy nie brać?

Moja niegdysiejsza rozmowa z S. nie rozwiała wątpliwości, tylko utwierdziła mnie w problemie.
I S. i ja zgadzaliśmy się, że wzięcie ulotki, to poparcie rynku pracy, przeciwdziałanie bezrobociu. Pani/pan od ulotek ma pracę a wykonuje ją -  być może utrzymuje -  dzięki temu, ze ja ulotkę wezmę.Nie wzięcie - ekologiczny protest, bo i tak to się potem wyrzuci do kosza (oby, a nie na ulicę lub wsadzi do kieszeni, by zapomnieć, a  potem pięknie uprać z czarnymi rzeczami), kolejne drzewo padnie, a my   à la Michael Jackson w teledysku odbijamy sobie symbolicznie  kolana na ubitej ziemi, z odezwą "what about us".

S. mnie poparł, dorzucił swoje i byliśmy bardzo zadowoleni z wielominutowej dyskusji, błyskotliwości, wzajemnego poparcia i rozintelektualnienia, gdy przyszła H. i na zadane pytanie zdumiona powiedziała zwięźle: nie, ja nie biorę tej ulotki. Nie dlatego, że to czy tamto.
Ja po prostu tej ulotki nie potrzebuję.


Lapidarność stylu, ot co.

Oby równie lapidarny był okres jesienno-zimowy.
Bo H. powiedziała słusznie.
Ja tego po prostu nie potrzebuję.

piątek, 14 października 2011

O tym, że tym razem krótko.





            Egzemplifikacja tej tezy przyszła do mnie sama. A w zasadzie usiadła obok mnie w metrze i perorowała o filmie "Bitwa Warszawska 1920" Jerzego Hoffmana.
Perorowała o tym, efekty są "jedyne w swoim rodzaju, a  Natasza Urbańska  "naprawdę świetnie " zagrała i jest to film, który każdy Polak powinien zobaczyć.
Ale okazało się, że efekty i Natasza, to nie jedyny powód  ciągnięcia do kina każdego Polaka. Tym powodem jest to, że:  "film w końcu   prawdziwie pokazuje, jakie te Ruskie to hołota i spsienie.
Bo to cała prawda w tym filmie, bo to film historyczny. Oni też - przemówienie szło  głośno przez cały wagon -  taki film zrobili ostatnio historyczny, ten "1612", co  pokazywał jak Polacy mieli wojnę z Ruskimi i zajęli Moskwę. Pewnie, że zajęli, bo  się należało, ale na pewno się tak nie zachowywali, jak Ruscy w filmie pokazali. Polacy się tak nie zachowują i mieli prawo Ruskich zaatakować  więc po co takie  kłamliwe filmy  robić i jeszcze mówić, że są oparte na faktach."

To oczywiste.

środa, 12 października 2011

O tym, że wybory językowe.

               Wybory były, tu wygrali, tam przegrali, referendum, która strona Warszawy bierze Budę, a która Peszt na pewno niedługo się odbędzie. No i Waldemar Pawlak jak zwykle w formie, bo nie pitolił o miłości i przegranej drużynie ani nie kazał nikomu niczego przysięgać w dziwnych gestach tylko wyrzucił z siebie, iż było cholernie ciężko.
I tyle.
Nie ma to jak szorstkość i zwięzłość strażaka.


  Teraz wyszło na jaw, że te wybory są specjalne.Dzięki szczeremu jak dziecko Januszowi P., który pokazuje, że rozwój zaprawdę nie ma granic - od Ozonu z "zakazem pedałowania" na okładce do największej nadziei lewicy legalizującej związki partnerskie - Sodoma i Gomora weszła do Sejmu. Marek Jurek jest przerażon. W Tok Fm słychać było głos, że to są w nowym parlamencie są " dziwne, nieznane osoby z marginesu społecznego". Nieznane, ale wiadomo, że z marginesu i że dziwne.Nikt nie zaczął jeszcze pracować, że tak fanaberium delikatnie wspomni.Ani przerazić się nie było czym, ani zachwycić.

Ale to też wyzwanie dla języka polskiego.
Tu tyle nowych dziwów się narobiło, że polski mainstream nie ma słów.
Gdzieś tam opłotkami się bąkało, jedni zręczniej inni mniej zręcznie, ale "jedynki" w Wyborczej to raczej nie miało zbyt często. Teraz jednak wejdzie to do języka codziennego polityki  i to jest wielka fanaberia jak co niektore media  wiją się w karkołomnych hołubcach językowych.Określeniach, wyjaśnieniach i naklejaniu etykietek.
 Już, już ad remuję.

Po pierwsze: Murzyn wrócił.
Poseł John Godson z Łodzi, który, co tu dużo mówić,dla niektórych wszedł do Sejmu tylnymi drzwiami (na skutek rezygnacji z mandatu innego posła, Hanny Zdanowskiej) teraz uzyskał reelekcję.I teraz jak tu o tym pisać. Egzotyka posła nakazuje podkreślić jego pochodzenie, ale jakby się nie starali to za każdym razem fuck up. Jedni, że Murzyn w sejmie. Inni , że Afroamerykanin (Afroamerykanie, moi kochani dziennikarze, to są osoby mieszkające w Ameryce, głównie w Stanach a poseł Godson pochodzi z Nigerii) inni  jednak, muszę to przyznać,  starają się być delikatniejsi i mówią "czarnoskóry parlamentarzysta".   Czekam aż Artur"koniec-cywilizacji -białego -człowieka" Górski zacznie  nazwać się "białoskórym" posłem, aby na pewno się odróżnić.

Po drugie: Gej w natarciu.
Geje"weszły" do Parlamentu. W postaci Roberta Biedronia zniszczą "polską rodzinę" (każdą) w przeciągu chwili.Do zaprzysiężenia nie będzie już czego zbierać.Czy geje weszły dopiero teraz można polemizować zapewne, ale nie wypada.
Chodzi o to, że do Sejmu wszedł "otwarty" gej. Czy to Wyborcza czy Rzeczpospolita - ta formuła obowiązuje. Pierwszy otwarty gej. Co kreuje podwójną zadumę. Otwarty na co? Otwarty, że tak łatwo nawiązuje kontakty?Otwarty na nowe wrażenia? Czy co niby? A jeśli chodzi,o to, że się otwarcie przyznaje do tego, że jest orientacji homoseksualnej to zastanawia mnie też ten liczebnik.
Pierwszy otwarty gej.
Czy skoro otwarty jest pierwszy to jacyś zamknięci (i w sobie i/ albo w ujawnieniu się) też byli, ha?
No nie wracajmy już, który polityk którego z mężem  do siebie zapraszał na pojednanie.


Po trzecie: Feministka u bram.
Wanda Nowicka też ma to do siebie, że jest "otwartą" feministką. U niej (uważam RZE głównie w mediach prawicowych) pojawia się także przymiotnik "główna".Kazimiera Szczuka zdetronizowana. Powinna popełnić harakiri na Manifie. Zresztą wszyscy powinni, bo mord idzie aborcyjny. Fala.Rejtanem my powinni wszyscy. Natychmiast.
Ta pewność  apokaliptyczna spowodowała, że Wanda Nowicka "główna feministka"  już sprawiła  cud, gdyż także dzięki jej pojawieniu się w parlamencie Tomasz Terlikowski pokochał Platformę Obywatelską.
Cud!
Teraz Platforma już nie jest be, już można namawiać, "odezwy" pisać, "wzywać" i  "jednoczyć" przeciwko. 
Otwartej Feministce (aborcja, aborcja, aborcja!!!) i Otwartemu Gejowi (adopcja dzieci, adopcja dzieci, adopcja dzieci!!!)
 Wyżej wymienieni, nawet nie zostali jeszcze zaprzysiężeni i niczego nie zrobili ani niespecjalnie się wypowiedzieli, że tak fanaberium  raz jeszcze delikatnie wspomni.

Dominik Zdort  ("Rzeczpospolita")w obliczu Palikotów docenił SLD. Dramatyczny apel drugiego dnia po wyborach -  "Konieczny jest opór wobec zapateryzacji !!!! -  w obliczu 60 mandatów, które dzierży w nowym parlamencie ta podwójna teraz niby-lewica -  to jest jednak kabaret.
Pominę zadumę, że dotychczas jako Zapatero opisywany był Napieralski Grzegorz, bo zarówno to porównanie, jak i sam opisywany odchodzą w  zasłużone zapomnienie.Skupię się na zapateryzacji AD 2011: konieczny jest więc opór, jako żywo.
Ruch oporu i tajne konserwatywne komplety.

Ale żeby tego było mało - to:

Po czwarte: Transeksualistka z  Krakowa.
Anna Grodzka, która przeszła operację zmiany płci (i wszyscy o tym KONIECZNIE muszą wiedzieć poinformowani przez samą zainteresowaną i media) wprowadza kompletne zamieszanie. Aby wybić jeszcze koniecznie fakt, ze transseksualistka (czy transeksualista?, które panie dziennikarzu, bo z używaniem tego też bywa różnie) jest jedyną transpłciową parlamenarzystką na świecie (skąd oni to wiedzą, że tak obwieszczają?) która to w Sejmie RP (Rzeczpospolitej Polskiej a nie Ruchu Palikota) zasiadać będzie  trzeba na dodatek koniecznie wpaść w lekkie faux pas, że nawet konserwatywny, z lekka patyną pokryty Kraków dał się skusić.
Kraków taki konserwatywny, że aż transseks w Sejmie, głoszą media niemalże w tej formie(pseudo)haiku.
Niektórzy już zadeklarowali (od wyborów mija godzin 48), że będą "tego wszystkiego" unikać i wzywają, że trzeba to jak Samoobronę w 2001 traktować.
Izolująco.
Po 2005 roku ta izolacja , jak wiadomo wyglądała  przez owych, co wzywają nieco inaczej. 



Brak mi pointy, naprawdę.
Mogę coś nabredzić o histeriach, uprzedzeniach i lapsusach językowych.
Ale  wrócę raz jeszcze do mistrza ciętej riposty premiera Pawlaka:
 "Można się z tego śmiać, ale, proszę państwa, to się dzieje naprawdę"

niedziela, 18 września 2011

O tym, że życie na podsłuchu.

Bywa tak, że trzeba czekać. Niestety. Długo i żmudnie.
A tu ani kartki w około do przeczytania, słuchawek nie ma, komórka na wyczerpaniu, jest tłok, jest duszno, ogólny brak wszystkiego i nic nie wiadomo. 
Co zrobić wtedy?
Tak, winnam.
Podsłuchuję.
Gdy toczy się konwersacja w zasięgu mojego ucha, odruchowo wychwytuję najpierw pojedyncze słowa, potem zdania, składam je w całość, kto zacz, gdzie i skąd.Po co, można zapytać, To nieładnie - skomentować można. Po co- to proste. Zawsze się można czegoś nauczyć,jeśli nie to zabawić no i przestać tak czekać i czekać. Co do drugiej uwagi, że nieładnie - cóż można rzec?  - Phi.
Najlepszym miejscem do podsłuchiwania jest miejsce ciche. Wtedy nie trzeba zastygać, wysilać się, niecierpliwić.Można szybo ocenić sytuację czy to interesujące czy nie, dać sobie spokój albo iść w to dalej. Godne polecenia są wszelakie poczekalnie. Przoduje w tym korytarz przed gabinetami lekarskimi, lecz ostrzegam- jest to  pułapka. Rozkwita tam bowiem targowisko medycznej bolesności. Licytacja na lekarstwa, aukcja chorób, istne allegro przypadłości. Małym pocieszeniem mogą być rady dotyczące "łykania magnesów" lub też reminiscencje z wnętrza "rezonu magnetycznego."
Komunikacja miejska jest także cudowną podsłuchiwalnią. Metro najmniej, bo szumi, uwaga drzwi się zamykają,  następna stacja Politechnika - głos  wieści dystyngowanie . Same przeszkody w kontinuum podsłuchiwawczym. Natomiast tramwaj niskopodłogowy to jest istny wypas.Cicho jedzie, nie wydaje dźwięków, klimę ma więc nikt nie sapie, dycha i narzeka na zimno-ciepło.
W środę czytałam teksty o hasłach wyborczych. Sztaby od niedawna prezentowały, promowały i wyjaśniały. Eksperci analizowali, chwalili, ganili. Sztabowcy dwoili się, by wyśmiać konkurencję.  Czy  obiecanki - cacanki "Zróbmy więcej " to odniesienie do  pustego "Polacy zasługują na więcej" a czy "Polacy zasługują na więcej" to plagiat niegdysiejszej kampanii LPR "Polska zasługuje na więcej" i co na to wszystko Grzegorz "Jutro bez obaw"Napieralski  z "Jestem w polityce nie dla pieniędzy" Palikot.Osobno, rzecz jasna.

Czytałam w tramwaju i już nieco mnie to znudziło szczególnie, kiedy doszłam  do hasła ludowców.  Wychwyciłam głosy.Zniecierpliwione, podkłócone, szorstkie.Dwoje dwudziesto(paro?)latków przeżywało swoje problemy miłosne. To znaczy ja sądziłam, że są to problemy li tylko problemy miłosne.To było ciekawsze. W końcu "Człowiek jest najważniejszy"  (PSL).Złożyłam papiery.  Był jakiś "on" i było dramatyczne "dlaczego?!" z zawieszeniem głosu i trzykropkami.  Melodramat, chusteczka, płacz. I już, już chciałam zrezygnować kiedy padło : -"Gdybym wiedziała, że tak pomyślisz,to bym tego nie zrobiła" . - "Gdybyś tego nie zrobiła, to bym tego nie pomyślał".
Ładne.
Poniekąd logiczne.
A potem padło: "Jak możemy być razem skoro nie tylko chcesz na niego głosować, ale w moje urodziny pracować w jakimś tam sztabie"?

Polityka miłości przybrała ciekawy kształt.

Podsłuchiwanie może kończyć się także klęską.
Bo pozostaje pytanie na tle dzwoniących w uszach haseł wyborczych:  który to sztab?!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

O tym, że synkretyzm uniwersytecki.

             Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze znanych artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy świat nie stoi na głowie.Nie tylko ze względu na to, że koincydencja nazwisk jest fanaberyjna. Ale przede wszystkim ze względu na to, że pan zrobił coś, czego wcześniej nie zrobił nikt inny.Może nazwisko go natchnęło?
I nie było to nic pokroju uzdrawiającego seansu,  kiedy mistrz Kaszpirowski uzdrawiał przez ekran.Nie.
Było to coś, czego spodziewasz się po rehabilitancie.
Ortopedzie.
Ba, nawet interniście. Jeśli sam nie potrafi, to może zasugerować.

Nikt nie zasugerował
A czas upływał.

Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden z wielkich artystów filmowych zaczynasz się zastanawiać czy tych dwóch światów nie należałoby jakoś połączyć skoro to daje takie efekty.

Czy na Uniwersytet Medyczny nie powinno być takich także egzaminów jak na przykład do Akademii Teatralnej na Wydział Aktorski?
W Akademii i wiersz egzaminowano i prozę i ruch i wdzięk i głos i nerw.Zdolność, czasami- talent. Wiedzę też, ale to drugorzędne.Jak ktoś ma wdzięk  i ruch i głos i nerw  to wiedza w tym zawodzie jest drugorzędna, nie oszukujmy się.Można nabyć.
Później.
(Swoją drogą dobrze by było, gdyby na aktorskim nabywano nieco więcej.
Wcześniej.)
No i nie to, że zawsze w AT/PWST trafiają w dziesiątkę.
Na ten temat można by cały oddzielny fanaberium post napisać, jak bardzo nie trafiają czasami.
Ale jednak egzaminują.
I jedni potem  na wdzięku jadą, inni głosem działają, talentem czy w po prostu na nerwy.W zależności co im przyjdzie robić.
Sprawdzeni zostali,rozwijają się, szlifują, rokują, nie rokują, mają szczęście, nie mają szczęścia.

W medycynie - wolałabym- aby na szczęście nie liczono.Wolałabym, żeby wiedza była solidna.Bardziej niż solidna.
Wolałabym, aby nie liczono li i jedynie - jak mnie oświecono na absurdalnie drogiej konsultacji- na system zero -jedynkowy. Jest objaw- to jeden, jest choroba X. Nie ma objawu - nie ma choroby X. Fakt, może dawać niezbyt  klarowne objawy, ale jednak trzymajmy się systemy zero-jedynkowego.Nie jesteśmy jakimiś humanistami, nie bawmy się w interpretacyje i wielość znaczeń.1-0.Prawda-fałsz.Nie pasuje?To nie wiem.Do obserwacji.Boli?Przeciwbólowy 2 razy dziennie.Nie pomaga? Może pomoże. Do widzenia.

Wolałabym, aby liczono na to, że prócz owego systemu, wyłożonego w księgach po łacinie i na wykładach przez pół-bogów profesorów jest jeszcze milion innych rzeczy, które należy wziąć pod uwagę, skoro pacjent narzeka.Może narzeka, bo hipochondryk. A może nie.
I to"może nie" należy wziąć pod uwagę.
Należy pomyśleć.
Fakty powiązać.
Zadać pytanie.
Wyjaśnić po co, bo może źródło wiedzy- czyli pacjent- nie zrozumiał.
Może zdenerwowany.
Może cierpi.
Może głupawy.
A może inna terapia podziała.
Może jak to połączyć z tym i jeszcze gdyby zadać inne pytanie to...

I takich widziano.Nie zawsze są uprzejmi i kulturalni ( choć i o to warto powalczyć), ale są skuteczni.
Nie, nie mam na myśli  House'a.
No, może nie tylko.
Fanaberyjne oczy widziały, fanaberyjne uszy słyszały w pozaserialowym świecie.

Skąd się wzięli?
Prawdopodobnie  nie stąd, że zdali egzamin z fizyki czy biologii na 300 % normy.

Może więc Uniwersytet Medyczny oprócz koniecznych egzaminów z chemii i matematyki  powinien też przeprowadzać egzaminy z prozy ( narracja, ważna rzecz), wiersza (ach, te wieloznaczne, zupełnie nie zero-jedynkowe figury retoryczne, metafory, porównania, przerzutnie i synekdochy), nerwu (może lepiej zostać farmaceutą skoro ludzie mnie tak irytują) i głosu (lepiej mówić do pacjenta a nie chrząkać, mruczeć i onopatopeić).

Kiedy twój rehabilitant nazywa się tak samo jak jeden ze starych i jarych artystów filmowych zaczynasz sobie myśleć czy następnym razem zębów nie będzie ci leczył jakiś Aleksander Zelwerowicz czy Irena Eichlerówna.
Może i by było dobrze.
Oni na sto procent by wiedzieli jak to dobrze rozegrać.

piątek, 17 czerwca 2011

O tym, że blisko, coraz bliżej.

Ha!
Nie chodzi o marnie ironiczny komentarz dotyczący Euro 2012.
Ani  o Chińczyków na autostradzie A2 ani o schody kaskadowe na stadionie ani nawet  o konferencję prasową Zbigniewa Ziobry, na której on sam komentował ewentualność postawienia go przed Trybunałem Konstytucyjnym  z taką ilością błędów merytorycznych, że aż  do Świebodzina iść z pielgrzymką, upić się do nieprzytomności tudzież iść na Paradę Równości  etc ( co kto woli) w podzięce, że już nikt przez tego pana na błędy ministra sprawiedliwości narażony nie będzie.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że chyba czasami wielu osobom doskwiera samotność.
Trudno relację nawiązać.
Jeszcze trudniej podtrzymać.
A ludzie potrzebują bliskości.
Nawet obcych ludzi.

Tylko dlaczego potrzebują jej właśnie w autobusie to jest  wielka zagadka.
A  na dodatek dlaczego akurat w upał to jest zupełnie nie do zrozumienia.

Pusty autobus, godzina 14.47, zajęte są może 4 siedzenia, dwie osoby stoją.Wchodzi pani lat 50, na oko. Pani siada - gdzie? Nie na podwójnie pustych siedzeniach.Nie.Pani się dosiada. Do jednej z z czterech osób.Pani jest niezbyt duża, niezbyt mała, ale w sam raz.Swoje jednak zajmuje.Ciepło wydala.No i niestety łokieć do łokcia przystaje. Przylepia się prawie jak kropelka.Pan, co wsiadł na tym samym przystanku, jak robot powtórzył ten  manewr. Omiótł wzrokiem rzędy pustych foteli i przeszedł tam, gdzie siedział nastolatek z ogromnymi słuchawkami zamiast głowy.I się dosiadł. Nastolatek pokręcił się nieco, po czym kiedy już  zdołał się odlepić, uciekł na tył autobusu.Niezbyt długo trwał w swoim samotnym szczęściu - na następnym przystanku już miał sąsiadkę.
Przesiadka.
Tramwaj.
Niezbyt pełny, niezbyt pusty.Ze dwa fotele wolne.
Miejsca dość do stania.
Ale nie.
Nade mną chłopak, stojący jakieś 5 mm od mojego siedzenia.Jedna ręka trzyma się mojego fotela,druga ściska uchwyt fotela przede mną.Jego torba opiera się o moje ramię. Ciężko.
Jak w potrzasku. Dusznym i niezbyt świeżo pachnącym.
Zmiana miejsca daje inne możliwości obserwacji.
Dziewczyna stoi nieruchomo i chyba stara się bardzo nie dotykać nikogo i niczego .Przy nagłym hamowaniu odruchowo dotyka ciepłej, lepiej poręczy po czym z lekkim obrzydzeniem pociera dłoń jakby chciała pozbyć się jak najszybciej wszystkiego, co się tam mogło przylepić.
Sięga po mokrą chusteczkę, wyciera dłonie.
Wchodzi gruby mężczyzna, staje 2  centymetry od niej, rozmawia przez telefon.Z Elżunią.O grilliku w weekendzik.
Trzyma rękę tak, że co chwila dotyka dziewczyny w ramię, jego owłosiona ręka obija się o jej ciało z lekkim plaśnięciem.
Dziewczyna kurczy się lekko i stara się prawie zniknąć.
Przechodzi szybko do drzwi.
Kiedy wychodzi słyszę kilka swojsko brzmiących przekleństw.
Sama nie jestem lepsza.
Wysiadam przystanek wcześniej niż powinnam.
Wolę przejść.
Wchodzę do budynku, gdzie przed malutką, starą windą stoi obszerna pani z petem, piwem i dwoma obszernymi psami.
Zrezygnowana (i leniwa, bo w końcu mogłabym wejść po schodach) otwieram jej drzwi.
A Pani na to: " niech pani jedzie pierwsza, ja w taki gorąc wolę  podróżować sama".

wtorek, 14 czerwca 2011

O tym, że bracia K.

Bracia.
Bliźniacy.
Nazwisko na K.
Jedno skojarzenie.
A tu - niespodzianka.
Nie o tych.
Chodzi o innych bliźniaków.
Na K.
Bracia są dziennikarzami.
Związanymi z tytułami o których już była mowa na blogu.
Jeden z braci był łaskaw wyrazić ostatnio opinię, która niestety ma się nijak do państwa o ustroju demokratycznym w którym - podobno - dba się o prawa człowieka a tolerancja jest wartością może nie najwyższą, bo najwyższą jest patriotyzm (rzecz jasna), ale jednak w cenie.
Brat K. wyraził opinię, iż osoby, które żyją w pojedynkę lub nawet nie w pojedynkę, ale w konkubinacie (konkubinat na stos!) powinny płacić wyższe podatki.Bykowe funkcjonujące w Polskiej Republice Ludowej zostało zniesione w latach 70-tych a było płacone przez kawalerów powyżej 30-tego roku życia, którzy nie mieli dzieci. Redaktor K. emocjonalnie zauważył, ze system podatkowy w Polsce to "wielki skandal", który hołubi ludzi" nieprzydatnych społecznie" żyjących w sposób "egoistyczny".Redaktor K. zupełnie nie zwrócił uwagi nie tylko na takie drobne szczegóły, jak wolny wybór, nie tylko na to, że  niektórzy chcieliby, ale ich na to nie stać albo sytuacja osobista temu nie sprzyja, ale także na problemy niepłodności. Czy postulowałby także przywrócenie podatku osobom, którym dzieci umarły - to (może i lepiej) niech pozostanie zagadką. Redaktor K.raczej nie wziął pod uwagę faktu, że to nie wpłynie na kwestię demografii w Polsce, a jeśli już ma wpłynąć to są , zdaje się, lepsze sposoby, by ułatwić i pomóc ludziom, którzy już mają albo chcą i mogą mieć dzieci.
Myślę, ze jak już gramy tę nieco faszyzującą grę durnych argumentów to może w rytm "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu"  i zastanówmy się jak zaimplementować na polski grunt raz jeszcze (tradycja!) inne znaczenia "bykowego". W XVI mianem tym określano opłatę właścicielowi byka za krycie krów a także datek pasterzowi za odchowanie krowy. Wszystko tak by można jakoś z tych krów na ludzi przenieść. Tradycja, rodzina, demografia.
Tym bardziej, że ponoć w XIX wieku "bykowym" była  też nazywana kara za, którą należało wnieść za posiadanie nieślubnego dziecka.
Żeby była pełna jasność: wszystko to byłoby równie błędne jak tytuł magazynu, w którym pracują bracia K.
Uważam RZE to naprawdę za dużo.