niedziela, 30 stycznia 2011

O tym, że luty też minie.

(dla J.K.)          

                   Wyjście nazywa się D8. Zazwyczaj. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się D 76. Wtedy trzeba iść o mniej więcej 7 minut dłużej do wyjścia. Można też jechać. Z obu wyjść D prowadzą do hali głównej ruchome chodniki, które wprowadzają element lemowskiej rzeczywistości, w której człowiek nawet chodzić nie musi, bo robi to za niego maszyna. Cały czas towarzyszy nam ciepły urywany kobiecy głos nakłaniający do  rozważnego stawiania kroków „Mind your step,….mind your step….”. Ten monotonnie powtarzany komunikat pozostanie w głowie na długo. Niesprawdzani przez nikogo, nie denerwujemy się o cudem zgubione paszporty czy dowody osobiste. Żadnego zielonomundurowego strażnika na horyzoncie nie widać. Bezszelestnie otwierające się bramki z napisem UE CITIZENS po raz kolejny uświadamiają, jak bardzo skurczyła się Europa, jak wszędzie jest blisko. Odbieramy bagaże, ostatnie, które jeździły po rampie. Wychodzimy, kierując się znaną drogą między śmigłami i sklepami, na podziemny peron dworcowy. „No tak…gdyby w Warszawie o tym pomyśleli…Gdyby budując Dworzec Centralny wzięli pod uwagę…a wiesz, że……” Silna gestykulacja podczas rozmowy przyciąga wzrok mężczyzny. Wysoki, chudy blondyn jak wielu mieszkańców tego kraju.  „Was ist das?”- zagaduje, pokazując na zwinięty rulon w ortalionowym pokrowcu. Zamiast wyjaśnić, że to mata do jogi, bardziej interesuje mnie dlaczego zaczął do nas mówić po niemiecku. „ Bo nie znam waszego języka” – brzmiała szybka odpowiedź. „A nasz język to…?” – „Bułgarski”- stwierdza z niezachwianą pewnością siebie. Nie ma czasu, by umierać ze śmiechu, pociąg nadjeżdża, zbieramy bagaże. Kierunek Centraal Station. Tam przesiadamy się w autobus numer 22. Jako  świadomi panujących tu zwyczajów bywalcy mamy kupione bilety czasowe w postaci plastikowej kart. Karty uaktywania się przy wejściu pod bacznym okiem kierowcy, dezaktywuje przy wyjściu,gdy już nikt nie patrzy. Dziwne, jako żywo. Czy żaden tutejszy nie wpadł na pomysł, że można dezaktywować szybciej i mniej płacić? Drzwi zamykają się, pojazd jest prawie pusty. Przez duże szyby patrzę na miasto. Jest spokojne, ciche. Dopiero wstaje słońce. Jest bardzo wcześnie rano. Promienie odbijają się w wodzie i w oknach kamienic. Ptaki  drepczą po balustradach mostów. Kierowca zerka w lusterko na nasze bagaże i uprzejmie pyta się, gdzie chcemy wysiąść. Z dumą, bezbłędnie i z koszmarnym akcentem wymawiam  długą nazwę ulicy i w tym samym momencie, przez szybę widzę docelowy przystanek. Na nim – dwie postaci. Wysiadamy. Radość, krzyk powitania.
Uśmiechamy się do siebie.
Wszystko zostało za nami.


wtorek, 25 stycznia 2011

O tym, czemu służy fejsbukowa inicjatywa.

          Na Facebooku powstała kolejna inicjatywa. Tym razem jest to "Dzień bez Smoleńska" .W odezwie czytamy między innymi:" Celem tej inicjatywy jest WYTCHNIENIE, pokazanie, że w Polsce powinno być miejsce również dla ludzi, którzy chcą żyć w spokoju, bez ciągłej żałoby i awantury.
Choćby przez jeden dzień….."


 Inicjatywa zebrała, jak na razie ponad 80.000 osób, które pragną wytchnienia choćby przez jeden dzień i "wezmą  udział" oraz pewnie, lekką ręką, drugie tyle, co po prostu "lubi to".Choćby przez jeden dzień to lubi. Ot, tak sobie, dla fanaberii.Daruję sobie melancholijne wielokropki.

      Gdzie jak gdzie, ale w tym właśnie miejscu fanaberię się rozumie i popiera. Bo absurdalne, zabawne, bo czemu nie.Jednak w przypadku "Dnia bez Smoleńska" Fanaberium blog inicjatywy tej nie popiera.Nie lubi.
I właśnie wyjaśnia dlaczego.

     Nieznośną tendencję to bezustannego tworzenia "dnia bez czegoś" tudzież "dnia z czymś"  można zaobserwować już od dawna.Dzień walki z rakiem, dzień bez papierosa, dzień walki z otyłością, dzień bez telefonu komórkowego etc etc. Zapewne ma  uświadamiać społeczeństwo, że profilaktyka raka jest istotna, palenie zabija, tycie jest nie tylko nieestetyczne, ale i  niezdrowe, a komóreczkę to trzeba wyłączać, bo nie zastąpi  nam ona  prawdziwej więzi międzyludzkiej.

Wszyscy tak przez jeden dzień trąbią o czym należy, cytologiczne wozy do centrów handlowych są podstawiane, a jak zapalisz w dzień bez papierosa to nawet niektórzy współpalacze popatrzą na ciebie krzywo.
I nawet  bardzo dobrze.Niech  jeżdżą, niech trąbią, niech uświadamiają.Brawo, brawo, brawo.Wszyscy jesteśmy tacy uświadomieni i chcemy uświadamiać innych.

Przez jeden dzień.
Mając nadzieję, że potem to się jakoś załatwi samo.
Bo problem polega na tym, że tak jest tylko przez chwilę.I koniec.Niewiele się zmienia. Pospolite ruszenie szybko się wypala. Potem cisza.

       "Dzień walki z", "dzień bez" lub "dzień z"  niczego nie zastępują,  niewiele zmieniają. Dają fałszywe złudzenie zajmowania się jakimś problemem.Jak typowy polski zryw narodowy trwają zazwyczaj krótko i prowadzą do klęski. Może do moralnego zwycięstwa, bo intencje chwalebne, ale rezultaty?
Jeśli choć jedna osoba, była w owym dniu walk z rakiem zdiagnozowana to chwała za to. Ale czy to naprawdę  o to chodzi, by walczyć tylko tego dnia czy  raczej żeby zmieniać rzeczywistość trwale i  żeby - w tym wypadku -  ludzie  poddawali się badaniom kontrolnym i mieli do nich dostęp?
Żeby to nie był zryw.Żeby to była normalność.

       Dlatego "Dzień bez Smoleńska" jest tak naprawdę inicjatywą niefortunną.Inicjatywa, aby "choć przez jeden dzień" żyć spokojnie, bez żałoby i awantury  tak naprawdę wpisuje się w cały nieracjonalny dyskurs panujący w  Polsce od 10 kwietnia 2010 roku.
Po pierwsze dlatego, że jest inicjatywą dyktowaną tymi samymi emocjami co całe zjawisko do którego stara się zdystansować. (Pomijam ewentualny kpiarski aspekt sprawy, bo inicjatorzy zarzekają się, że tak nie jest,że chodzi im tylko o "wytchnienie")
Po drugie dlatego, że wpisuje się tak naprawdę w dyskusję o Smoleńsku. "Dzień bez", "czy dzień" z - co to za różnica?Cały przecież czas odnosimy się do jednego.
Po trzecie dlatego, że ambicja aby tak było przez "JEDEN DZIEŃ" jest naprawdę miałka i taki postulat niczego nie wnosi do publicznej dyskusji. Nie chodzi przecież o to, by zapomnieć o tym na jeden dzień, a potem wrócić na stare śmieci.
Chodzi o to, aby powoli, racjonalnie zmienić poziom i rodzaj debaty publicznej, zwrócić dyskusję na inne tory, podejmować inne tematy w inny sposób, co może zaowocować zmianami.

A fejsbukowa inicjatywa wcale, moim zdaniem, temu nie służy.

czwartek, 20 stycznia 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.3

  (żeby B.B.  miała co czytać)        

        A oto i Miss Zdania Podrzędnego W Języku Obcym. Jak sama nazwa wskazuje Miss jest miss. To znaczy mogłaby nią być. Długa, chuda, piersi małe, biodra wąskie, włosy rudoczerwone, w nieładzie loków. Miss pracuje w tiwi i żeby wyglądać jeszcze chudziej chodzi opalona na kolor marchewkowopodobny cały okrąglutki roczek.Bo w tiwi to lepiej wygląda a na dzień można zrobić tynk jasnego makijażu.I jest git.
           Ale rzecz nie w tym do końca jak miss wygląda. Rzecz w tym, że Miss bywa. Bo bywa. Bywać wypada. Nie tylko wypada a trzeba. A jak trzeba bywać to wychodzi na to, że imperatywem kategorycznym,  najkategoryczniejszym    jest  zostawienie po sobie wizytówki w umyśle każdego uczestnika niczym bodźca podprogowego. Ta wizytówka musi być impulsem, który przy następnym spotkaniu spowoduje, że dana osoba  nie tylko rozpozna  Miss, ale i z katalogu mózgownicy wydobędzie jakąś pozytywną i oryginalną wiadomość o niej, taki wypasiony dizajn w umyśle na temat każdego. Miss na przykład tak kocha języki obce, że zdanie podrzędne buduje w innym języku, a w każdym  z nich posługuje się wyrafinowanym słownictwem. Studiowała przecież języki wytrwale już od żłobka -  a dlaczego studiowała właśnie to?  Bo studiowanie języka oznacza „pokonywanie tej wieży Babel” (podkreślona znajomość frazeologii i mitologii chrześcijańskiej)    „ciekawość świata” (taka jestem dziecięco urocza) granicząca z „choroba umysłowa generacji X” (fascynacja psychologią społeczną)  rozwija  „umiejętność i talenta” (bo jestem najlepsza) prowadzące – być może(bo jednak skromna)  w przyszłości do Nobla -  nie chodzi o nagrody tylko o „własny rozwój i poczucie kobiecej wartości” (jajniki na barykady).To właśnie zdaje się mówić Miss zdania podrzędnego wypowiadając się w którymś  z języków  na forumie.        

        Chociaż nie… nie wypowiedziałaby tego  na forumie. Na forumie Miss słucha łapczywie. Słucha co kto mówi i do kogo. Tu przytaknie, tam pośle uśmiech, jeszcze gdzie indziej postara się znacząco westchnąć. Miss jest doskonała w konwersacjach. A konwersacja jest wtedy kiedy to w tych potwornych czasach  kultury obrazkowej rozmawia się sam na sam. No ewentualnie we trójkę. Wtedy się wyraża zasłyszane opinie, zaczytane zdania, zawidziane spostrzeżenia,  przytoczy nie swoją anegdotkę.  Wtedy tez można się uśmiechać, można tez wymienić się kartami wizytowymi i z tym poczuciem dobrze spełnionego obowiązku towarzyskiego można wyjść. Miss lubi konwersacje, bo są one naprawdę fascynujące i dużo mówiące o ludzkich umysłach, a także powodują to, że  w niewielkim  gronie można nie tylko świetnie wypaść, nie tylko dobrze wyśledzić kto  i co, ale przede wszystkim można być dobrze zapamiętanym.Nawiązać kontakt i zrobić wrażenie - oto dewiza Miss.

Ale w pewnym momencie trzeba czegoś dokonać. Tudzież trzeba mówić, ze się dokonuje. I tak Miss dzięki swoim licznym talentom językowym i wyobraźni postanowiła zadziałać charytatywnie. Gdyż charytatywnie działać  wypada, nie tylko wypada, ale wręcz trzeba. Wiec chcąc stworzyć kompilację eklektyczną, a zarazem działać charytatywnie -  a wiadomo ze najlepiej się działa charytatywnie na rzecz dzieci  - i do tego wszystkiego jeszcze włączyć i wykorzystać pokłady swego zmysłu estetycznego i ironii Miss, krótko mówiąc, postawiła na krasnale. Krasnal jak krasnal, taki posążek do ogrodu, pomalowane ohydnie szkaradzieństwo, istny potwór, który to niepodzielnie króluje na granicy zachodniej. Polska wieś tez chlubi się posiadaniem krasnoluda w ogródkach, co jest znakiem luksusu, fantazji i poczucia estetyki. Miss postanowiła jednak zrobić reklamę przez wyśmianie i kicz. Wiadomo, że nic tak nie robi kariery jak ironia, ironia dobrze opakowana jest w stanie zrobić kolosalną karierę na przedmiocie swego wyśmiania, bo nie o przedmiot chodzi ni o analizy tylko o klarowny przekaz gotówki. A tak mimochodem to można sobie coś wypromować, czemu nie. Plan Miss był taki: nakłonić parę sław, swojskich chłopów i  równych babek, co to się mogą śmiać ze swego wizerunku publicznego i maja do siebie opiewany dystans, nakłonić ich więc do zrobienia odlewu ich twarzy, by posłużyć się nimi do stworzenia jedynego swojego rodzaju krasnoluda z twarzą kogoś znanego. Na przykład krasnolud z twarzą najpiękniejszego polskiego aktora, najseksowniejszej prezenterki pogody, tudzież najznakomitszego fryzjera lub najlepszego manikiurzysty. No i oczywiście projektanta mody. (Zaznajomienie się w dzisiejszych czasach z projektantem mody jest towarzyskim wymogiem.) I ten właśnie jedyny w swoim rodzaju krasnolud- który to poza twarzą znanego człowieka również będzie oryginalny, bo zaprojektuje go w całości Miss dając upust swej fantazji i ironii i znajomości języków obcych,  taki krasnolud o którego potworności każdy wie, tym razem posłuży   szeroko pojętemu charytatywnemu interesowi. Na aukcji się go wystawi, pieniądze zbierze z przeznaczeniem na dzieci chore bądź samotne a same krasnoludy nie trafią wcale do rak płacących za to grube czeki bogaczy o miękkim sercu, co to -  to nie. One trafia do ogródków przedszkolnych, by je ozdabiać i czyni dzieciom radość, natomiast zdjęcia krasnoludków wraz ze pierwowzorami będą wisieć tu i tam, by budzić śmieszek w warszawiakach i pokazywać przyjezdnym ileż tu figlarnych pomysłów się rodzi. Oczywiście przysporzy do Miss wielu fanów, wywiadów i zdjęć oraz nowych, koniecznie markowych ciuchów.
Ale to całkiem mimochodem.
Ot, co.

niedziela, 16 stycznia 2011

O tym, że PJN.

To jest człowiek, który jest w stanie zrobić wszystko.

W 2008 roku jednym strzałem   powalił rozwścieczonego tygrysa. Uratował dzięki temu ekipę telewizyjna i swoich współpracowników. Tygrys zapadł w natychmiastowy sen, a On go  czule pocałował na pożegnanie, i rzekł „daswidanja”.

W 2009 roku pod baczną obserwacją kamer państwowej telewizji rosyjskiej, nadawał na żywo swoją relację z dna jeziora Bajkał.  Zdecydowany i skupiony, w błękitnym jak jego oczy kombinezonie płetwonurka, w miniaturowej łodzi podwodnej Mir-1, opowiadał o swoich wrażeniach z głębokości 1400 metrów pod powierzchnią wody.


W grudniu 2010 roku na koncercie charytatywnym w Sankt Petersburgu, organizowanym na rzecz chorych dzieci, odśpiewał zachwyconej publiczności jeden ze standardów Louisa Armstronga. Sharon Stone, Monica Belluci z Vincentem Casselem czy Goldie Hawn z Kurtem Russelem stali jak urzeczeni, klaskali w rytm, pokazując przy tym  znak V, jeden z ulubionych gestów Lecha Wałęsy.

W corocznym spotkaniu z młodymi, na  pytanie kiedy Michaił Chodorkowski wyjdzie na wolność, odpowiedział, ze miejsce złodzieja jest w więzieniu. Następnego dnia, w drugim procesie byłego ministra i szefa Jukosu zapadł wyrok skazujący.

W 2000 roku nie przerwał wakacji, kiedy zatonął okręt podwodny  „Kursk” ze 118 marynarzami na pokładzie.


Według niektórych komentatorów i opinii publicznej 7 października 2006 roku dostał nietypowy prezent: ciało Anny Politkowskiej, niezależnej dziennikarki krytykującej politykę Kremla zostało znaleziono w windzie w bloku jej  mieszkania.Wcześniej wielokrotnie grożono jej śmiercią.


Kilka dni temu został opublikowany raport MAK dotyczący katastrofy w Smoleńsku. Winę wg raportu- o, niespodzianko!- całkowicie ponosi strona polska. Jarosław "Prezes Jest Nieomylny" Kaczyński w pierwszych, krytycznych  słowach odnoszących się do raportu,  stwierdził, że „gdyby był premierem nie doszłoby w ogóle do tej katastrofy”. Nie dopuściłby, przewidziałby, zapobiegł, cofnął czas, rozproszył mgłę, wyszkolił pilotów tu i kontrolerów tam. Sam, jeden, jedyny.
No i  pewnie by nie doszło do katastrofy gdyby był premierem.
Rosji.

Bo premier Rosji może zrobić absolutnie wszystko. 
Premier Jest Najdoskonalszy.

Może jest to jakiś pomysł dla Jarosława Kaczyńskiego, by wystartować nie w wyborach parlamentarnych w Polsce,a  w wyborach do Dumy w 2011 roku. Dobrze by było jedynie, gdyby startował z listy klubu "Polska Jest Najważniejsza". Byłaby to prawdziwa konkurencja dla partii „Jedna Rosja” z której wywodzi się teraźniejszy rosyjski premier. PJN to  ciekawa propozycja dla Rosjan i  Kremla, aby stawiać nagle na pierwszym miejscu interesy i sposób myślenia Polski, a dla Polski, by  nie zajmować się tymi bzdurnymi problemami gospodarczymi, tą  nic nieznaczącą reformą służby zdrowia czy nudną modernizacją PKP  tylko skupić całą energię na  szukaniu rewanżu  i sprawiedliwego moralnego zwycięstwa nad  odwiecznym, wschodnim ciemiężcą.

wtorek, 11 stycznia 2011

O tym, że trzeba mieć dużo książek.

         Do bibliotek to się ja nie nadaję.Wcale. Bo o ile łatwo jest mi wypożyczyć to oddanie jawi się zazwyczaj jako całkowicie niemożliwe.Stałą bywalczynią księgarni też nie jestem,  jeśli już to ot, tak, przy okazji. Łatwiej przecież wpisać www, kliknąć do koszyka, płacę teraz, pyk przelew i przyniosą do domu. Lenistwo.Ale dzisiaj poszłam ja byłam w starym stylu do księgarni.Trochę z ciekawości, trochę po nic, trochę po prezent a trochę dlatego, że było mi potwornie zimno i księgarnia wydawała się miejscem, gdzie wiatr nie istnieje.Stałam, patrzyłam, kartkowałam . A tu koło mnie stała Cudna Pani i Piękny Pan, Ona w Butach -  Kopytkach, On w super modnych Oprawkach Okularów. Przeciwsłonecznych, żeby nie było.Państwo odbyli mniej więcej taką konwersację :
-Myślisz, że on to przeczyta?
-Nie.
-To po co mu to kupujesz?
-Bo lubi jak mu książki stoją na tej nowej półce.
Od razu skojarzyła mi się historyjka sprzed kilku lat jak Cyrkoniowa Blondyna  weszła do kiosku, pochyliła się nad   szklaną witryną w której leżały Herlequiny i powiedziała głosem hieny:
-Poproszę jakąś książkę.
-Białą czy różową?
-Dzisiaj różową.
(Różowe Harlequiny to zdaje się były te pikantniejsze)
W obydwu przypadkach  - i tym dzisiejszym, i tym sprzed lat - zachowałam się, niestety, tak samo.Udając, że czytam wydałam z siebie dziwaczne prychnięcie.Niebardzo nachalne, ale jednak zostało  zauważone i potraktowane pełnym lekceważenia i wyrzutu spojrzeniem.Na dodatek przez swoje głupie i  karczemne zachowanie nie usłyszałam dalszego ciągu konwersacji, bo Kopytka i Oprawki się ulotniły w inne regałowe rejony.
        Naprawdę, nie umiem się zachować.Może żeby to zmienić  powinno mi stać więcej książek na półce.

         To wszystko wpisało się w smęcące przemyślenia Wojciecha Młynarskiego ujawnione w wywiadzie opublikowanym w najnowszym "Wprost". Młynarski narzeka na niski poziom kabaretów, niski poziom tekstów piosenek i niski poziom czytelnictwa (Żeby być fair powiem, ze narzeka również na swój brak narzędzi pisarskich do opisu rzeczywistości).Sprawdziłam więc badania dotyczące czytelnictwa w Polsce - Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej przygotowuje taki raport raz na 2 lata. Ostatni był w 2009 roku. Wynika z niego niezbicie, że "wskaźnik książki" maleje od początku lat 90-tych.Raport pokazuje, że 62% Polaków nie miało przez rok kontaktu z żadną książką.Oprócz tego badania dowodzą, że zanika czytanie dla przyjemności, mężczyźni mniej czytają od kobiet, a gdyby pominąć czytanie z obowiązku przez nastolatków,  to nie byłoby niemalże co badać.
        Zasłyszane przeze mnie dialogi zdają się tego dowodzić. W końcu parę lat temu Cyrkoniowa Blondyna Harlequin, nie Harlequin, ale  jednak czytać chciała. Dzisiaj Okulary i Kopytka kupowały książkę po to, żeby była elementem wystroju wnętrza.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

O tym, jak i na co działają mięśnie.

       Kto nie był w Pradze, kogo interesują Czechy, a chce się o nich czegoś dowiedzieć albo po prostu przeczytać coś interesującego powinien jak najszybciej zabrać się za  „Zrób sobie raj” Mariusza Szczygła. Szczególnie zaś czym prędzej przeczytać  reportaż „Wkurzacz czeski” poświęcony   Davidovi Černemu. David, jeśli można go tak kordialnie nazywać, to człowiek, który wpadł na genialny pomysł upokorzenia komunistów, manifestujących ochoczo w dzień 1. maja, poprzez spowodowanie rozluźnienia ich  wszelakich  mięśni gładkich- także tych odbytniczych. Jak? Nic prostszego. Wystarczy wypuści niskie dźwięki o konkretnej częstotliwości i natężeniu za pomocą ogromną głośników- resztę załatwi sama natura. „Tysiące obesranych komunistów – to byłoby uwznioślające wyobrażenie”  - czytamy w tekście. Jako żywo – doskonałe. Ta inicjatywa nie została jednak podjęta ze względu na niebezpieczeństwo, że mięśnie gładkie puściłyby nie tylko komunistom.(A może szkoda? Bo umiejętność rozluźniania mięśni to ważna sprawa i przy stresie i przy zimnie i przy uprawianiu sportu i paru innych ważnych sprawach. Może, może,może takie nagłe niekontrolowane rozluźnienie dałoby, mimo wszystko,  ludziom do myślenia?)
        Černy,  znany rzeźbiarz, jest autorem prac, które, rozmieszczone  (nie tylko ) w Czechach, nie wzbudzają w jego kraju większych kontrowersji zupełnie jak jego obesrana komunistyczna inicjatywa. Święty Wacław, patron Czech, na zdechłym,  odwróconym koniu w Pałacu Lucerna, pomnik sikających (których to penisami można sterować jak tylko wyśle się SMSa pod odpowiedni numer) na mapę odzwierciedlającą granice Republiki Czeskiej lub też „Nagotyłki”  - ogromne  dupy na wielgaśnych nogach, do których można się wdrapać po drabinie i obejrzeć film z prezydentem Klausem jako siwą staruszką w jednej z dwóch głównych ról. Černy był też autorem pracy Entropa, która przedstawiała symbolicznie 27 krajów Unii i  miała w uroczyście uczcić rozpoczęcie pierwszej prezydencji czeskiej w Unii Europejskiej a skończyło się na uroczystych protestach niektórych krajów przedstawionych w sposób, jak było głoszone, obraźliwy. Najbardziej, zdaje się obrażona była Bułgaria, przedstawiona jako turecka toaleta. W 2010 roku Černy wykonał rzeźbę Golema dla Poznania.(tak, ja też w swoim niedokształceniu, byłam tym faktem niezwykle zdziwiona, co niby ma robić Golem w Poznaniu? Otóż rabin  Jehuda Löw ben Bekalel, który podług podań Golema był ustanowił, przez wiele lat mieszkał i rabinował właśnie w  tym mieście)Ta 2 i pół metrowa rzeźba została odsłonięta w maju 2010 roku, Černy był obecny a nawet wziął udział w spotkaniu ze studentami poświęconemu kontrowersjom w sztuce i wszystko było super grzecznie. Może dlatego, że tym razem miasto poprosiło rzeźbiarza o umiar i brak kontrowersji. Kiedy Bielsko-Biała nie poprosiła Černy wsadził do akwarium rzeźbę Saddama Husseina ubranego w slipy. Głową w dół. Bielsku-Białej to się nie spodobało i rzeźba musiała odejść.
I właśnie tu ja bym tak sobie zamarzyła, aby znalazło się jakieś miasto w Polsce, które zaprosiłoby taką postać jak David Černy, aby postawił cokolwiek, gdziekolwiek. Aby nie prosiło o umiar i rozwagę, nie stawiało obostrzeń, tylko z uśmiechem zgodziło się na to, co ma do zaproponowania artysta, nie robiąc przy tym specjalnego rabanu. Nawet jeśli by to był Kordian w czułych objęciach Konrada-Gustawa, Adam Mickiewicz z jointem czy…właśnie, może ktoś ma pomysł, co mogłoby to być?
            A wszystko nie po to, aby obrażać, nie po to, by wzbudzać miałkie kontrowersje. Po to, aby wprowadzić trochę kontrapunktu, aby  rozrzedzić nieco tę romantyczno-mroczno-mesjanistyczno-cierpiętniczo-pesymistyczno-patriotyczno-jednowymiarowo-spiskowo-smoleńską mgłę, która zbyt często nas otacza. Aby, jednym słowem,odetchnąć i  trochę,  dla ogólnego komfortu i zdrowia psychicznego, rozluźnić mięśnie.

niedziela, 9 stycznia 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz. 2

( z dedykacją dla K.T.)

Nietrudno było się domyśleć, że napięcie było także między Matką a jej młodszym rodzeństwem. Z analizy psychologicznej by wynikało zupełnie jasno, że Matka zazdrości młodszym, że to ona była porzucona a nie oni, że to może ją mniej kochali i ona była ta brzydsza, ta głupsza, że miała poczucie winy, że była obciążona, że miała przekierowanie tego lub owego w jedną albo w drugą, że przyczyny traumy dzieciństwa teoretycznie niepokalanego pozostawiły trwałe ślady w dorosłości chmurnej w postaci  moczenia nocnego lub niekontrolowanych wybuchów agresji. Nic z tego.
Matka  była stabilna jak spiż i żadnej tego typu traumie z dzieciństwa nie hołdowała. Sprawiała  jedynie  wrażenie osoby, która się głęboko wstydzi za wygibasy życiowe swej matki i tego właśnie nie może jej wybaczyć podług zasady:  „co ludzie powiedzą”. Bo  Matka na takie rzeczy i święte zdanie ”tego się nie robi” była bardzo czuła. Co do rodzeństwa miała do nich uraz zachowany nawet nie z lat dziecinnych,  ile z wczesnej młodości. Poszło o kota. Kiedy Matka była już mężatką, ale jeszcze bezdzietną, hodowała kota. Kota – mimo ogólnej niechęci do zwierząt- kochała bardzo mocno a to dlatego że uratowała mu pewnego wieczora życie.(Matka lubiła najbardziej to, co było dowodem na jej szlachetny charakter i okazją, by ludzie ”mówili dobrze”)  Sąsiad z parteru w bloku gdzie mieszkała Matka  miał psa. Pies był wielki, groźny,  szczekliwy i oczywiście kochał biegać za wszystkim co się rusza i co było mniejsze od niego. Czy to był dwulatek, kot czy gołąb nie robiło mu w zasadzie różnicy. Niejaką różnicę robiło właścicielowi, bo rzucania się  z koszmarnym ujadaniem na dwulatka niebardzo  można było wytłumaczyć jako chęć zabawy -  a kogo jak kogo, ale  świeżo upieczonych mamuś właściciel chciał unikać. Jednak gdy chodziło o kota czy wróbla właścicielowi z parteru było wszystko jedno co z nimi Fernando, w skrócie Ferduś  - bo  jako żywo tak go zwano  – zrobi. Jednak Matce nie było wszystko jedno. Nie to żeby kochała zwierzątka, zupełnie nie. Matce jawiło się to w głowie jako prosty łańcuch zależności: jeśli kundel wypada jak dziki z klatki schodowej i z ujadaniem rzuca się na pierwszego lepszego napotkanego ptaszka to jeśli kiedyś napotka ją, zrobi to samo. Wiec Matka będąc świadkiem polowania Ferdusia na koteczka zrobiła karczemną awanturę, koteczka z solidarności i szlachetnego charakteru zabrała i tak u niej został. Ojciec go zastał, kiedy się przeprowadził, ale akurat Ojcu to niewiele w życiu przeszkadzało,  w już w szczególności wytresowany  do sikania niemal na komendę kot. Ale pewnego pięknego dnia kot zachorował. Miał do tego pełne prawo, bo był już nie pierwszej młodości,  ale Matka się przeraziła i zawezwała Siostrę -  wówczas już absolwentkę wydziału weterynarii odbywającą praktyki w ośrodku weterynaryjnym dla dużych zwierząt. Siostra czasu nie miała, bo krowy i konie całkowicie wypełniały jej dzienny grafik więc nakazała Matce kota przyprowadzić. Jednak Matka była podówczas już w zaawansowanej, nieco zagrożonej ciąży, musiała leżeć i ani dudu nosa z lóżka nie wystawiać. Zadzwoniła więc do Braciszka, bimbającego sobie studenta wydziału prawa, aby  z i do przychodni zwierzęcej przetransportował koteczka. Braciszek przyszedł ziewając z nudów i kaca,  zabrał od niechcenia  i zawiózł, gdzie kazano. I tu zaczyna się dramat. I różnice zeznań. Matka uważa, że Braciszek z Siostrunią przez swoja karczemną nieuwagę i bimbanie sobie ze wszystkiego  zabili jej kota. Może nawet dla żartu, bo od dawna uważali, że kot już był za stary żeby cokolwiek  i do niczego się nie nadawał. Siostra z Bratem zarzekali się na rany Chrystusa ze nie zabili kota, a wypadek  był    strasznym zbiegiem okoliczności. Kiedy Matka przy każdej awanturze zaczynała się już już już ułagadzać Braciszek robił minę, którą nawet ślepy zaklasyfikowałby jako próbę nieuduszenia się ze śmiechu i podsumowywał „ale tak poza wszystkim to  było zabawne” .  Tu następowała burza z gradobiciem, krzyk, rejwach, sajgon meksyk, wszystkie tornada świata. Matka dostawała argument do ręki. Nie uznawała żadnych dwuznacznych sytuacji. Dla niej smutek był smutkiem, uśmiech uśmiechem. Żadnych mikstur. Nic. Dostawała więc argument świadczący o rzekomej podłocie rodzeństwa polegającej nie tylko na  zabiciu jej kota, ale także na wieloletnim wmawianiu jej, że zrobili to całkiem przypadkiem tylko po to, aby uzyskać podstępem jej wybaczenie. Zabicie kota odbyło się w sposób bardzo prosty. Siostra  po zbadaniu zwierzęcia powiedziała bimbającemu sobie Bratu: „idź do pokoju obok i tam leżą tabletki na spodeczku, wsadź kotu jedną i będzie dobrze” . Brat poszedł, wziął tabletkę, wsadził kotu a kot zdechł.  Jak się okazało  tabletka ta była podwójną dawką silnego  lekarstwa uspokajającego dla dorosłego, która leżała tam przygotowana do łyknięcia do popołudniowej kawy przez panią doktor Siostrę (która bardzo ciężko znosiła codzienne obcowanie z krowami). Brat zarzekał się ze innego spodeczka z lekarstwami nie było, Siostra zarzekała się, że był, a Matka zarzekała się, ze kot zostanie pomszczony.

sobota, 8 stycznia 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz. 1

(z dedykacją dla K.)

Otóż wyszło pokątnie na jaw, co cioteczki mówiły nie bez rumieńców na podeschłych policzkach, że ich siostrzyczka -  czyli nasz Babcia Pierwsza  -  razem Dziadkiem  mieli parę przyjaciół. Ona - bardzo Efektowna Pielęgniarka - jak mówiła  Cioteczka Pierwsza z lekka zazdrością; „latawica”  - jak mruknęła Cioteczka Druga, owinęła sobie Dziadka wokół palca w try miga. Jej mąż natomiast - Bardzo Piękny Mężczyzna -  jak zgodnie tym razem twierdziły obie ciotki- nie pozostał obojętny na wdzięki Babci. Koniec końców oba małżeństwa postanowiły być uczciwe i szczere i po kilku wspólnych debatach postanowili uczynić pewnego rodzaju roszady: Dziadek z Efektowną Pielęgniarką zamieszkali razem, a Babcia z Bardzo Pięknym Mężczyzna razem. Zostały ustalone jednak trzy sprawy:  po pierwsze musi być przeprowadzony rozwód bez orzekania o winie w obu przypadkach. Po drugie obie pary  wyniosą się w z miasta w dwa różne końce Polski, po trzecie dzieci zostaną przy ojcach. Dwa pierwsze punkty były mniej więcej rozsądne -  jeśli o rozsądku w takim przypadku może być mowa. Ale czemu wszyscy postanowili oddać dzieci pod opieki ojców, którzy pracowali i niebardzo ze swoimi jedynaczkami jakikolwiek kontakt mieli, podczas gdy ich dotychczasowe żony siedziały w domu i zajmowały się tak zwanym domowym ogniskiem? Cóż. Może panowie doszli sami do patriarchalnego wniosku ze ta pielęgnacja domowego ogniska niezbyt dobre efekty przyniosła więc woleli wziąć sprawę wychowania córek w swoje ręce. Tego nie wie nikt. W każdym razie rzecz przeprowadzono i przez 4 lata  Matka, która podówczas miała lat 5, żyła z Dziadkiem i Efektowna Pielęgniarką  gdzieś koło Rzeszowa, Babcię – swoją jakby nie patrzeć matkę -  widując od czasu do czasu. To mógłby być koniec opowieści gdyby nie fakt ze Matka posiada dwoje młodszego rodzeństwa, które nosi takie samo - jak jej panieńskie - nazwisko. Czyje to dzieci więc?  Dziadka? Bardzo Pięknego Mężczyzny? Adoptowane? I Pierwsza Ciotka i Druga westchnęły z bólem i niezbyt starannie ukrywaną satysfakcją, że jednak za skoki w bok trzeba płacić. Bardzo Piękny Mężczyzna okazał się być gburem. Niby taki piękny, róże  przynosił, komplementa prawił i wpatrywał się w oczy jak trzeba było. Przez „jak trzeba było” obie ciotki poniekąd rozumiały to samo. Pierwsza jednak mówiła o „miłosnym uścisku” ,Druga o „zaciągnięciu do wyra”. Wiec jak trzeba zaciągnąć do wyra czekoladki były, potem jak już wyro nie było lada gratką nastąpiły dni ciche dla Babci puste i samotne, bo Bardzo Piękny Mężczyzna zaczął do baru chadzać, lekko  - po drobnych zabiegach (głównie odbieraniu po domach   porodów) –popijać. Dziecko jego – Justynka czy Malwinka - tu pewności Ciotki nie miały – chodziła na wiele zajęć więc Babcia samotna w domu zajęła się tkaniem gobelinów i gdyby Cioteczki do niej nie pojechały w odpowiednim czasie byłaby się dziewczyna – podług konstatacji starszych pan - do końca zmarnowała. W tym czasie na drugim końcu Polski Efektowna Pielęgniarka była znudzona. Miasto w którym z pierwszym mężem mieszkała jawiło się jej teraz jako metropolia w porównaniu do ponurej  dziury pod Rzeszowem do której zabrał ja Dziadek. Dziadek z kolei był z natury człowiekiem spokojnym i małotowarzyskim, jego słabość do Efektownej Pielęgniarki była czymś w rodzaju ostatniej burzy hormonalnej i wybuchu testosteronu niż  efektem ognistego temperamentu . Spokojna praca w biurze urzędu gminy była dla  niego wymarzona i nie miał ambicji, by zajść gdzieś wysoko. Efektowna Pielęgniarka wręcz przeciwnie. Efektowna Pielęgniarka miała ambicje, aby dziadek miał ambicje. Chciała go widzieć jako ważną osobistość w rządzie, w partii,        w radzie w gminy chociażby, gdziekolwiek gdzie władza dodaje blasku, w którym ona mogłaby być jeszcze bardziej efektowna i poważana. Dotychczas mówiono o niej „pani doktorowa” a ona widziała siebie jako premierową  pławiącą się w luksusie, w ploteczkach, wyjeżdżającą do Bułgarii i chodzącą w prawdziwych norkach przez okrągły rok. Niestety, Dziadek tych marzeń nie podzielał i ona szybko to zrozumiała. Była rozczarowana.  Mijały miesiące a ona nie miała co robić, z kim plotkować, nikogo nie znała, nie potrafiła się przystosować. Z tym przystosowaniem nie było  jednak tak źle bo dziadek zastał ją pewnego pięknego dnia w efektownym uścisku z facetem od rozwożenia mleka, a ponieważ w domu była Matka – wtedy paroletnia dziewczynka – która to zaziębiona w łóżku leżała i ryczała, podczas gdy Efektowna Pielęgniarka migdaliła się z mleczarzem, dziadek się wściekł, zabrał manatki, kilkuletnia Matkę i tyle go widzieli. Zbiegło się to w czasie z zabraniem matki przez ciotki od Bardzo Pięknego Mężczyzny i koniec końców Ciotki Babkę na Dziadka na powrót wyanimowały. Stąd  rodzeństwo - zapewniały Ciotki zgodnym chórem i dumą z dobrze wypełnionej misji. Wszystko stało się jasne mniej więcej. Jasne  dlaczego babka się tak modli i pokuty odprawia, bo  jako żywo ma za co, dlaczego alkoholu nie cierpi i każdy kto wypije choć jeden kieliszek do roku jawi jej się jako zatracony alkoholik i dlaczego wreszcie ten bezustanny zatarg i niewyjaśnione napięcie między Matką a Babką.

O tym, co napisał Strehler.

Giorgio Strehler w "Intermezzo" napisał "Mój zawód polega na opowiadaniu historii. Muszę je opowiadać".Mój zawód w zasadzie na tym nie polega.Ale ja lubię opowiadanie, lubię historyjki, zarówno je opowiadać, jak i ich słuchać. Nie ma to jak dobra anegdotka, trochę zmieniona, podkoloryzowana, w której dobrze rozkładają się napięcia, akcenty, która pozwala dobrze  pobawić się słownictwem, i która jest powtarzana ciągle i ciągle ewoluując, żyjąc trochę swym własnym życiem.Nie każdy potrafi to robić.W zasadzie jest to trudna sztuka - tak sprzedać historyjkę, by przyciągnąć uwagę, by chciano słuchać, by - o sukcesie! - śmiano się i smucono, gdzie trzeba.
Na dnie bałaganu w garderobie odnalazłam spisane historie, dla których  inspiracjami  były zasłyszane i zaczytane historyjki, w większości przeze mnie przetworzone, dowymyślane, podrasowane, zinterpretowane.Postanowiłam więc od czasu do czasu publikować je tutaj. W końcu stałam się blogerką, mój zawód polega na opowiadaniu historii.

czwartek, 6 stycznia 2011

O tym, że już czas najwyższy.

Różnica między polskim nastawieniem, oczekiwaniami i podejściem do życia  a anglosaskim lub tym widocznym w krajach Beneluxu jest taka, że w Polsce na wszystko jest jakiś konkretny czas i mniej więcej określony sposób osiągania celów. W Holandii czy Wielkiej Brytanii wyprowadza się z domu dość wcześnie, długo się szuka jeśli się nie wie co, jak, gdzie i z kim.Poszukiwania mogą wzbudzać troskę i ironiczne uwagi rodziny i przyjaciół,  kpinki znajomych, płacze, wątpliwości czy dyskusje. Ale nie wzbudzają podejrzeń, że coś jest z poszukującym nie tak, bo szuka.Bo nie wie.Bo nie spotkał.Bo stracił pracę.Bo zmienił pracę, bo, bo, bo....... W Polsce jest mniej lub bardziej określona norma zachowań. Kiedy męża ma mieć, kiedy dziecko urodzić, od razu wiedzieć jakie studia skończyć i co po nich robić, jaki kolor tapety na ścianę przykleić i czy kibel to podwieszany czy raczej taki stojący. Jak się nie wie, maluje paznokcie na taki a taki kolor, a gacie nie w różyczki a w malwy nosi -  to to coś znaczy.A znaczy, że tak się nie robi. Skoro tak się nie robi to trzeba kogoś naprostować, wybić mu z głowy i pouczyć.No przecież czas najwyższy.
Odejście od  schematu powoduje zaburzenie, które natychmiast zostaje zauważone i poddane podlupowym oględzinom. Bywa, że zostaje to zaakceptowane - wtedy mamy do czynienia z powolną zmianą społeczną, postrzegania nowych zjawisk i dopuszczenia ich do ogólnonarodowej kategorii normalności. Nie jest to jednak zjawisko specjalnie często spotykane. To, co jest natomiast spotykane nader często można opisać i zamknąć w jednym słowie: paranoja.

Wizyta u lekarza nie wydawała się być specjalnie skomplikowana. Ot, proste problemy z trawieniem, lekki niepokój o obciążenia genetyczne różnych chorób żołądka. Jednak okazała się daleko dalej  niż kondycja jelita grubego idącym  zbiorem dobrych rad wujaszka Wani, nakazów surowego doktora , opinii wyroczni delfickiej i dwuznaczności podtatusiałego erotomana.Więc czegóż z takiej wizyty  u gastrologa można się dowiedzieć? Przede wszystkim tego, że macica woła o dziecko. Woła! Nie,że był to problem.Nie, że to było jakoś podniesione.Nie, że  ultrasonograf jakimś cudem, jakieś wołanie  wykrył. Nie. Ale lekarz wie,bo jak tylko pacjent wchodzi to on już wie. Nie musi badać, diagnozować, pytać. Wygłasza pouczenie uważając, że ma do tego prawo, że ma pełną rację, że jest naprawdę super lekarzem. "Bo, moja dziewczynko, ja już po sposobie chodzenia, siadania widzę.  To tak nie jest, że to nic nie ma wpływu.Dzień ma wpływ, noc ma wpływ, sex ma wpływ - dużo masz sexu? Jaki ten sex?No, nie chcesz mówić to nie. I księżyc ma wpływ, znaki zodiaku mają wpływ. Jaki jest twój?Co, pewnie Rak?Nie Rak?Ach to pewnie Skorpion, z oczu ci patrzy Skorpion.Ładne ty masz te oczy, niesamowite nawet szkoda, że się tak marnują.Nie szkoda ci tak, że tak źle tym swoim życiem zawiadujesz? Widzę, że źle. Gdzie te dzieci, już powinnaś mieć przynajmniej dwójkę -  to ostatni, ostatni dzwonek!Opamiętaj się, masz 30 lat zaraz, już za chwile będzie za późno!Co? Nie przyszłaś tu mówić o dzieciach?Ale ja ci prawdę mówię, jak być powinno!Pomyśl o swojej macicy, o żołądku, o wątrobie.Chcesz tak nienormalnie tym zarządzać? No więc co z tym znakiem?Nie Skorpion to Bliźniak.Ach Baran, no jasne!Od razu wiedziałem, ale tak chciałem się podroczyć.Barany zawsze mają takie problemy, stres, stres i jeszcze raz stres. Wybij se ze łba stres."


I co po takiej wizycie zrobić?Dostać napadu śmiechu czy płakać ze smutku, że już jest za późno nawet na dobry znak zodiaku, który dobrze wpływa na trawienie cebuli i mleka?Może po prostu trzeba iść do kogoś innego, receptę wyrzucić do kosza, nie martwić się  konowałami, którzy pozwalają sobie na uwagi dotyczące życia osobistego, mówią od razu na przymilne "ty" i nie wykonują swojej pracy.Nie irytować się, że wydało się pieniądze na prywatną służbę zdrowia a nadal się nic nie wie, problem nie zostaje rozwiązany i trzeba płacić i szukać dalej.Często na własną rękę. Że było się u lekarza-astrologa, który wróżył  czarną przyszłość, u ginekologa-chama, kardiologa, co kazał czekać godzinami popijając kawki czy dermatolog z nieświeżym oddechem i tak dalej i tak dalej.
A może po prostu trzeba napisać skargę. Jedną. Drugą. Trzecią. Może artykuł, może wpis na blogu, dyskusyjkę wśród przyjaciół. Może trzeba zaprotestować, zaprzeczyć, zanegować. Może  za którymś razem, w którymś przypadku polski lekarz przestanie być traktowany jak bóstwo ze starożytnego Egiptu i wyleci z pracy za brak profesjonalizmu, za nieuctwo, za olewanie pacjentów, za uwagi ad personam, za arogancję.Może akcja będzie równać się reakcji i powoli coś się zmieni. Najwyższy na to czas.

O tym, jak zostałam grafomanką.

Grafomania to podług mądrych definicyj szaleńczy przymus  pisania utworów literackich. Obsesyjna chęć pisania i wypisania się, bo się lubi, chce, musi a także wierzy skrycie, że to dzieło nie tyle jest dobre ino po prostu wybitne.  Kolejnym krokiem jest  zarzucanie tymi wspaniałymi produkcjami otoczenia wbrew panującym opiniom, że się do niczego nie nadają.Zawsze święcie wierzyłam, że zdołam ukryć swoje natrętne pisarskie odruchy gdzieś na dnie bałaganu w garderobie, że nie posunę się dalej niż do wysłania dwóm lub trzem postaciom jakiegoś małego fragmenciku uprzednio sto czterdzieści trzy  razy z  pełną niechęci lubością zredagowanego. Wierzyłam w to tak święcie, ze aż prawie zaniechałam pisania w ogóle uważając, że sama myśl o wyrzyganiu jakiegoś felietonu, eseju czy innej fanaberii w postaci a la średniowiecznego intermedium skazuje mnie na nieznośną chęć pisania więcej, dłużej częściej i na dodatek - co za koszmar- być może także na chęć obdzielenia tym szczęściem literackim innych. Jednym słowem byłam grafomanką w stanie spoczynku, utajoną grafomanką, grafomanką, która użyła broni lenistwa, aby uniknąć swej natrętnej przypadłości.Ale nadszedł ten dzień, dzisiaj 6 stycznia, kiedy po przeanalizowaniu za i przeciw, po przełamaniu znudzenia i wstydu,  rozbawienia i niechęci, po wymyśleniu nazwy, po wpisaniu kodów, haseł  i danych -  założyłam bloga.Tak, właśnie dziś, z pełną świadomością swojego czynu, z chwilą naciśnięcia opcji "publikuj posta" stanę się  pełnoprawną grafomanką. Enter.