To jakże błyskotliwe zdanie Fanaberium usłyszało o 4 rano w kuchni (niewłasnej), w mieście (obcym) i w stanie nieco zmęczonym. Zdanie odnosiło się do spraw, które wykraczają poza możliwości poznawczo-intelektualno-zmysłowe Fanaberium, gdyż było podsumowaniem nieznoszącej sprzeciwu prelekcji dotyczącej sztuki, nauki i życia w jednym. Fanaberium z wrodzoną sobie prostotą postanowiło przekuć tę przecudnie złotą myśl na własną modłę i wyciągnąć z kuchennego wykładu wniosek, że najgłupsze jest to, co jest głupie.
Przez ostatnie 2 miesiące Fanaberium milczało, gdyż nie miało absolutnie nic do powiedzenia a nie chciało się tym za bardzo chwalić. Nadszedł czas, by coś tutaj napisać. A powód znalazł się sam.
W kieleckim teatrze. im Żeromskiego, odbyła się premiera spektaklu "Jądro ciemności". Fakt, że powstał na podstawie prozy Conrada wcale nie jest najważniejszy. (choć - tak, tak kuchenny prelegencie - nadal ważny). Najważniejszy fakt jest taki, że jest to spektakl w którym w końcu o coś chodzi. O coś, co wykracza poza obsesyjne analizowanie ja, ja, ja, tylko ja. Fanaberium na teatrze się za bardzo nie zna. Tak piąte przez dziesiąte. Coś słyszało, coś widziało. Bardzo często wychodziło z lekka zażenowane, zdziwione, znudzone i zirytowane z progów teatrów. Może nie zrozumiało, to możliwe. Jednak tu, za pomocą prostych zabiegów ekipa zrobiła spektakl może nie wybitny, może nie wiekopomny, ale taki, który pozostawia widza z pewnym dyskomfortem, wątpliwością, niewygodą.Zmusza do postawienia pewnych pytań, no może nie Pytań, pisanych przez największe na świecie P o to czy najważniejsze jest to, co jest ważne. Ale pytań o to, co ja tak naprawdę wiem o tym, co się dzieje obok mnie. Czy jakkolwiek czuję się za to odpowiedzialny? Czy nagły palący wstyd za to, że jestem zamknięty w swoich traumach, uważam je za najważniejsze na świecie, kompletnie nie widzę tego, że powoduję je sam, że dla innych jestem chodzącym spustoszeniem,bo wydaje mi się, że jestem lepszy, bielszy, bardziej predystynowany, świat należy do mnie i mogę za nic nie brać odpowiedzialności, czy ten wstyd każe mi umyć ręce od wszystkiego, zaklaskać, powiedzieć: "jakie to okropne masakry w tej Afryce były, a fe!" wziąć płaszczyk wykrochmalony, torebeczkę top trendy, przypudrować nosek, poprawić krawacik, wyjść z teatru,pogadać o tym, co jest niby najważniejsze i zapomnieć, czy może przekuje się w coś innego?
No może nie w to, żeby od razu w Sudanie gołymi ręcami studnie w wioskach kopać. To zostawmy Georgowi Clooneyowi i promocji jego następnego filmu. Może na przykład w to, żeby zainteresować się czymś innym poza własną, białą, europejską (polską) dupą siedzącą jednym pośladkiem na historii mamy Madzi a drugim na nieustannym bełkocie związanym z katastrofą smoleńską, która chce mieć w gazecie kolejną historyjkę po to, by móc się nią następnego dnia - pardonnez le mot- podetrzeć.
Bo taka rzeczywistość, jak powiedział Allen, jest naprawdę nie do zniesienia.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
wtorek, 14 lutego 2012
"lepiej się udławić kością, niż mieć gacha z niemożnością"
..żeby nie było: tytuł jest cytatem.
Z Szymborskiej, a jakże.
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Wszyscy teraz albo recytują z patosem Szymborską i znają się na poezji, albo śpiewają "I will always love you" i znają się na muzyce.
Ciekawe czy redaktorzy z "Uważam RZE" też sobie podśpiewują.
"Bitter - sweet memories..."
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Nie mogłam się powstrzymać.
Sprawy wymagające opisania są trzy.
Pierwsza jest taka, że fanaberium zmienia, może na chwilę, może na dłużej, może na zawsze, tytułowanie. Formuła " o tym, że" nie przyniosła takiej satysfakcji jak, nie przymierzając, otwarcie Stadionu "OTO JESTEM" Narodowego.
Pytam się absolutnie wprost: co za kompletny kretyn wymyślił to "oto jestem? Do czego to ma być nawiązanie? "Ecce homo"? - Stadion Narodowy?
Tak więc formuła się wyczerpała.
Formuła będzie nowa.
Ecce formuła.
Oto jestem.
Formuła w postaci lepieja.
Lepiej jest gatunkiem wymyślonym przez Wisławę Szymborską a nazwanym, bodajże, przez Michała Rusinka.
Wolnym rozwinięciem powiedzenia "lepszy rydz niż nic". Przykład w tytule.
Nazwa - chyba jasna.
Ecce lepiej.
Fanaberium prosi o pomysły na lepieje-tytuły.
Dobry lepiej ulepić łatwo nie jest, fakt.
Druga sprawa to wyjaśnienie, że do redakcji nadeszły tysiące milionów odpowiedzi i propozycji na zadane poprzednio pytanio-prośbę.
W stosownym czasie redakcja się odniesie.
Po trzecie i najdłuższe.
Nie to, że ja byłam kiedykolwiek piewczynią talentów i boskości Tomasza Lisa.
Nie-e.
Jednak parę wstępniaków miał dobrych. Kilka - świetnych.Mimo notorycznych sugestii, że jest platformianym sługusem potrafił kilkakrotnie krytykować i ukłuć rząd mocno.
To fajne.
"Wprost" za jego czasów się zmieniło - moim zdaniem - na lepsze. Tu można polemizować i ostro się pokłócić, wiem.Jednak moim zdaniem - na lepsze.
Złościło mnie o wiele mniej i rzadziej niż zanim Tomasz Lis został jego redaktorem naczelnym.
Mimo tego Tomasz Lis, niestety, wykazuje się czasami komentarzami tyle rzuconymi jak kulą w płot, ile po prostu dość miałkimi i zupełnie niepasującymi do osoby o tej pozycji, opinii, ambicjach i możliwościach.
Ten pseudodowcip ostatnio w Poranku u Jacka Żakowskiego dotyczący wieku emerytalnego kobiet
("wszyscy wiemy, że najlepsza liczba to nie 67 a 69") był krótko mówiąc żałosny. I rzecz jasna, to miał być dowcip, a nie luźna uwaga będąca głosem w merytorycznej dyskusji w Poranku. Gdyby nie szczera konsternacja Tomasza Wołka, udawana konsternacja Jacka Żakowskiego i, jak zwykle pełne, zadumy milczenie profesora Wiesława Władyki, Tomasz Lis władowałby się bardziej.
A tak to się wyplątał.
Ale - no cóż - użyję przestarzałej kategorii - nie przystoi. Jako żywo.
Jednak, mimo wszystko, Tomasza Lisa jako redaktora naczelnego "Wprost" widzieć chciałam nadal.
A tu- phi.
Ni ma.
"Wprost" ma nowego naczelnego a my, zdaje się, inną jakość pisma.
Miejmy nadzieję, że wkrótce lepszą niż prezentowany w nowym numerze tekst o Zbigniewie Lwie Starowiczu, który nie mówi nic o niczym, a wsadzać go do działu "Społeczeństwo" jest jakimś szalonym nieporozumieniem. Powinien nazywać się "Parenetyka"(pareneza - pouczenie, głównie propagujące jakieś wzorce zachowań) lub- jeszcze lepiej- "Hagiografia" czyli - jeśli ktoś nie pamięta lekcji literatury- tak zwane żywotopisarstwo świętych. Wtedy by oddawał to, co opisane w artykule.
Żywo świętego seksuologa, co jest tak żywotny dzięki zajmowaniu się seksem czy to naukowo, czy dla przyjemności, że spędza przynajmniej dwa razy w roku wakacje z przyjaciółmi w egzotycznych miejscach, świetnie wychowuje dzieci, zawsze wszędzie jest pierwszy, nigdy nie podnosi głosu, jest dobrym katolikiem (lub przynajmniej był) a jak leczył homoseksualistów elektrowstrząsami, to przeczuwał, że to nie przyniesie rezultatu więc jak 1973 WHO skreśliła homoseksualizm z listy chorób "nie było to dla Lwa -Starowicza zaskoczeniem".
No po prostu nie było!Zupełnie!
Brawo, brawo, brawo.
Ecce homo!
Z Szymborskiej, a jakże.
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Wszyscy teraz albo recytują z patosem Szymborską i znają się na poezji, albo śpiewają "I will always love you" i znają się na muzyce.
Ciekawe czy redaktorzy z "Uważam RZE" też sobie podśpiewują.
"Bitter - sweet memories..."
Wiem, wiem.
Trochę niskie.
Nie mogłam się powstrzymać.
Sprawy wymagające opisania są trzy.
Pierwsza jest taka, że fanaberium zmienia, może na chwilę, może na dłużej, może na zawsze, tytułowanie. Formuła " o tym, że" nie przyniosła takiej satysfakcji jak, nie przymierzając, otwarcie Stadionu "OTO JESTEM" Narodowego.
Pytam się absolutnie wprost: co za kompletny kretyn wymyślił to "oto jestem? Do czego to ma być nawiązanie? "Ecce homo"? - Stadion Narodowy?
Tak więc formuła się wyczerpała.
Formuła będzie nowa.
Ecce formuła.
Oto jestem.
Formuła w postaci lepieja.
Lepiej jest gatunkiem wymyślonym przez Wisławę Szymborską a nazwanym, bodajże, przez Michała Rusinka.
Wolnym rozwinięciem powiedzenia "lepszy rydz niż nic". Przykład w tytule.
Nazwa - chyba jasna.
Ecce lepiej.
Fanaberium prosi o pomysły na lepieje-tytuły.
Dobry lepiej ulepić łatwo nie jest, fakt.
Druga sprawa to wyjaśnienie, że do redakcji nadeszły tysiące milionów odpowiedzi i propozycji na zadane poprzednio pytanio-prośbę.
W stosownym czasie redakcja się odniesie.
Po trzecie i najdłuższe.
Nie to, że ja byłam kiedykolwiek piewczynią talentów i boskości Tomasza Lisa.
Nie-e.
Jednak parę wstępniaków miał dobrych. Kilka - świetnych.Mimo notorycznych sugestii, że jest platformianym sługusem potrafił kilkakrotnie krytykować i ukłuć rząd mocno.
To fajne.
"Wprost" za jego czasów się zmieniło - moim zdaniem - na lepsze. Tu można polemizować i ostro się pokłócić, wiem.Jednak moim zdaniem - na lepsze.
Złościło mnie o wiele mniej i rzadziej niż zanim Tomasz Lis został jego redaktorem naczelnym.
Mimo tego Tomasz Lis, niestety, wykazuje się czasami komentarzami tyle rzuconymi jak kulą w płot, ile po prostu dość miałkimi i zupełnie niepasującymi do osoby o tej pozycji, opinii, ambicjach i możliwościach.
Ten pseudodowcip ostatnio w Poranku u Jacka Żakowskiego dotyczący wieku emerytalnego kobiet
("wszyscy wiemy, że najlepsza liczba to nie 67 a 69") był krótko mówiąc żałosny. I rzecz jasna, to miał być dowcip, a nie luźna uwaga będąca głosem w merytorycznej dyskusji w Poranku. Gdyby nie szczera konsternacja Tomasza Wołka, udawana konsternacja Jacka Żakowskiego i, jak zwykle pełne, zadumy milczenie profesora Wiesława Władyki, Tomasz Lis władowałby się bardziej.
A tak to się wyplątał.
Ale - no cóż - użyję przestarzałej kategorii - nie przystoi. Jako żywo.
Jednak, mimo wszystko, Tomasza Lisa jako redaktora naczelnego "Wprost" widzieć chciałam nadal.
A tu- phi.
Ni ma.
"Wprost" ma nowego naczelnego a my, zdaje się, inną jakość pisma.
Miejmy nadzieję, że wkrótce lepszą niż prezentowany w nowym numerze tekst o Zbigniewie Lwie Starowiczu, który nie mówi nic o niczym, a wsadzać go do działu "Społeczeństwo" jest jakimś szalonym nieporozumieniem. Powinien nazywać się "Parenetyka"(pareneza - pouczenie, głównie propagujące jakieś wzorce zachowań) lub- jeszcze lepiej- "Hagiografia" czyli - jeśli ktoś nie pamięta lekcji literatury- tak zwane żywotopisarstwo świętych. Wtedy by oddawał to, co opisane w artykule.
Żywo świętego seksuologa, co jest tak żywotny dzięki zajmowaniu się seksem czy to naukowo, czy dla przyjemności, że spędza przynajmniej dwa razy w roku wakacje z przyjaciółmi w egzotycznych miejscach, świetnie wychowuje dzieci, zawsze wszędzie jest pierwszy, nigdy nie podnosi głosu, jest dobrym katolikiem (lub przynajmniej był) a jak leczył homoseksualistów elektrowstrząsami, to przeczuwał, że to nie przyniesie rezultatu więc jak 1973 WHO skreśliła homoseksualizm z listy chorób "nie było to dla Lwa -Starowicza zaskoczeniem".
No po prostu nie było!Zupełnie!
Brawo, brawo, brawo.
Ecce homo!
poniedziałek, 6 lutego 2012
O niczym.
Fanaberium drżało z niepokoju, że zostanie zamknięte lub też pociągnięte do odpowiedzialności za to czy tamto. Toteż zamilkło dyskretnie.
Lista tematów na które chciało się wypowiedzieć jest jednak niekrótka, niedługa - w sam raz. Uzbierało się.
A wybór trudny.
Czytelnicy więc są proszeni o podjęcie tej decyzji drogą głosowania i argumentacji, który to z poniższych tematów lub też z tematów całkowicie innych Fanaberium powinno rozwinąć/ wyrazić swoją kompletnie pozbawioną większego znaczenia opinię/ napisać rozprawkę szkolną, ku uciesze i zadumie własnej, a także - miejmy nadzieję - Fanaberium-czytelników.
1)Kondycja psychosomatyczna ministra Sikorskiego po wyrażonym przez niego postulacie zburzenia Pałacu Kultury.
2) Skwaru nie ma.
3)Lepieje okolicznościowe ku czci ACTA. (Kto nie wie co to "lepiej" niech se lepiej wygugli)
4)Przyznanie narody Fanaberium dziennikarzowi /prezenterowi za najbardziej natchnione wykonanie na antenie telewizyjnej lub radiowej wiersza Wisławy Szymborskiej "Kot w pustym mieszkaniu" w ramach komentarza do śmierci Autorki owego.
5) 12 seriali na 12 miesięcy czyli podsumowanie roku 2011 z horoskopem na rok 2012.
6)Fanaberium zaczęło raczkować czyli blog obchodził pierwsze urodziny.
7) ?
Na odpowiedzi czekamy do 12 lutego, do godziny 12.12 a za wszystkie będziemy wdzięczni.
Z poważaniem,
Redakcja
Lista tematów na które chciało się wypowiedzieć jest jednak niekrótka, niedługa - w sam raz. Uzbierało się.
A wybór trudny.
Czytelnicy więc są proszeni o podjęcie tej decyzji drogą głosowania i argumentacji, który to z poniższych tematów lub też z tematów całkowicie innych Fanaberium powinno rozwinąć/ wyrazić swoją kompletnie pozbawioną większego znaczenia opinię/ napisać rozprawkę szkolną, ku uciesze i zadumie własnej, a także - miejmy nadzieję - Fanaberium-czytelników.
1)Kondycja psychosomatyczna ministra Sikorskiego po wyrażonym przez niego postulacie zburzenia Pałacu Kultury.
2) Skwaru nie ma.
3)Lepieje okolicznościowe ku czci ACTA. (Kto nie wie co to "lepiej" niech se lepiej wygugli)
4)Przyznanie narody Fanaberium dziennikarzowi /prezenterowi za najbardziej natchnione wykonanie na antenie telewizyjnej lub radiowej wiersza Wisławy Szymborskiej "Kot w pustym mieszkaniu" w ramach komentarza do śmierci Autorki owego.
5) 12 seriali na 12 miesięcy czyli podsumowanie roku 2011 z horoskopem na rok 2012.
6)Fanaberium zaczęło raczkować czyli blog obchodził pierwsze urodziny.
7) ?
Na odpowiedzi czekamy do 12 lutego, do godziny 12.12 a za wszystkie będziemy wdzięczni.
Z poważaniem,
Redakcja
wtorek, 20 grudnia 2011
O tym, że "?"
Listopad przeszedł a po nim smętny grudzień.
Żarówka 25-watowa wydaje się jaśnieć oślepiającym blaskiem niczym Zbigniew Ziobro na firmamencie Solidarnej Polski, bo słońce wydaje się być nie w nastroju.
Trochę poświeciło, ale raczej dla podrażnienia niż rozluźnienia.
Ciemność i chmurność.
Tony czekolady i kilogramy wyrzutów sumienia, którym przyobiecano spalenie w zupełnie niedalekiej, aczkolwiek nieokreślonej dokładnie przyszłości.Bo nagle normalny dystans na siłownię wydaje się być nie kilkusetmetrowy a świetlnokilometrowy.
Mało śmiechu w śmiechu, mało entuzjazmu w entuzjazmie, już nie mówiąc o energii w energii i cukru w cukrze.
A tu żadna Marysia nie posprząta i nie nagotuje.
Koniec bliski.
Jednak zamiast pogrążać się w radioheadowskim "how to disappear completely" albo - jeszcze lepiej - w "no surprises" można zastanowić się nad tym, co był rzekł 20 - kilku letni młodzian w tramwaju zwanym piętnaście. Młodzian żalił się drugiemu, że jest niezrozumiany, że "stary ja naprawdę nie wiem, o co biega".
Sprawa była tak skomplikowana, jak przysłowiowy drut albo też inna rzecz, co może być prosta.
Panna lat mniej więcej tyle, co wyżej wymieniony, wysłała wiadomość do niego, która zawierała pytanie "hejka jak tam?"
Młodzian, kiedy już wiadomość zauważył i miał czas, odpisał, że "spoko".
I tyle.
Spoko.
"Bo przecież jest spoko - co miałem innego napisać".
Jednak panna widać nie była zadowolona z konwersacji, gdyż jak wynikało z dalszej relacji "potem ciągle miała pretensje, że się nią nie interesuję i wysyłała jakieś dziwne smsy cały dzień a ja nie wiedziałem co mam zrobić i nie odpisałem nic".
Bo są pytania, które znaczą coś innego niż znaczą.(Partner wykonuje podobny zawód?- dowiedzmy się więcej o życiu prywatnym pracownika(cy), tak mimochodem)
Które nie wiadomo, co mogą znaczyć. (Co robisz teraz?- jeśli nic to wynajdziemy ci coś)
Które znaczą więcej niż znaczą. (Byłeś/byłaś sam/a? - spotyka się z kimś innym??!!!!)
Albo zgoła mniej. ( Fanaberium nie partycypuje w strukturze, gdzie się chce wiedzieć mniej;brak przykładu)
I - co gorsza - nie wiadomo, po co są zadane.(Widzę, że rozmawiasz przez telefon?- eeeeee?)
I o co w nich chodzi. (życzy pani pół kilo czy 50 deko?- stupor)
I - co jeszcze gorsze- świadczą o kompletnej ignorancji pytającego.
"Ten Stan Wojenny, co jakiś generał tam był, to w XIX wieku, co?"
Spoko.
Żarówka 25-watowa wydaje się jaśnieć oślepiającym blaskiem niczym Zbigniew Ziobro na firmamencie Solidarnej Polski, bo słońce wydaje się być nie w nastroju.
Trochę poświeciło, ale raczej dla podrażnienia niż rozluźnienia.
Ciemność i chmurność.
Tony czekolady i kilogramy wyrzutów sumienia, którym przyobiecano spalenie w zupełnie niedalekiej, aczkolwiek nieokreślonej dokładnie przyszłości.Bo nagle normalny dystans na siłownię wydaje się być nie kilkusetmetrowy a świetlnokilometrowy.
Mało śmiechu w śmiechu, mało entuzjazmu w entuzjazmie, już nie mówiąc o energii w energii i cukru w cukrze.
A tu żadna Marysia nie posprząta i nie nagotuje.
Koniec bliski.
Jednak zamiast pogrążać się w radioheadowskim "how to disappear completely" albo - jeszcze lepiej - w "no surprises" można zastanowić się nad tym, co był rzekł 20 - kilku letni młodzian w tramwaju zwanym piętnaście. Młodzian żalił się drugiemu, że jest niezrozumiany, że "stary ja naprawdę nie wiem, o co biega".
Sprawa była tak skomplikowana, jak przysłowiowy drut albo też inna rzecz, co może być prosta.
Panna lat mniej więcej tyle, co wyżej wymieniony, wysłała wiadomość do niego, która zawierała pytanie "hejka jak tam?"
Młodzian, kiedy już wiadomość zauważył i miał czas, odpisał, że "spoko".
I tyle.
Spoko.
"Bo przecież jest spoko - co miałem innego napisać".
Jednak panna widać nie była zadowolona z konwersacji, gdyż jak wynikało z dalszej relacji "potem ciągle miała pretensje, że się nią nie interesuję i wysyłała jakieś dziwne smsy cały dzień a ja nie wiedziałem co mam zrobić i nie odpisałem nic".
Bo są pytania, które znaczą coś innego niż znaczą.(Partner wykonuje podobny zawód?- dowiedzmy się więcej o życiu prywatnym pracownika(cy), tak mimochodem)
Które nie wiadomo, co mogą znaczyć. (Co robisz teraz?- jeśli nic to wynajdziemy ci coś)
Które znaczą więcej niż znaczą. (Byłeś/byłaś sam/a? - spotyka się z kimś innym??!!!!)
Albo zgoła mniej. ( Fanaberium nie partycypuje w strukturze, gdzie się chce wiedzieć mniej;brak przykładu)
I - co gorsza - nie wiadomo, po co są zadane.(Widzę, że rozmawiasz przez telefon?- eeeeee?)
I o co w nich chodzi. (życzy pani pół kilo czy 50 deko?- stupor)
I - co jeszcze gorsze- świadczą o kompletnej ignorancji pytającego.
"Ten Stan Wojenny, co jakiś generał tam był, to w XIX wieku, co?"
Spoko.
czwartek, 24 listopada 2011
O tym, gdzie jest centrum.
Są wyjaśnienia tak uniwersalne, że działają niemal we wszystkich sytuacjach.Czy to twarzą w twarz, czy też mailem w mail można się jakoś wymigać od kontaktu, wyjaśnić niedyspozycję lub poślizg w czasie.
Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)
Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.
Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.
Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?
Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.
Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50- nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"
I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.
Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)
Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.
Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.
Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?
Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.
Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50- nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"
I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.
poniedziałek, 21 listopada 2011
O tym, że ...
Tak więc, proszę państwa, witamy w trwającej od dawna epoce niedopowiedzenia.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.
A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.
Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz, że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).
Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że .......... albo może...........
Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.
I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.
Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w smugę cienia.
Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku PiS-owski wielokropek poległ.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.
A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.
Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz, że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).
Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że .......... albo może...........
Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.
I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.
Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w smugę cienia.
Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku PiS-owski wielokropek poległ.
poniedziałek, 7 listopada 2011
O tym, że studium psychologii popularnej.
No więc nie będzie skarg na ortopedów.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.
Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny los.
Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.
Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie ósemki są po to, żeby je usunąć".
No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.
Mój stomatolog jest łysy.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.
Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny los.
Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.
Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie ósemki są po to, żeby je usunąć".
No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.
Mój stomatolog jest łysy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)