wtorek, 20 grudnia 2011

O tym, że "?"

Listopad przeszedł a po nim smętny grudzień.
Żarówka 25-watowa wydaje się jaśnieć oślepiającym blaskiem niczym Zbigniew Ziobro na firmamencie Solidarnej Polski, bo słońce wydaje się być nie w nastroju.
Trochę poświeciło, ale raczej dla podrażnienia niż rozluźnienia.
Ciemność i chmurność.
Tony  czekolady i kilogramy wyrzutów sumienia, którym przyobiecano spalenie w zupełnie niedalekiej, aczkolwiek nieokreślonej dokładnie przyszłości.Bo nagle normalny dystans na siłownię wydaje się być nie kilkusetmetrowy a świetlnokilometrowy.
Mało śmiechu w śmiechu,  mało entuzjazmu w entuzjazmie,  już nie mówiąc o energii w energii i cukru w cukrze.
A tu żadna Marysia nie posprząta i nie nagotuje.
Koniec bliski.

Jednak zamiast pogrążać się w radioheadowskim "how to disappear completely" albo - jeszcze lepiej - w "no surprises" można zastanowić się nad tym, co był rzekł 20 - kilku letni młodzian w tramwaju zwanym piętnaście. Młodzian żalił się drugiemu, że jest niezrozumiany, że "stary ja naprawdę nie wiem, o co biega".

Sprawa była tak skomplikowana, jak przysłowiowy drut albo też inna rzecz, co może być prosta.
Panna lat mniej więcej tyle, co wyżej wymieniony, wysłała wiadomość do niego, która zawierała pytanie "hejka jak tam?"
Młodzian, kiedy już wiadomość zauważył  i miał czas, odpisał, że "spoko".
I tyle.
Spoko.
"Bo przecież jest spoko - co miałem innego napisać".
Jednak panna widać nie była zadowolona z konwersacji, gdyż jak wynikało z dalszej relacji "potem ciągle miała pretensje, że się nią nie interesuję i wysyłała jakieś dziwne smsy cały dzień a ja nie wiedziałem co mam zrobić i nie odpisałem nic".

Bo są pytania, które znaczą coś innego niż znaczą.(Partner wykonuje podobny zawód?- dowiedzmy się więcej o życiu prywatnym pracownika(cy), tak mimochodem)
Które nie wiadomo, co mogą znaczyć. (Co robisz teraz?- jeśli nic to wynajdziemy ci coś)
Które znaczą więcej niż znaczą. (Byłeś/byłaś sam/a? - spotyka się z kimś innym??!!!!)
Albo zgoła mniej. ( Fanaberium nie partycypuje w strukturze, gdzie się chce wiedzieć mniej;brak przykładu)
I   - co gorsza - nie wiadomo, po co są zadane.(Widzę, że rozmawiasz przez telefon?- eeeeee?)
I o co w nich chodzi. (życzy pani pół kilo czy 50 deko?- stupor)
I - co jeszcze gorsze- świadczą o kompletnej ignorancji pytającego.

"Ten Stan Wojenny, co jakiś generał tam był, to w XIX wieku, co?"

Spoko.

czwartek, 24 listopada 2011

O tym, gdzie jest centrum.

Są wyjaśnienia tak uniwersalne, że działają niemal we wszystkich sytuacjach.Czy to twarzą w twarz, czy też mailem w mail można się jakoś wymigać od kontaktu, wyjaśnić niedyspozycję lub poślizg w czasie.

Pierwsze i zrozumiałe dla wszystkich jest wyjaśnienie "na korek".
Otóż każde spóźnienie, nawet najdurniejsze można wyjaśnić korkiem. Nieważne, że się jedzie po szynach ("tramwaje stały jeden za drugim, aż do Wisły, nie wiem, co się działo") lub metrem ("..i stał na tych stacjach i stał...)

Po drugie: na komórkę.
"Moja komórka coś ostatnio nie działa coś przerywa, nie słyszę....nie słyszę...halo?? jesteś?"
Och, koniec rozmowy.
Niestety.

Po trzecie, w zasadzie wymienne z drugim: na zasięg : " nie słyszę,coś przerywa, chyba tracę zasięg, słyszysz mnie?przepraszam?halo?"
Och, szkoda.

Po czwarte: na ważne spotkanie. "Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać jestem na ważnym spotkaniu, mogę zadzwonić później?" (wersja mniej zobowiązująca " może zdzwonimy się później" - odpowiedzialność się rozmywa, bo niby kto ma zadzwonić?)
To, że ważne spotkanie polega na obaleniu butelki wina/ dzbana herbaty w knajpie to jest zupełnie inna sprawa, bo co komu do tego jakie ja mam priorytety?

Po piąte " przepraszam, bardzo się śpieszę"
Każdy uliczny ankieter, sprzedawca bezpośredni, ulotkarz to zna.
Tu nic wyjaśniać nie trzeba i nawet zakamuflowanej w tym opcji brak. Tu jest po prostu czyste fuck off.


Jednak dzisiaj stanęłam przed pytaniem tak zaskakującym, że żadne wyjaśnienie, żadna wymówka, żaden mamrot mi do głowy nie przyszedł.
Podziemia przy Centralnym. Pan lat może 35, może 50-  nie wiadomo, mina zdezorientowana, postura drepcząca, woń wskazująca na spożycie, lecz zakamuflowana soczyście pachnącą wodą po goleniu. "Przepraszam, szanowna pani - zaczął grzecznie i z charakterystycznym zaśpiewem - gdzie tu jest centrum? ". Tak się zacukałam z lekka." Centrum czego?"
Mina pana wskazywała, na to, że niestety stało się to, czego się obawiał i od razu po przyjeździe do miasta ma do czynienia z półkretynką. "No centrum Warszawy, szanowna pani".- "Jest pan w centrum".
Pan wydawał się zdumiony."Samo centrum Warszawy?" -"No samo" "Wszędzie?"- "No, wszędzie" - prowadziłam błyskotliwy dialog, niepewna dokąd mnie zaprowadzi.
-"To po to myśmy te komune rozpirzyli w pizdu, żeby w stolycy pod ziemią siedzieć?"

I na taką logikę to ja przygotowana, powiedzmy sobie szczerze, nie byłam.

poniedziałek, 21 listopada 2011

O tym, że ...

Tak więc, proszę państwa, witamy w trwającej od dawna epoce niedopowiedzenia.
Niedopowiedzenia i zawieszenia.Sugestii i braku konkretu.

A to wszystko przez wielokropek.
Nie trzeba kończyć zdań, trzeba stawiać wielokropek.

Wielokropek jest czymś, co rozwiąże wiele problemów. Nie znasz odpowiedzi?
Wielokropek.
Nie wiesz, na co się zdecydować?
Wielokropek.
Nie wiesz czy ona jednak, a ty nie wiesz czy się odkryć? (cóż, tego nigdy nie wiadomo, pogódź się z tym)Wielokropek.
Nie wiesz czy on myśli, że ty myślisz, że on myśli, że ty myślisz? Wielokropek.
(swoją drogą, on nie myśli zazwyczaj, że ty myślisz,  że on myśli, on po prostu się nie odzywa, bo jest niezainteresowany.Albo nie pomyślał. To, że chciałabyś/chciałbyś po prostu być poinformowana/y pomińmy wielokropkiem... tak samo jak i to, że on jest - często - podszyty brakiem wyobraźni i kultury).

Te wszystkie wielokropki pozostawiają zawieszenie, które oznacza, że może jednak to wiesz, ale ukrywasz albo może wiesz jednak więcej? A może flirtujesz, a może nie możesz powiedzieć?A  może jesteś tak bardzo otwarty, że dopuszczasz wiele możliwości, albo może jesteś tak kulturalny, że słowo które się ciśnie na klawiaturę nie przejdzie ci przez palce i zaznaczasz to z pełni wyższości wielokropkiem w sposób niezwykle wyrafinowany, cięty i inteligentny albo może  jesteś taki delikatny, zwiewny i wrażliwy, że  .......... albo może...........

 Skoro pora na wyznania to trzeba przyznać, że fanaberium wielokropka nie cierpi i używa go od wielkiego dzwonu.
Uważa go za znak nie tylko interpunkcyjny, To pewny sposób komunikowania się ze światem. Dużo różnych słów, ale za dużo, by coś znaczyły. Emocje, egzaltacja, niedopowiedzenie, sugestie. Ach, ach, och och. Zero informacji, brak rytmu, bez znaczenia. To pusty trick, za którym nic się nie kryje, ale niby kryć się ma wiele.
To figura retoryczna nadużywana i przeceniana.
Ma być konkret, a nie wiadomo jaki, bo jest wielokropek.
Ma być koniecznie seksi i mrau  (czego przymus, swoją drogą, też jest nudny), a jest photoshop i konwencjonalność.
Może być niby wszystko, a jest nie na niby nic.



 I dlatego fanaberium bardzo się dziwi, słowom krytyki kierowanym pod adresem premiera Tuska za jego piątkowe expose. Bo można się czepiać premiera, czemu nie. Ale na litość boską, jak 4 lata temu gadał ponad 3 godziny i wielokropił bez sensu polityką miłości to było źle, populistycznie i bez konkretów. Ale jak wyszedł i wyliczył, że chce to i tamto, to też jest źle, ale nie wiadomo dlaczego, bo krytyka jest zamknięta symbolicznie w  wielokropku.
Bo premier Donald Tusk powiedział coś, co już znaczy.A jak znaczy to można to skrytykować, owszem. Nawet trzeba, nawet to dobrze.
Ale trzeba być merytorycznym.
Trzeba się odnieść.
Konkretnie.
Trzeba zaproponować kontrę.
Wielokropek już tu na nic.

Prezes Kaczyński nadal tego nie rozumie. I dlatego wraz ze swoim wystąpieniem krytykującym premiera, a wyglądającym tak jakby było przygotowane zanim premier swoje w ogóle wygłosił, odchodzi na naszych oczach w  smugę cienia.

Tak więc, proszę państwa, 18 listopada 2011 roku  PiS-owski wielokropek poległ.

poniedziałek, 7 listopada 2011

O tym, że studium psychologii popularnej.

No więc nie będzie skarg na ortopedów.
Fanaberium da im nieco wytchnienia.Na trochę.

Dentysta z drugiej strony to wdzięczny obiekt do analizy we wpisie blogowym.
Po pierwsze: nie wiadomo czy wszyscy są poinformowani, że dentysta i stomatolog to nie to samo. Stomatolog ma specjalizcję też z dziąseł.
I innych części ciała w środku otworu gębowego.
Dentysta dziąsła ma w poważaniu.
Głębokim.
To tak w bardzo dużym skrócie.
Jak się do stomatologa powie, że dentysta a na dodatek do takiego, co trzyma wiertarę w dłoni to naprawdę marny  los.

Po drugie:każden prawdziwy stomatolog/dentysta charakteryzuje się osobowością mnogą. Objawia się ona tym, że nad rozwartą do granic niemożliwości szczęką swojego pacjenta, prowadzi on niekończące się oratoria, Handel przy nich się chowa. Najpierw następuje pytanie, 5 sekund ciszy, 8 sekund jęczenia pacjenta próbującego z otwartą buzią wypełnioną śliną, wacikami, sączkami i innym ustrojstwem coś wytłumaczyć. Ale to właśnie powoduje, że kolejna osobowość dentysty/stomatologa zostaje wywołana do tablicy i gładko odpowiada na wszystkie pytania, prowadząc niekończące się analizy, wykazując się cechami narratora wszechwiedzącego, gdyż opowiada koleje życia samego pacjenta.

Po trzecie: stomatolog/dentysta widzi świat zero-jedynkowo. Wyrwać- nie wyrwać.To jest oś działania.
I dzisiaj kiedy usłyszałam " no dobrze kochana, to ja ci wylezie w końcu ta ósemka po prawej to natychmiast ją usuniemy, ok?" nie zapytałam, "po co usuniemy". Nie mogłam przecież wybełkotać nic poza "eefrreaaaehegagejeeeaa" spośród odsysaczy, wacików i rozwartej jak łuk triumfalny szczęki. Druga osobowość mojego dentysty natychmiast udzieliła odpowiedzi za mnie: "oczywiście, że usuniemy,takie  ósemki są po to, żeby je usunąć".

No bo jak coś rośnie trzeba usunąć.

Mój stomatolog jest łysy.

wtorek, 1 listopada 2011

O tym, że fanaberium się zirytowało o 2 :07 w nocy.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam "Dziennik".
Wzrok oglądających był nieprzenikniony, czasami patrzyli się na siebie i nic nie mówili.
Potem przyszło zrozumienie i uzus semiotyczny.To było "znaczące spojrzenie" lub też "wątpiący wzrok".
Na przemian.
Pogrzeby Andropowa i Czernienki.
Jak przez mgłę.
Babcia oglądała relacje telewizyjne patrząc na płaczące tłumy żałobników mówiła coś o głupich.
Nieładnie tak mówić przecież.
Potem okazało się, że w tym właśnie zdaniu Babcia miała wiele racji.

Fanaberium nie śpi (bo wyspane) tylko czyta. I przeczytało sobie trochę artykułów i dysput. Miało w tej kwestii głosu nie zabierać, ale jednak się zirytowało.

Kazimiera Szczuka (współ)napisała "Duża książkę o aborcji", która została skazana na banicję tak bardzo, że sprzedaż wzrosła.Ale ja nie o chwytach marketingowych
Ja natomiast o tym,  że w proteście związanym z pojawieniem się książki na rynku ileś setek internautów podpisało petycję, by owej sprzedaży   w ogóle zakazać, gdyż "propaguje aborcję wśród młodzieży".
I tak już pozostało powielane przez kolejne teksty, kolejne portale, kolejne dyskusje. "Propaguje aborcję wśród młodzieży".
Jak można propagować aborcję wśród młodzieży to ja naprawdę nie wiem. Jakieś seppuku gremialne wśród tych cudów natury - kilkunastoletnich chodzących płodów?
Bo miejmy nadzieję, że nie chodzi o to, że młodzież po przeczytaniu jednej książki, w której jest mowa czym aborcja jest, która wyjaśnia zagadnienia, która po prostu dostarcza wiedzy na temat  między innymi człowieczej seksualności i której nie ma obowiązku czytać, pójdzie hurtem sprawdzać ot, tak sobie phi phi, jak to jest aborcję mieć.
Przeprowadzić.
Zrobić.
(Czasownika "dokonać" fanaberium nie użyje, bo to kalka językowa z "dokonać zbrodni" i zdaje się, że z tym się ma kojarzyć -  co jest kolejną językową manipulacją.)
Jeśli o to w  "propagowaniu" chodzi, to trzeba  by było się zastanowić czy inne dziedziny i zagadnienia nie propagują wśród tej durnej pozbawionej mózgu, wychowania, kontekstu młodzieży podejrzanych odruchów i zachowań.
Chemia to na przykład propaguje narkotyki.Na początku kwas i zasada a potem  to już alkaloid.
I tylko czekać jak se upichcą kokainkę w melinie garażowej pod nieobecność rodziców.
WF propaguje agresję, tego tłumaczyć nie trzeba.
A nade wszystko literatura. Jak się ich nauczy czytać to już koniec.
Porażka.
Nie wiadomo co przeczytają, co pomyślą i jakie wnioski wyciągną.
Nie można do tego dopuścić.
Prosta to droga do katastrofy i to nie takiej, co prowadzi czwórkami do nieba.
Generalnie edukacja propaguje więc jakiś koszmar, wiedza prowadzi do myślenia, myślenie zaś do wiedzy a to jest błędne koło.
Przestańmy.
Wtedy będzie łatwiej wszystkim wpierać to czy tamto, myśleć za nich i podejmować decyzje.Naprawdę -  trzeba zaprotestować.



Babcia miała rację.
Głupich nie sieją tylko się sami rodzą.

Widać nikt nie rozpropagował wśród nich aborcji.

niedziela, 30 października 2011

O tym, że czas zimowy.

I didn't have time to write a short letter, so I wrote a long one instead.
(Mark Twain)

Fanaberium odkrywa krótką formę.
Nie ma opisywanek, introdukcji i punktów kulminacyjnych z katastrofą w tle, by przejść gdzieś w piątym akapicie do kolejnego sedna, a w ósmy zabrać się za 10-zdaniową pointę.

Sposób wyrażenia opinii na temat przyszedł mi do głowy, gdy wychodziłam dziś z metra.
Ulotki.
Brać czy nie brać?

Moja niegdysiejsza rozmowa z S. nie rozwiała wątpliwości, tylko utwierdziła mnie w problemie.
I S. i ja zgadzaliśmy się, że wzięcie ulotki, to poparcie rynku pracy, przeciwdziałanie bezrobociu. Pani/pan od ulotek ma pracę a wykonuje ją -  być może utrzymuje -  dzięki temu, ze ja ulotkę wezmę.Nie wzięcie - ekologiczny protest, bo i tak to się potem wyrzuci do kosza (oby, a nie na ulicę lub wsadzi do kieszeni, by zapomnieć, a  potem pięknie uprać z czarnymi rzeczami), kolejne drzewo padnie, a my   à la Michael Jackson w teledysku odbijamy sobie symbolicznie  kolana na ubitej ziemi, z odezwą "what about us".

S. mnie poparł, dorzucił swoje i byliśmy bardzo zadowoleni z wielominutowej dyskusji, błyskotliwości, wzajemnego poparcia i rozintelektualnienia, gdy przyszła H. i na zadane pytanie zdumiona powiedziała zwięźle: nie, ja nie biorę tej ulotki. Nie dlatego, że to czy tamto.
Ja po prostu tej ulotki nie potrzebuję.


Lapidarność stylu, ot co.

Oby równie lapidarny był okres jesienno-zimowy.
Bo H. powiedziała słusznie.
Ja tego po prostu nie potrzebuję.

piątek, 14 października 2011

O tym, że tym razem krótko.





            Egzemplifikacja tej tezy przyszła do mnie sama. A w zasadzie usiadła obok mnie w metrze i perorowała o filmie "Bitwa Warszawska 1920" Jerzego Hoffmana.
Perorowała o tym, efekty są "jedyne w swoim rodzaju, a  Natasza Urbańska  "naprawdę świetnie " zagrała i jest to film, który każdy Polak powinien zobaczyć.
Ale okazało się, że efekty i Natasza, to nie jedyny powód  ciągnięcia do kina każdego Polaka. Tym powodem jest to, że:  "film w końcu   prawdziwie pokazuje, jakie te Ruskie to hołota i spsienie.
Bo to cała prawda w tym filmie, bo to film historyczny. Oni też - przemówienie szło  głośno przez cały wagon -  taki film zrobili ostatnio historyczny, ten "1612", co  pokazywał jak Polacy mieli wojnę z Ruskimi i zajęli Moskwę. Pewnie, że zajęli, bo  się należało, ale na pewno się tak nie zachowywali, jak Ruscy w filmie pokazali. Polacy się tak nie zachowują i mieli prawo Ruskich zaatakować  więc po co takie  kłamliwe filmy  robić i jeszcze mówić, że są oparte na faktach."

To oczywiste.