sobota, 9 czerwca 2012

Fanaberia albo śmierć

        To, co ja kocham w naszym pięknym kraju to oprócz doskonałości języka, w którym, jak w żadnym innym mogę pływać godzinami, mimo niejedokrotnie nie najlepszej techniki, poza humorem a la Raczkowski czy Bareja, czy  przezabawnym kretynizmem "paczaizmu", poza reportażami Hugo-Badera i chopinowskimi krajobrazami, ( co by też tak z grubej rurki, rzewnie było) to, co ja kocham szczerze to są alternatywy.
Myślenie alternatywami, mówiąc konkretnie.
Nader często w myśleniu alternatywami występuję rzeczownik "śmierć". Coś albo śmierć. Nic poza tym.
Ojczyzna albo śmierć.
Nicea albo śmierć.
Teraz przy okazji Euro 2012 po zremisowaniu meczu z Grecją pojawiło się hasło (najnowsza okładka "Wprost") Rosja albo śmierć.
Nic więcej, Rosja albo śmierć.
Sztandar podniesion, poczucie humoru relegowane z krwioobiegu, zero ironii.


Byłoby to zabawne gdyby to hasło wymyślił Antoni Macierewicz, fakt.
Ale niestety, nawet tego nie.

I ja się pytam, gdzież ach gdzież, zgubiło się to  myślenie i czucie wszystkich wielbicieli Stanisława Barei, których -  sądząc po deklaracjach -  jest w Polsce około 150 milionów, którzy zapewne zasiadają na eurotrybunach, na eurokanapach, z europiwem i eurokiebłasą, by eurokomentować i   euro-się-emocjonować że Alternatywy to są 4?


czwartek, 7 czerwca 2012

o specjaliście w swojej dziedzinie

Są tacy ludzie, których obecność sprawia mi przyjemność.Nawet wielką.
Są tacy ludzie, których nieobecność sprawia mi nieprzyjemność. Niestety.
Są tacy ludzie, których zbyt bliska obecność sprawia mi nieprzyjemnosć.
Są tacy ludzie......
...jasne, co dalej, prawda?  Można wymieniać i tworzyć warianty.
Te same warianty można tworzyć przy okazji każdej innej kategorii: są takie książki, których czytanie....są takie filmy.........

Szymon Hołownia napisał felieton. Nie to, żeby to było jakoś wyjątkowe, pisuje felietony co tydzień do "Newsweeka". Styl redaktora Hołowni można nazwać oświeceniowo-świątobliwym. Redaktor Hołownia jest godnym następcą ministra Gowina, w swoim świeckim biskupstwie w swojej chęci do trzymania sztandaru wiary, honoru, miłości i sensu cierpienia ponad głowami grzeszników,w swoim wywyższającym się, lecz przykrytym skromnością tonie pouczenia, którym odmawia innym inności a łatwo ich ocenia.

Redaktor Hołownia skrytykował białostockie Juwenalia za " kilka tysięcy afirmujących rzeczywistość kontra kilkadziesiąt tysięcy przez tę afirmację udręczonych" , skrytykował  warszawski protest taksówkarzy, bo "grupka, paraliżuje rzesze realizacją swoich praw" a przede wszystkim zadeklarował swój sceptycyzm dotyczący Euro 2012, powrównując je do tortu z biało-czerwonym lukrem, który "nie ma ma pierwszego i drugiego piętra, o parterze nie wspominając" ( gdyby ktoś miał problem z konstrukcją tej wybitnej metafory chodzi o to,  powtarzając za Krzysztofem K, że "niczego nie będzie"). Ogólnie Euro niczego nie zbuduje, wszystko się skończy dzień po tym jak polska drużyna odpadnie, wszystko to szczuczne i nadęte a Polacy są dość beznadziejni i hołta pije piwo, paraliżuje miasto, protestuje, manifestuje albo się cieszy a  wszyscy "rozdarci między zbiorowym orgazmem a samotnym udręczeniem, względnie vice versa" .

Redaktor Hołownia może sobie myśleć,  mówić i pisać co chce i bardzo dobrze. Jego prawo.Dokładnie tak: jego prawo. Tych protestujących, cieszących się  i pijących też. Tak właśnie jest.
Nie umieram ze szczęścia z powodu hałasu juwenalianego, Euro psuje mi szyki, a strefa kibica to mnie tylko irytuje, bo powoduje stratę mojego czasu poprzez wydłużenie nieplanowanego joggingu po mieście w godzinach szczytu. Ale jednak jogging to jogging- jakaś zaleta z tej strefy kibica jednak jest. Dokładnie tak jak w przypadku Juwenaliów, sraliów i czy  innych protestów - jakieś zalety i korzyści z tego są. Jakbym się nie zapierała - z Euro też.Choć, mówiąc szczerze nie ma chyba rzeczy, która interesowałaby mniej niż piłka nożna.
Chciażby pierwsza lepsza korzyść:  redaktor Hołownia ma o czym pisać i dostanie zapewne za  to wynagrodzenie.

To wszystko nie byłoby napisane, bo jest oczywiste gdyby nie jedna rzecz. Jedna jedyna i podstawowa. Redaktor Hołownia może mieć nawet nieco racji, ale całkowicie nie zgadzam się z jego metodologią, której wybiórczość i stronniczość przekreśla merytorykę tej wypowiedzi .Redaktor Hołownia zupełnie nie wspomniał o innych eventach, które w tym kraju, w tym mieście, też się zdarzają, a już w dniu w którym to piszę, są po prostu na porządku dziennym. Których obecność także często bywa lukrowanym tortem i fałszywką. Msze, procesje, pochody z biskupami na czele. Dzwony bijące od rana.  Śpiewy i lamenty. Jeśli już poruszamy taki temat, może należałoby być uczciwym i wpisać  to na listę spraw, które powodują, że kilkaset osób przeszkadza kilku tysiącom? Może wyzwać od hołot, w  podtekście od egoistów i ludzi niepotrafiących koegzystować z innymi? I sięgnąć  sokolim  wzrokiem w te rejony, które powinny opiewaną wspólnotę i szacunek budować a nader często z tego się nie wywiązują, ba nader często wywołują niesmak, kłótnię, niechęć, czasem nienawiść?I o tych może,  co grzecznie biorą udział w procesji potem leją żonę,męża czy dzieci?  Jakaś nader celna metafora o zbiorowym orgazmie czy może, może o indywidualnej  impotencji, byłaby na miejscu? Jakieś echo pielgrzymek papieskich, które   często  miały coś wspólnego z instynktem stadnym i  powierzchownością ? No chociażby z  kremóweczką?
 Czy analizujemy rzeczywistość, bo martwimy się o kondycję społeczeństwa czy dowalamy tylko wybiórczo, co niektórym ludziom i zjawiskom?


Jeśli, redaktorze Hołownio, przeszkadza ci protest, manifa czy juwenalia. Jeśli zadeklarowany skrajny indywidualizm nie pozwala ci tego znieść - nie lamentuj, że to wspólnoty nie buduje, że zryw to powierzchowny, choć efektowny.  Nie zawracaj ludziom głowy swoim defetyzmem i arogancją. Poczekaj aż minie, nie marudź, nie projektuj.Po prostu  nie idź, nie patrz, wyłącz, wyjedź, zamknij okno.
Tak jak ja robię to w związku z  procesją Bożego Ciała.
Różnica między nami jest taka, ze mi nie przychodzi do głowy, żeby zamykając okno przed śpiewem bożociałowym natychmiast pomyśleć o śpiewających:   " hołota"  A umówmy się - i taka tam jest.Jak wszędzie.
 Są takie felietony, których lektura powoduje  u mnie poczucie lekkiego niesmaku.
Pisuje je redaktor Hołownia.
Dobrze się jest w czymś specjalizować, czyż nie?

wtorek, 5 czerwca 2012

tym razem bez tytułu

Bawiłam się barbie.
To nie jest rzewne wspomnienie dzieciństwa.
Teraz bawiłam się barbie.
Nie, nie. Nie, że infantylizm wtórny.
Zabawa z dzieckiem, ot co.
Stanęłam na wysokości zadania.
Przynajmniej się starałam.
Bawiłam się więc Barbie Świecącą Syrenką oraz Barbie Magiczną Wróżką. Na pytanie czym się różnią uzyskałam spojrzenie świadczące o tym, że niezbyt jestem inteligentna: "No przecież to jest syrenka a to jest wróżka". Ale co one robią?- pytałam ( co by wyjść z  twarzą i pokazać, że jednak taka durna nie jestem).
" A co mają robić, nic." (nie wyszłam z twarzą).
Są inne barbie?
Dowiedziałam się, że są i taka naj,naj,najbardziej super to jest Barbie Kwiatowa.
Żeby było jasne. Barbie Kwiatowa też nic nie robi i nie ma nic charakterystycznego. Jest dokładnie taka sama jak pozostałe.Może cycki miała brzydsze od tej magicznej wróżki, ale to nie dziwne skoro tamta jest magiczna to sobie może wyczarować, co chce.
To już moje domniemanie, nie dziecka.   

Ogólnie to te barbie były ohydne.Estetyczny skandal.  Jak słowo daję, nic brzydszego nie widziałam, a widziałam tego dnia stado grubych gołębi. Najbardziej mnie jednak zastanowiło, że te barbie są  wyspecjalizowane w totalnych absurdach, bo już nie, że barbie-bizneswomen z mikrokomóreczką  w zestawie dokupionym za niewielkie 29,99 czy barbie-tancerka, w złotych sandałkach, w paczce -gratis. Nie, teraz, jest barbie-syrenka, barbie-księżniczka  czy mini barbie-świecąca syrenka.
ŚWIECĄCA SYRENKA.
Pewnie pochodzi z  Fukushimy, biedaczka.

Natchnęło mnie do wymyślenia  barbie bardziej  wyspecjalizowanych, barbie hardcorowych, bo jeśli  już może istnieć zarówno nazwa "barbie-świecąca syrenka" jak i jej desygnat, to już może istnieć wszystko.
Na przykład barbie-narkomanka.Taka, co ma w zestawie strzykawki,igły, biały proszek, lusterko i tycikartę kredytową. Barbie-ofiara przemocy domowej, z setem doklejanych żelowych siniaków w zestawie. Barbie- żałobniczka natomiast, miałaby czarną woalkę, a w secie byłaby trumienka i znicz.Barbie byłaby ubrana w czarną sukienkę a w wersji zaawansowanej sukienka miałaby tren.
Wersja zaawansowana nazywałaby się tak jak powinno nazywać się całe zjawisko pod nazwą "barbie".
 "Barbie  - Tragedia". 

sobota, 2 czerwca 2012

o tym, że nie ma to jak relatywizm.

        Dużo podsłuchanych rozmów musi w końcu zaowocować dykteryjką. Bo nie ma to jak wygłaszanie nie swoich opinii, tylko z lekką wyniosłością wytykanie innych palcem.W zasadzie postem.



               Chłopak był naprawdę hipsterowaty., Znoszone trampki, kurtka lekko wytarta, iphone najnowszy i markowa torba. Zasiadł niedbale pod  oknem i zaczął konferencję telefoniczną. Ucho wytężyłam przy zaskakującym  jak na to, gdzie się znajdowaliśmy stwierdzeniu "bo  co do za sens dzwonić z autobusu, skoro nic nie słychać". Oto najwyraźniej kolejny dowód wyższości warszawskich tramwajów nad autobusami. Tramwaj jest niesłychanie cichobieżny,szczególnie ten stary żelaźniak którym jechaliśmy,co tobałam się ,że rozpadnie się w drobny mak na zakrętach; natomiast autobus to rakieta kosmiczna.Różnica , że ho ho. Tak więc porzuciłam te nudne artykuły, które miały mnie zabawić w tramwajowej podróży  i oddałam się mojej podsłuchalniczej fanaberyjce:

             "Słuchaj, no tak wdziałam się z nią. Nie, no było ok, ale bez przesady. Co? Tak, teraz dzwoni. Nie, nie ja. Ona dzwoni. Ja? ..Oszalałaś? ....Przecież nie odbieram. A ona dzwoni. A ja nie dobieram. Nie,nie gadaliśmy po. Po co? Przedwczoraj nawet spotkałem ją na ulicy, chciałem wyminąć, ale mnie zauważyła, musiałem pogadać, ale krótko, niech se nie myśli, nie, hahaha. Co? No może, może. Dzięki, dam se radę z laską. Może się z nią umówię, jak w niedzielę nie będę mieć nic do roboty, ale teraz gadać z nią nie będę, pierdolę. A Ty co?... Jak to?.... Dlaczego? O, stara, daj spokój, nie ma co się przejmować.Ale było źle? I co?.... Nie zadzwonił? A mail? Też nie?.... Co za  fiut..... A ty co? ...Nie odebrał ani razu?? ...To jakiś frajer straszny....Daj se z nim spokój spokój."

Jaka szkoda, że wyszedł z tego tramwaju, bo już, już chciałam się rzucić do oświadczyn.