piątek, 17 czerwca 2011

O tym, że blisko, coraz bliżej.

Ha!
Nie chodzi o marnie ironiczny komentarz dotyczący Euro 2012.
Ani  o Chińczyków na autostradzie A2 ani o schody kaskadowe na stadionie ani nawet  o konferencję prasową Zbigniewa Ziobry, na której on sam komentował ewentualność postawienia go przed Trybunałem Konstytucyjnym  z taką ilością błędów merytorycznych, że aż  do Świebodzina iść z pielgrzymką, upić się do nieprzytomności tudzież iść na Paradę Równości  etc ( co kto woli) w podzięce, że już nikt przez tego pana na błędy ministra sprawiedliwości narażony nie będzie.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że chyba czasami wielu osobom doskwiera samotność.
Trudno relację nawiązać.
Jeszcze trudniej podtrzymać.
A ludzie potrzebują bliskości.
Nawet obcych ludzi.

Tylko dlaczego potrzebują jej właśnie w autobusie to jest  wielka zagadka.
A  na dodatek dlaczego akurat w upał to jest zupełnie nie do zrozumienia.

Pusty autobus, godzina 14.47, zajęte są może 4 siedzenia, dwie osoby stoją.Wchodzi pani lat 50, na oko. Pani siada - gdzie? Nie na podwójnie pustych siedzeniach.Nie.Pani się dosiada. Do jednej z z czterech osób.Pani jest niezbyt duża, niezbyt mała, ale w sam raz.Swoje jednak zajmuje.Ciepło wydala.No i niestety łokieć do łokcia przystaje. Przylepia się prawie jak kropelka.Pan, co wsiadł na tym samym przystanku, jak robot powtórzył ten  manewr. Omiótł wzrokiem rzędy pustych foteli i przeszedł tam, gdzie siedział nastolatek z ogromnymi słuchawkami zamiast głowy.I się dosiadł. Nastolatek pokręcił się nieco, po czym kiedy już  zdołał się odlepić, uciekł na tył autobusu.Niezbyt długo trwał w swoim samotnym szczęściu - na następnym przystanku już miał sąsiadkę.
Przesiadka.
Tramwaj.
Niezbyt pełny, niezbyt pusty.Ze dwa fotele wolne.
Miejsca dość do stania.
Ale nie.
Nade mną chłopak, stojący jakieś 5 mm od mojego siedzenia.Jedna ręka trzyma się mojego fotela,druga ściska uchwyt fotela przede mną.Jego torba opiera się o moje ramię. Ciężko.
Jak w potrzasku. Dusznym i niezbyt świeżo pachnącym.
Zmiana miejsca daje inne możliwości obserwacji.
Dziewczyna stoi nieruchomo i chyba stara się bardzo nie dotykać nikogo i niczego .Przy nagłym hamowaniu odruchowo dotyka ciepłej, lepiej poręczy po czym z lekkim obrzydzeniem pociera dłoń jakby chciała pozbyć się jak najszybciej wszystkiego, co się tam mogło przylepić.
Sięga po mokrą chusteczkę, wyciera dłonie.
Wchodzi gruby mężczyzna, staje 2  centymetry od niej, rozmawia przez telefon.Z Elżunią.O grilliku w weekendzik.
Trzyma rękę tak, że co chwila dotyka dziewczyny w ramię, jego owłosiona ręka obija się o jej ciało z lekkim plaśnięciem.
Dziewczyna kurczy się lekko i stara się prawie zniknąć.
Przechodzi szybko do drzwi.
Kiedy wychodzi słyszę kilka swojsko brzmiących przekleństw.
Sama nie jestem lepsza.
Wysiadam przystanek wcześniej niż powinnam.
Wolę przejść.
Wchodzę do budynku, gdzie przed malutką, starą windą stoi obszerna pani z petem, piwem i dwoma obszernymi psami.
Zrezygnowana (i leniwa, bo w końcu mogłabym wejść po schodach) otwieram jej drzwi.
A Pani na to: " niech pani jedzie pierwsza, ja w taki gorąc wolę  podróżować sama".

wtorek, 14 czerwca 2011

O tym, że bracia K.

Bracia.
Bliźniacy.
Nazwisko na K.
Jedno skojarzenie.
A tu - niespodzianka.
Nie o tych.
Chodzi o innych bliźniaków.
Na K.
Bracia są dziennikarzami.
Związanymi z tytułami o których już była mowa na blogu.
Jeden z braci był łaskaw wyrazić ostatnio opinię, która niestety ma się nijak do państwa o ustroju demokratycznym w którym - podobno - dba się o prawa człowieka a tolerancja jest wartością może nie najwyższą, bo najwyższą jest patriotyzm (rzecz jasna), ale jednak w cenie.
Brat K. wyraził opinię, iż osoby, które żyją w pojedynkę lub nawet nie w pojedynkę, ale w konkubinacie (konkubinat na stos!) powinny płacić wyższe podatki.Bykowe funkcjonujące w Polskiej Republice Ludowej zostało zniesione w latach 70-tych a było płacone przez kawalerów powyżej 30-tego roku życia, którzy nie mieli dzieci. Redaktor K. emocjonalnie zauważył, ze system podatkowy w Polsce to "wielki skandal", który hołubi ludzi" nieprzydatnych społecznie" żyjących w sposób "egoistyczny".Redaktor K. zupełnie nie zwrócił uwagi nie tylko na takie drobne szczegóły, jak wolny wybór, nie tylko na to, że  niektórzy chcieliby, ale ich na to nie stać albo sytuacja osobista temu nie sprzyja, ale także na problemy niepłodności. Czy postulowałby także przywrócenie podatku osobom, którym dzieci umarły - to (może i lepiej) niech pozostanie zagadką. Redaktor K.raczej nie wziął pod uwagę faktu, że to nie wpłynie na kwestię demografii w Polsce, a jeśli już ma wpłynąć to są , zdaje się, lepsze sposoby, by ułatwić i pomóc ludziom, którzy już mają albo chcą i mogą mieć dzieci.
Myślę, ze jak już gramy tę nieco faszyzującą grę durnych argumentów to może w rytm "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu"  i zastanówmy się jak zaimplementować na polski grunt raz jeszcze (tradycja!) inne znaczenia "bykowego". W XVI mianem tym określano opłatę właścicielowi byka za krycie krów a także datek pasterzowi za odchowanie krowy. Wszystko tak by można jakoś z tych krów na ludzi przenieść. Tradycja, rodzina, demografia.
Tym bardziej, że ponoć w XIX wieku "bykowym" była  też nazywana kara za, którą należało wnieść za posiadanie nieślubnego dziecka.
Żeby była pełna jasność: wszystko to byłoby równie błędne jak tytuł magazynu, w którym pracują bracia K.
Uważam RZE to naprawdę za dużo.

niedziela, 12 czerwca 2011

O tym, że especially for you.

Niedzielne popołudnie sprzyja  nie tylko rozleniwieniu.
Nie tylko  melancholii.
Sprzyja  lekkiemu stuporowi.
Irytacji.
Niepokojowi.
Bo to się miało niby tyle czasu, a jakoś tak nie wyszło, co miało wyjść. Weekendowy cud na który większość z nas czeka - mimo że nawet nie wie, co ma być owym cudem - się nie zdarzył, a tu kolejny tydzień się zaczyna, kolejne obowiązki, egzaminy, czy szef potworny czy za mało czasu.
Niedziela sprzyja introspekcji, nerwom i memento mori.
Niedzielne popołudnie to niemalże groby z napisem R.I.P.Niby pokój, a jednak mogiła.
Gorzej jest w miesiącach kiedy ciemności kryją ziemię czyli od października do kwietnia.
Teraz jest  nieco lepiej, wszyscy się cieszmy i używajmy, bo słońce jest i na południowoamerykańskim hamaku siedzieć można.Nawet komary są zbyt leniwe, by zdobyć pożywienie.Jednak problem niedzielnego popołudnia zostaje, jak dobrze wykorzystać ten czas, aby ten czas naprawdę wykorzystać? Co tu zrobić by naprawdę odpocząć, by nadrobić wszystkie zaległości, by obiad był naprawdę znakomity najlepiej z antipasti i deserami, by na rower na łono natury z oddanymi przyjaciółmi, wspaniałymi rodzinami, ukochanymi partnerami i/albo cudownymi dziećmi, ale  też pobyć też trochę w samotności,olać tych pseudo-przyjaciół, upierdliwe rodziny, irytujących  partnerów i /albo przede wszystkim nieznośne bachory, bo to ile można ciągle z tymi ludźmi wśród krzyków z piaskownicy, a tam jeszcze zostało parę rzeczy od wczoraj do prania, ale koncert jest dobry i wystawa i ta książka, co na wyprzedaży była za 7 złotych i kusi z biurka.A w sumie to się chce spać więc może drzemka albo kolejna kawka?Albo najlepiej i drzemka i kawka.

             Otóż nie trzeba wstawać  ledwo, ledwo z irytacją o  6 rano, by w sposób metodyczny i drobiazgowy i zupełnie bez entuzjazmu wszystkie te mniej lub bardziej cudowne aktywności zaliczyć, a potem paść na pysk ze zmęczenia przed kolejnym pracowitym tygodniem.Można, ale nie trzeba.
Trzeba natomiast znaleźć sobie jedną fanaberyjkę, jedną aktywność, głupią najlepiej, zupełnie nieprzydatną, całkowicie odciągającą uwagę od jakiejkolwiek znanej struktury dnia codziennego.

       Weźmy taki "You tube". To kopalnia fanaberii. Dzięki niemu można się przekonać, że Rick Astley to  jest w rzeczy samej cudowny mężczyzna. Jego teledyski z lat 80- tych to majstersztyk. Pumpy i poduszki w marynarkach, stojące włosy pod kwadrat obcięte, co robią wrażenie łba jak telewizor i te okulary przeciwsłoneczne. I mruganie okiem. Jednohitowiec w różowych gaciach czyli dzisiejszy nauczyciel historii Glenn Medeiros z "Nothing gonna change my love for you" woła o pomstę do nieba, ale słowa tego rzewnego koszmaru jakoś same się pojawiają w głowie, pozostawione tam dawno temu na szkolnej dyskotece.Och i Kylie.Kylie z Jasonem Donovanem, te piękne nastolatki ze słoneczno-nudnawej Australii, co tak się kochają, że aż chciałoby się taką miłość kupić w Pewexie za dewizy.Znam też wielkich obsesjonatów grupy the KLF, dla których "All bound of Mu Mu Land" jest powodem do kilkugodzinnego płakania za śmiechu. Modern Talking i Papa Dance zajmują także zacne miejsca w tych statystykach. Wczesna Madonna ma  dużo do powiedzenia w fanaberyjnych dyskusjach, grupa Europe to jest jednak wielki wypas,zupełnie jak Sandra czy Kim Wilde, no i kto nie kocha Michaela Jacksona?
I w rytm tego wszystkiego i to zrobione i tamto i nawet temat na wpis na bloga się znalazł. Teraz więc z czystym sercem można zasiąść do Google Earth 5, by z zakładce "3D buildings" wpisać
48°10′N 16°12′W i zobaczyć wrak Titanica.
Tak po nic.
I niedziela, dzięki niebiesiom, po prostu minie.

czwartek, 9 czerwca 2011

O tym, bez czego można.

Można bez grosika?
Ile razy słyszeliście to pytanie?
Za każdym razem kiedy idę do sklepu X i na stację benzynową Y.
No dobrze - przesadzam. Nie za każdym razem.W 8 przypadkach na 11.Tak mniej więcej.
Wiekszość rzeczy kosztuje - podług starej sztuczki marketingowej - coś tam-coś tam, 99 gorszy.Dziewiątka jest święta i napędza rynek.Bo 9 na końcu w oczywisty sposób umniejsza rolę tego, co stoi na początku. Warunkuje taniochę.Och,  to przecież nie 10 złotych, to NIECAŁE 10 złotych,to MNIEJ niż 10 złotych. Można kupić.

A teraz czas na zrobienie wyliczenia:
Jeżeli dziennie jest 10 klientów w miejscu X, którzy wyrażą zgodę na "bez grosika" - a umówmy się ludzie wyrażają zgodę, bo co to tam grosz, bo już trzeba iść, bo przecież w sumie już zapłaciłam- to co teraz zrobić?- czekać aż rozmienią , by wydać ów grosz?No, poza tym - och, już bez przesady, nie bądźmy tacy skąpi, grosz nas nie zbawi.Tak więc klientów dziesięciu wyraża zgodę na tę Sodomę.Czyli mamy już 10 groszy dziennie.Jeśli tak jest codziennie przez 365 dni w roku daje to 36, 50 polskich złotych. Jeśli założymy, że takich sklepów w Polsce jest przynajmniej 10 ( a jest , bo zarówno X, jak i Y to sieciówki) i w każdym z tych sklepów codziennie 10 klientów wychodzi bez grosza, to ile nam wychodzi? A jeśli  tych klientów codziennie jest 20 albo 50, a sklepów jest 50 czy 100 to ile mamy nieopodatkowanych pieniędzy, które zarabia dana firma?

Otóż, proszę państwa - nie, od dzisiaj nie można bez grosika.Po prostu - nie.Może można jednak wydać 2 grosze, jeśli nie mają jednego?Idąc tropem rozumowania firmy to jeśli można 1 grosz  w jedną to można i w drugą , wielka mi różnica. A może można wydać z 5? A może to ja jednak coś dokupię, by było łatwiej wydać?

            To wszystko wzięło się z jednej  rzeczy na która fanaberium blog jest niezmiernie wyczulony.
Wzdraga się i ciarki przechodzą.
Inaczej nie byłby fanaberium.
Czy, na litość boską, trzeba mówić bez "grosika"? Czy ta paranoja zdrabniania wszystkiego, co możliwe musi być wykorzystana marketingowo, bo przecież "grosik" to nie "gorsz", to żaden pieniądz,to pieniążek, taki marny, doprawdy, jak puch.

Wszystko jest takie malutkie, takie pseudo subtelniutkie, takie przesłodkie, takie tyci- tyci, mini-mini, a my wszyscy coraz bardziej infantylniutcy się robimy, upupieni atakiem zdrobnień:
"Na nóżkę pani nastąpiłem, czy nie boli?" "Mama nie ma pieniążków przy sobie na lizaczka, synusiu", "a którego bananka, szanowna klienteczka życzy?" "Gazetkię, kochana, sama se weźnie ze stojaczka, co"? "Tam krzesełko jest wolne koło okienka, babciu" "Widelczykiem, Marysiu trzeba jeść ciasteczko, nie łyżeczką." "Herbatki się napij, z cytrynką i soczkiem ci zrobiłam.", "Dowodzik, poproszę". "A dokumenciki już przyszły?- tak, na biureczku leżą" ," Można bez grosika?"

Otóż nie, do  jasnej cholery.

Nie można.