czwartek, 17 marca 2011

O tym, że petitio principii.

Posłankę Beatę Kempę z Prawa i Sprawiedliwości to ja szczerze podziwiam za tak wiele rzeczy, że aż trudno wyliczyć. Za to, że  posłanka Kempa ma w sobie te niewyczerpalne pokłady fochów na każdego o każdej sejmowej porze dnia i politycznej nocy.Za to, że posłanka Kempa tak naprawdę zupełnie nie potrzebuje rozmówcy podczas jakiejkolwiek rozmowy, gdyż ona załatwia zarówno pytania, jak i odpowiedzi, opinie, oświadczenia obu stron.Za to w końcu, że posłanka Kempa to naprawdę wie  zazwyczaj lepiej. Ale przede wszystkim ujmujący jest w posłance Kempie Beacie talent oratorski. Pewna taka nieznośna lekkość bytowania w wysublimowanych strukturach języka polskiego (niestety nie wiem jak sobie radzi w innych językach) i absolutnie miażdżący dla przeciwnika talent erystyczny. Warto jednak podkreślić, że zazwyczaj lepiej wychodzi jej filipika niż pean, chociażby dlatego, że filipiki mają wielu adresatów a pean zarezerwowany jest zazwyczaj dla jednej. Niech takim delikatnym niedopowiedzeniem zostanie  dla kogo.       
Jednak najbardziej podziwiam posłankę Kempę, kiedy to wpada w erystyczną ekstazę, używając wszystkich schopenhauerowskich chwytów na raz.  Kiedy jej mowa rozwija się, argumenty galopują, aż do  eksplozji,  która ma się nijak do sprawy jednak przytłacza ją triumfalnym kategorycznym ostatecznie do granic możliwości wyolbrzymionym wnioskiem.
Doskonałym przykładem może być ostatnia wypowiedź posłanki Kempy Beaty dotycząca liberalizacji ustawy antynarkotykowej, przede wszystkim o zgłoszonej przez posła Marka Balickiego poprawce o doprecyzowaniu co oznacza „niewielka ilość” (w szczególności w odniesieniu do marihuany - rocznie ok. 30 tysięcy postępowań  karnych w sprawach, gry posiadający miał gram czy dwa tej substancji ).Nowa ustawa między innymi ma dopuszczać posiadanie niewielkiej ilości narkotyku na własny użytek. Posłanka Kempa skomentowała:
„To bardzo szkodliwa ustawa, absurdalny projekt, który służy dilerom, mafii narkotykowej, daje możliwość przerwy w odbywaniu kary - wylicza posłanka  - To ustawa niechlujna. Naprawdę jestem nią przerażona. To tak jakby szło się totalnie na rękę  dilerom i tym, którzy narkotyki zażywają. Na dobrą sprawę jest to legalizacja narkotyków”
Prześledźmy wywód posłanki K. Ustawa jest szkodliwa, bo służy dilerom. Służy dilerom, bo daje możliwość przerwy w odbywaniu kary. Posłanka jest nią przerażona, bo tak naprawdę to legalizacja narkotyków. Jednym słowem jest to ustawa całkowicie legalizująca narkotyki.
Myślę, że aby dojść do takiej wprawy we wnioskowaniu trzeba poćwiczyć. A więc:
Tsunami i trzęsienia ziemi są niesłychanie szkodliwe. I przerażające. Japonia dotknęło przekoszmarne trzęsienie ziemi właśnie teraz, w 2011 roku w roku ostatniego roku  rządów  koalicji Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Na dobrą  sprawę trzęsienie ziemi w Japonii jest winą Platformy Obywatelskiej.
Czy dobrze?

środa, 16 marca 2011

"Mój zawód polega na opowiadaniu historii" cz.6


Niebezpieczna Przyjaciółka z dawnych lat była postacią o której się w domu nie mówiło. A jak się coś ukrywa wiadomo, że wszystkich korci by wiedzieć. Ojciec z Matką mieli na ten temat różne opinie obie objawiające się w zdaniach współrzędnie złożonych wynikowych.Matka: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat pojechała do Holandii toteż dostała świra.” Ojciec: „Niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat  miała nierówno pod sufitem więc pojechała do Holandii.” W tych dwóch zdaniach kryje się cały fenomen myślowy rodziców. Matka wolała zwalić winę na dziwne zachowanie Przyjaciółki mimo antagonizmu i niezrozumienia - na przyczynę inną niż  jej psychika. Uszkodzona psychika Przyjaciółki oznaczałaby  bowiem,  że Matka  - sama ostoja adekwatności prosto z podręczników savoir-vivre’u -  przez lata obcowała się z osobą chorą psychicznie, a tego Matka by nie zniosła, bo szczyciła się swoja normalnością  i spostrzegawczością. Normalni ludzi nie zachowują się tak jak niebezpieczna Przyjaciółka -  normalni ludzie zachowuje się tak jak ona sama - oto mniej więcej schemat myślowy Matki. Więc, aby wytłumaczyć sobie to niecodzienne zachowanie, Matka musiała znaleźć przyczynę - tą przyczyna była holenderska Sodoma i Gomora, w której prostytucja jest zalegalizowana i trawka jest palona w większych ilościach niż węgiel w elektrociepłowniach.
Schemat myślowy ojca był zgoła inny. Ojciec zawsze uważał, że matkowe przyjaciółki są nieco niezrównoważone, bo – między Bogiem a prawdą -  Matka też   nie wydawała mu się (szczególnie z biegiem lat) specjalnie normalna. Nic wiec dziwnego, że niebezpieczna Przyjaciółka miała nierówno pod sufitem. Gdyby nie miała -  nie byłaby przyjaciółką Matki. Oczywiście nie mógłby tego powiedzieć głośno. Holandia wydawała mu się idealny miejscem dla kogoś takiego niebardzo tego tam. Bo wieści o holenderskich ślubach gejowskich to było dla Ojca za dużo. Jeszcze para to para choć z obrzydzeniem, konkubinat od biedy, bo w końcu niech się rejestrują, ale ślub? Nie, tego Ojciec nie potrafił zaakceptować. Ani tym bardziej o tym mówić. Bo o takich rzeczach to się nie mówi. Po prostu. Każdy to wie.
Tak czy śmak, mimo odmiennych racji Matka z Ojcem konserwatyści do bólu ukrywali przyczyny niebezpieczeństwa Przyjaciółki migając się od wyjaśnień i robiąc przerażone miny, kiedy wymsknęło im się przypadkiem ostrzeżenie „nie rób tak, bo skończysz jak niebezpieczna Przyjaciółka sprzed lat” czy „nie zachowuj się jak niebezpieczna Przyjaciółka” tudzież mroczny sarkazm „Ty już jesteś prawie taka/taki jak ONA”.
    Matka raz do roku wychodziła „na spotkanie”, uprzednio idąc do fryzjera i na manicure, malując się nie tylko szminką (co było objawem podług niej ekstrawaganckim, bo nie lubiła się makijażować, i szła taka elegancka „do miasta” na widzenie z Przyjaciółką przyjeżdżającą do ojczyzny. Jednak parę lat temu Matka złamała sobie nogę. Spotkanie było umówione, a tu klops. Chcąc-niechcąc ( bardziej niechcąc niż chcąc) Matka z Ojcem postanowili zaprosić przyjaciółkę sprzed lat do domu. Na kolację. I - tym bardziej niechcąc niż chcąc- postanowili wyjawić wszystkim jej tajemniczą przeszłość. Motywy wyjawiania nie są specjalnie jasne. Z jednej strony mogło chodzić o zwykłą uczciwości, że niby jak już ta ma przyjść do domu, gdzie parę pokoleń mieszka, to tak jakoś głupio prawdę zatajać.
Głupio i niehonorowo.
Niehonorowo i podstępnie.
Tak jakby cichymi sprzymierzeńcami  Przyjaciółki niebezpiecznej sprzed lat byli.
A nie byli.
Zupełnie nie.
Drugi powód był nieco mniej szlachetny. Otóż Matka z Ojcem, każde na swój sposób, bało się dwóch rzeczy. Że ktoś popełni przy owej kolacji tak zwanego faux pasa i zada pytanie niedelikatne i niestosowne. Krótko mówiąc walnie jak kulą w plot. Z czego wynika rzecz druga. Jeśli walnie jak kulą w płot, to się Przyjaciółka zorientuje, że nikt nic nie wie i Bóg raczy wiedzieć jak zareaguje. Pół biedy jak się obrazi, ale jeszcze -  nie daj Boże -  będzie chciała wyjaśniać, prostować, zagajać - a z tego mogą być kłopoty.
O tym się nie mówi. Po prostu.
 Więc Matka z Ojcem postanowili uprzedzić taki rozwój wypadków. Może doprawdy lepiej by było, gdyby  nie uprzedzali. Tak czy owak Matka z Ojcem rzekli, że oto nadchodzi persona nie to, że non grata, ale nieco nonszalancka.
Nieco egzaltowana. Nieco zwariowana.
Z która to przed laty Matka w przyjaźni była. W prawdziwej przyjaźni. Czystej i pięknej, bo przyjaźń jest ważna.I nadal jest. Bo prawdziwy przyjaciel to skarb. Więc..hmm….tak.
Więc  przyjdzie persona, która rożne rzeczy robiła w życiu, różne doświadczenia miała, ale nie trzeba się dziwić, bo to niekulturalnie. Pytań nie zadawać, bo wypytywać nie wypada . Potakiwać.
Nie zdenerwować.
Po herbacie i wyborze ciast szybko iść do swoich sypialni. Wszyscy. Siusiu paciorek i spaś. Doprawdy nic nie mogło wzniecić ogólnego zaciekawienia niż te cedzone z męka przez Matkę i ze zniechęceniem przez Ojca wyjaśnienia i rozkazy. Wszystkie pytania doprecyzujące przeszły bez odpowiedzi. Pozostało tylko czekać, aż  persona zawita  i cokolwiek się wyjaśni.
 Nadeszła chwila puknięcia do drzwi, dzwonka, rejwachu.
Nadeszło dziwum. 

poniedziałek, 7 marca 2011

O tym, że uważam.

             "Fałszywa polędwica" to kolejny świetny tekst Mariusza Szczygła w którym tym razem przybliżona zostaje sylwetka najwybitniejszego Czecha wszechczasów Jary Cimrmana.Wynalazł rzeczy tak wiele, że ludzkie ucho nie słyszało, ludzkie oko nie widziało. Czesi z niego są dumni i bladzi co powoduje, że chcą go wybierać w konkursie na najwybitniejszego rodaka.
      Jednym z dokonań Jary jest wynalezienie rymu absolutnego. Rym absolutny objawia się przez powtórzenie słowa ( co działa znakomicie nie tylko na melodię, ale na wymowę dzieła) jak w cytowanym przez Mariusza Szczygła fragmencie Cimrmanowej opery:
"Kochałem dziewczę piękne/ Oczy miała bardzo piękne/ Włosy miała bardzo jasne/ Co dla ludzi było jasne/ Kiedy rano się obudziła/ Wtedy się już obudziła."
Drugim, wartym odnotowania wynalazkiem Jary jest  niesłychanie mnie urzekająca idea zdjęcia, na którym absolutnie nic nie widać.
          
            Wszystko to zostało przeczytane przy okazji czekania z niecierpliwością na pojawienie się nowego tygodnika "Uważam, RZE.Inaczej pisane". Tygodnik był wielce tajemniczy, co było marketingowym sukcesem, biorąc pod uwagę to, że w kilku kioskach nieopodal w ogóle magazyn się nie pojawił, a w niektórych pojawił się w egzemplarzach 10, od razu wykupionych. Marketingowy sukces jest w tym, że gawiedź przychodziła, by kupić.Jak nie było to szukała dalej i nabierała ciekawości.Mówiła innym.Inni tez nabierali ciekawości. Albo przynajmniej zwracali baczniejszą uwagę.I kupowali, jeśli nadarzyła się okazja. Jak pisząca te słowa.Oddając cesarzowi co cesarskie muszę przyznać, że termin "marketingowy sukces" nie był terminem ukutym w tym przypadku przeze mnie. Był ukuty przez właścicielkę kiosku, niesłychanie, zdaje się, poirytowaną faktem, że ciągle musi mówić "NIE MA".Może jej to przypomniało jakieś inne czasy.

       Jednak w końcu się udało. Tygodnik w trzecim tygodniu od początku ukazywania się leżał już grzecznie na półce, można było wydać 1,90 (cena promocyjna) i w końcu zasiąść do lektury. "Uważam, RZE" jest wydawany przez Presspublicę (spółki wydającej również "Rzeczpospolitą"; w 49% należącą do Skarbu Państwa).Redaktorem naczelnym jest Paweł Lisicki ( naczelny "Rzeczpospolitej").
Strona tytułowa nie wzbudziła mojego entuzjazmu.(Jednak po okładce jeszcze nie oceniajmy).
Biało-czerwono-czarny rysunek pokazujący postać starszego mężczyzny w płaszczu postawionym niczym u Szpiega z Krainy Deszczowców w kreskówce o Baltazarze Gąbce, a za nim wrak. Samolotu. Tutuł, ku zaskoczeniu brzmiał "Szpieg w Smoleńsku".  Tekst  zajmował strony od 8 do 12, a domniemanym szpiegiem okazał się ambasador tytularny w Moskwie, który  był współpracownikiem wywiadu PRL o kryptonimie "Orsom".Było on jedną z osób przygotowujących wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku. I na tym koniec sprawy wizyty.Wszystko wielce tajemnicze, podejrzane i podłe.Być może prawdziwe. Ale czy na pewno tekst w 90 % poświęcony tajnemu współpracownikowi wywiadu PRL trzeba koniecznie łączyć z katastrofą 10 kwietnia? I czy  na pewno trzeba ten tekst ozdobić zdjęciem Jarosława Kaczyńskiego i brata Marii Kaczyńskiej z chwili kiedy przyjechali na miejsce katastrofy.
Naprawdę niesmaczne i niepotrzebne.Już nie wspominając o jakiejkolwiek delikatności wobec wyżej wymienionych. 
           Idźmy jednak dalej.Od strony 13 do 15 mamy wywiad braci Karnowskich z Pawłem Kowalem w którym możemy przeczytać błyskotliwą odpowiedź na jakże merytoryczne do posła PJN pytanie "dlaczego zgiął Lech Kaczyński i 95 innych osób?", która brzmi  "Czasem myślę, że może Pan Bóg miał coś do powiedzenia narodowi polskiemu". Kolejne pytanie brzmi:  " Jak po Smoleńsku się jednać? Czołówka jednej ze stron nie żyje, a druga po tej tragedii przejęła wszystko".
Odpowiedzi już nie przytoczę, bo zastanawia mnie czy użycie wyrażenia "przejąć wszystko" w odniesieniu do demokratycznie przeprowadzonych wyborów  jest   na pewno adekwatne czy to po prostu zwykła głupota.
            Warty opisu jest także obrazek satyryczny, który widnieje na stronie 5. Zdjęcie Angeli Merkel i Donalda Tuska ze szczytu Grupy Wyszehradzkiej jest skomentowane prze dorysowaną postać Władimira Putina "Przecież ustaliliśmy wszystko na próbach, a oni się nadal gubią.Ech, wystarczy im dać trochę swobody..." 
           Tekst poświęcony kontaktom Niemiec i Polski w osobach Angeli Merkel i Donalda Tuska zatytułowany "Ciche dni Angeli i Donalda"  zawiera interesujące spostrzeżenia, nie tylko te w których  delikatnie sugeruje się uległość Polski wobec Niemiec. Jednak fakt nazywania  niemieckiej kanclerz Miss Europy powoduje, że w końcu czym prędzej gazetę chce się zamknąć.
          Wzrok jeszcze pada na wywiad z Antonim Dudkiem "Platforma skazana na Tuska" w którym to zdjęcie Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka jest podpisane ciętym jak brzytwa, uzasadnionym w tekście chyba tylko znakami interpunkcyjnymi, bo nie merytoryką i faktami komentarzem "Tusk całkowicie kontroluje Pawlaka. Ale robi to w taki sposób, że Pawlak nie ma poczucia, że jest kontrolowany".
             Tygodnik "Uważam RZE. Inaczej pisane" był reklamowany jako "nowe, uczciwe spojrzenie na polskie sprawy". Jak pisze redaktor Rafał A. Ziemkiewicz we wstępniaku miał być inaczej pisany "to znaczy przede wszystkim inaczej niż wszyscy inni" i "tworzymy nowy tygodnik, aby mieć nieco więcej oddechu,nieco więcej dystansu i refleksji".
          Otóż zupełnie nie. To zostało jak na razie niezrealizowane. Nadzieja na to, że pojawi się nowy interesujący tygodnik, wypełniony treścią, a nie manipulatorskim bełkotem była niewielka już po ogłoszeniu kto w tym tygodniku będzie publikował teksty (między innymi redaktorzy: Semka, Ziemkiewicz, Karnowscy, Janke). Jakaś  jednak była. W końcu mogę się często nie zgadzać, mogę mieć inny pogląd, ale i tak będę czytać.Trzeba wiedzieć, co się krytykuje. A inny punkt widzenia jest zawsze konieczny, wskazany i często interesujący. Postawmy na pluralizm medialny, tak -  jak najbardziej.
Jednakże po przeczytaniu  tekstów z pierwszych trzech numerów tygodnika nadzieja ta legła w gruzach.
     
        Widać w tym wszystkim  jakąś inspirację Jarą Cimrmanem, która  byłaby chwalebna, bo w końcu Jara Cimrman to postać całkowicie fikcyjna i na tym polega cała zabawa,  ale w sytuacji pełnej sieriozności "Uważam, RZE" jest całkowicie smutna. Zainspirowanie się wymyślonym   czeskim wynalazcą widoczne jest w  opisywaniu tego samego przez to samo, szukanie rymu absolutnego przez nieustanne powtarzanie tych samych rymów i publikowanie obrazów na których absolutnie nic nie widać.
Bo znowu Smoleńsk, szpieg i tajni agenci.Bo znowu kondominium, uległość i zagrożenie.
Bo znowu spisek, honor i krew i ojczyzna wzywa.
Och, och, bardzo, bardzo nowe, prawda?
Naprawdę pełne dystansu.
Jakiż wydech.
            "Uważam RZE.Inaczej pisane" jest pisane dokładnie tak samo jak było pisane wiele rzeczy wcześniej.W "Gazecie Polskiej" na przykład. Tylko nieco obszerniej, może nieco mniej  agresywnie, lepiej językowo, trochę subtelniej.I w wymieszaniu z interesującymi działami jak "życie i nauka" (tekst o Majach
w numerze 3 naprawdę ciekawy). 
Jednak pisane z tą samą pozytywistyczną tendencyjnością.
Jednostronnością.
Niechęcią.
I, przede wszystkim - czego żal najbardziej- zapatrzeniem w przeszłość, brakiem zajmowania się faktami, manipulacją.Dyskretnym podważaniem i poddawaniem w wątpliwość reguł demokracji, niestosowanie ich lub stosowanie ich wybiórczo.
I dlatego wydawanie takiego tygodnika jest błędem.
A biorąc pod uwagę ten pseudowyrafinowany tytuł - błędem nie tylko  ortograficznym.

PS.Link do tekstu Mariusza Szczygła tutaj.
Przyjemnej lektury.