piątek, 27 kwietnia 2012

O tym, kto przegrał.

         Najlepsze czasy to nie są. Nie,nie mówię o Jarosławie Kaczyńskim. Nie mówię o franku szwajcarskim. Nie mówię nawet o tym, że Marszałkowska zostanie zamknięta na 4 i pół miesiąca, a to to jest prawdziwy dramat.
     Mówię o tym, że na moim bloku, jakże pięknie niedawno odnowionym pojawił się nowy wspaniały napis. Nie mogę powiedzieć , że to graffiti, bo fakt, że ktoś ma spray koloru zielono- sraczkowato-fluorescencyjnego nie znaczy, że jest grafficiarzem. Ale ambicja jest.Jak wiadomo ambicja może często prowadzić na manowce. W tym wypadku grafficiarz in spe był nie tylko ambitny, ale i zaangażowany. Przecudnej urody wyglądał właśnie tak:


        Anders Breivik też jest ambitny i zaangażowany. Tak bardzo, że wie jak wykorzystać swoje 30 minut dane mu w procesie.I wie, że niezależnie co powie i tak będzie wszędzie.Bo media, wszystkie media to powtórzą, będą to transmitować, internet będzie huczał od komentarzy i - przede wszystkim- cytatów.Może i z dopiskiem"morderca" czy " psychol", ale manifest zostanie. W zasięgu ręki każdego. Długo nie trzeba było czekać. Nawet na małym  bloku w Polsce pojawił się napis. Czy to ku przestrodze, czy ku pamięci - bez znaczenia. Napis powstał. Jest. Znaczy.

     Najlepsze czasy to nie są. W imię tego Tomasz Lis mógłby sobie darować zwiększanie nakładów "Newsweeka" poprzez publikowanie tej okładki z Macierewiczem jako talibem. (mimo że we wstępniaku jest zatrwożony "mową nienawiści") A Ewa Stankiewicz  powinna użyć nieco mózgu zanim wygłosi  (wypisze) kolejną odezwę  w "Gazecie Polskiej" dotyczącą konieczności bojkotu gazety ( i reklamodawców, co za kuriozum) prowadzonej przez Lisa, bo jest tworzona według"hitlerowskich wzorców"

Bo może i jednej i drugiej stronie, jako przedstawicielom mediów powinna dać do myślenia  sprawa i proces Andersa Breivika. I fakt, że w końcowym rozrachunku - to nie on przegrał.
Niezależnie od wyroku sądu.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

o tym, że najważniejsze jest to, co jest ważne.

         To jakże błyskotliwe zdanie Fanaberium usłyszało o 4 rano w kuchni (niewłasnej), w mieście (obcym) i w stanie nieco zmęczonym. Zdanie odnosiło się do spraw, które wykraczają poza możliwości poznawczo-intelektualno-zmysłowe Fanaberium, gdyż było podsumowaniem nieznoszącej sprzeciwu prelekcji  dotyczącej sztuki, nauki i życia w jednym. Fanaberium z wrodzoną sobie prostotą postanowiło przekuć tę przecudnie złotą myśl na własną modłę i wyciągnąć  z kuchennego wykładu wniosek, że najgłupsze jest to, co jest głupie.

Przez ostatnie 2 miesiące Fanaberium milczało, gdyż  nie miało absolutnie nic do powiedzenia a nie chciało się tym za bardzo chwalić. Nadszedł czas, by coś tutaj napisać. A powód znalazł się sam.

       W kieleckim teatrze. im Żeromskiego, odbyła się premiera spektaklu "Jądro ciemności". Fakt, że powstał na podstawie prozy Conrada wcale nie jest najważniejszy. (choć - tak, tak kuchenny prelegencie - nadal ważny). Najważniejszy fakt jest taki, że jest to spektakl w którym w końcu o coś chodzi. O coś, co wykracza poza obsesyjne analizowanie ja, ja, ja, tylko ja. Fanaberium na teatrze się za bardzo nie zna. Tak piąte przez dziesiąte. Coś słyszało, coś widziało. Bardzo często wychodziło z lekka zażenowane, zdziwione, znudzone i zirytowane z progów teatrów. Może nie zrozumiało, to możliwe. Jednak tu, za pomocą prostych zabiegów ekipa  zrobiła spektakl może nie wybitny, może nie wiekopomny, ale taki, który pozostawia widza z pewnym dyskomfortem, wątpliwością, niewygodą.Zmusza do postawienia pewnych pytań, no może nie  Pytań, pisanych przez największe na świecie P o to czy najważniejsze jest to, co jest ważne. Ale pytań o to, co ja tak naprawdę wiem o tym, co się dzieje obok mnie. Czy jakkolwiek czuję się za to odpowiedzialny? Czy nagły palący wstyd za to, że jestem zamknięty w swoich traumach, uważam je za najważniejsze na świecie, kompletnie nie widzę tego, że powoduję je sam, że dla innych jestem chodzącym spustoszeniem,bo wydaje mi się, że jestem lepszy, bielszy, bardziej predystynowany,  świat należy do mnie i mogę za nic nie brać odpowiedzialności, czy ten wstyd każe mi umyć ręce od wszystkiego, zaklaskać, powiedzieć: "jakie to okropne masakry w tej Afryce były, a fe!" wziąć płaszczyk wykrochmalony, torebeczkę top trendy, przypudrować nosek, poprawić krawacik,  wyjść z teatru,pogadać o tym, co jest niby najważniejsze i  zapomnieć,   czy może przekuje się w coś innego?
No może nie w to, żeby  od razu w Sudanie gołymi ręcami studnie w wioskach kopać. To zostawmy Georgowi Clooneyowi i promocji jego następnego filmu. Może na przykład w to, żeby zainteresować się czymś innym poza własną, białą, europejską (polską) dupą siedzącą jednym pośladkiem na  historii mamy Madzi  a drugim na nieustannym bełkocie związanym z katastrofą smoleńską, która chce mieć w gazecie  kolejną historyjkę po to, by móc się nią następnego dnia -  pardonnez le mot- podetrzeć.

Bo taka rzeczywistość, jak powiedział Allen, jest naprawdę nie do zniesienia.